piątek, 27 września 2013

1. Ocena jane-volturi-niespodziewanie

Uwaga: ocena skopiowana ze starej ocenialni, stąd więzienny wstęp fabularny
Rozpatrujący wniosek: Claudinella
Więzień: Nina N. [jane-volturi-niespodziewanie]

Powitał mnie szablon ze zdecydowanie zbyt kontrastującymi czcionkami, bałaganem w ramkach i obrazkiem z Jane w prawym górnym rogu ekranu; moja pierwsza myśl była więc taka, że blog się jeszcze do końca nie załadował. Niestety, okazał się po prostu niedopasowany do mojej rozdzielczości i taki problem będzie mieć każdy, kto korzysta z większej niż 1366x768. Tak wygląda twój blog na moim monitorze: [link]. Prawdopodobnie u Ciebie wygląda to nieco lepiej, zgaduję, że zdjęcie wypełnia cały ekran? Jak widzisz, u mnie jednak kończy się w połowie tekstu notki i przeszkadza w czytaniu; na czarnym tle litery wybijają się jeszcze mocniej i niestety męczą oczy, więc radziłabym zmienić ich kolor na odrobinę ciemniejszy, nawet jeśli dopasujesz już tło do wszystkich rozdzielczości.
Układ Twojego szablonu jest dobry, umieściłaś wygodne menu i wszystko jest na swoim miejscu. Teoretycznie powinno być czytelnie, a jednak wydaje mi się, że na stronie panuje okropny nieporządek; jest tak z powodu tła, niewyjustowanych notek (z dialogami rozpoczynającymi się, o zgrozo, od dywizów) i czcionek, których jest za dużo. Każdy tekst na tym blogu wygląda inaczej, jest pisany innym rodzajem i krojem pisma, a warto byłoby to uporządkować oraz ograniczyć się do dwóch-trzech. W dodatku niektóre z nich pozbawione są polskich znaków, chociażby ta: [link].
Zakładka „bohaterowie” zawiera standardowo, jak to w przypadku fan fiction, zdjęcia z adaptacji filmowej i krótkie opisy postaci; nie przeszkadza mi to, chociaż wydaje mi się, że w tej ramce opisałaś je znacznie dokładniej niż w opowiadaniu. Ta podstrona przydała mi się tylko dlatego, że musiałam sprawdzać, jakie kolory włosów mają bohaterowie: wprowadzając nowych, nie opisywałaś ich wyglądu, a później nazywałaś ich określeniami „czarnowłosy”, „rudowłosa”.
Mogłabym powiedzieć, że nie mam nic do zarzucenia w sprawie adresu bloga, bo raczej nie przywiązuję do tego zbyt wielkiej wagi, ale gdy zaczęłam pisać ocenę i następnego dnia chciałam wpisać adres do przeglądarki, nie mogłam go sobie przypomnieć. Pamiętałam tylko napis na belce i w nagłówku… a w zasadzie ten, który jest nagłówkiem: „This may hurt just a little”. Moim zdaniem wybór cytatu jest bardzo trafny, dobrze oddaje charakter opowiadania.

Na początku chciałabym wspomnieć, że gdy zgłaszałaś do mnie swoje opowiadanie, napisałaś o nim, że można je zrozumieć bez znajomości historii, na jakiej bazuje – to fan fiction na podstawie „Zmierzchu” – niestety, nie jest to prawda. O tym, że opowiadanie jest przeznaczone tylko dla fanów, świadczy między innymi to, że pojawiają się w nim bohaterowie, którzy nie są w żaden sposób przedstawiani. Skąd pozostali odbiorcy mają wiedzieć, kim jest Sulpicia, która pojawia się dość niespodziewanie i od razu staje się częścią intrygi? Z drugiej strony, mimo że przeczytałam tę serię tylko raz i to dość dawno, jestem w stanie wypisać z opowiadania sporo nieścisłości z kanonem i w większości wynikają one nie z nieznajomości pierwowzoru, a z uproszczenia realiów prawdziwego świata; w końcu to w nim Meyer umieściła akcję, dodając parę świecących w słońcu szczegółów. Nie mówię, że od razu się zniechęciłam – bardzo lubię „Zmierzch” za całą tę otoczkę „och Edwarda” i „ech Belli” oraz za wpychanie nieuzasadnionego patosu, gdzie się tylko da; to w jakiś sposób zabawne. Twój prolog też uznałam w pierwszej chwili za ciekawy: pojawia się w nim nieskomplikowany, przyjemny wiersz, który byłby dobry, gdyby faktycznie przedstawiał świat, w którym akcja ma miejsce.
„Jestem skazana na wieczność” – chyba że ktoś w pobliżu ma ochotę rozpalić ognisko; dość powszechne jest u wampirów zabijanie pobratymców.
„Żyję w nocy, światło dnia zabija mnie” – u Meyer promienie UV nie robiły żadnej krzywdy wampirom.

Rozdziały 1-4
Wydarzenia są tu opisane bardzo chaotycznie, a czytanie ich było prawdziwą drogą przez mękę; ciężko zrozumieć, gdzie się znajdują i co robią postacie, które pojawiają się znikąd.
W czwartym rozdziale przenosisz wydarzenia o 1500 lat do przodu i nagle całość staje się znacznie przyjaźniejsza czytelnikowi. Od tego miejsca rozumiałam, o co w ogóle chodzi, bo bohaterowie mają swoje przemyślenia, a gdzieniegdzie pojawiają się jakieś opisy. Wygląda to tak, jakbyś tworzyła pierwsze rozdziały, zakładając, że czytelnicy już to wszystko znają i wiedzą, co masz na myśli, zapominając w ten sposób o niektórych kluczowych faktach. Ja mniej więcej kojarzę historię przemiany Jane i jej wstąpienia w szeregi Volturi, ale tę część czytało mi się bardzo dziwnie; dziewczyna o niczym nie myśli, jeden raz krzyczy na widok czerwonych oczu wampira, a resztę przyjmuje ze stoickim spokojem, jakby nie działo się nic nadzwyczajnego. Zamieściłaś bardzo mało opisów, miejsce akcji zmienia się ze zdania na zdanie, a główna bohaterka nie ma żadnych refleksji, mimo że ledwo uniknęła śmierci, znajduje się w nowym miejscu i zostaje wciągnięta do stowarzyszenia, o którym nie miała prawa w ogóle słyszeć. Trzech obcych mężczyzn mówi jej, że właśnie została przemieniona w mityczną istotę, a ona wzrusza ramionami i idzie zjeść dziecko, jakby cała sytuacja nie wywarła na niej żadnego wrażenia.
Pierwsze trzy rozdziały wrzuciłabym w prolog, skoro i tak opisują wydarzenia mające miejsce tyle czasu przed akcją właściwą. Czytelnik, który widzi te rozdziały w obecnej formie, raczej nie będzie się spodziewał, że w czwartym styl bardzo się poprawia, a tak rzeczywiście jest i widać, że od tego momentu zaczęłaś pisać swoją własną historię, czułaś już potrzebę przedstawienia wydarzeń odbiorcom. Zresztą później także zrobiłaś spore postępy, bo twój sposób pisania zmienia się płynnie z kolejnymi rozdziałami.
Tutaj chciałabym wspomnieć o ciekawym wniosku, jaki mi się nasunął, po przeczytaniu całości i który zadecydował o podzieleniu oceny treści właśnie w ten sposób: Twoje opowiadanie dzieli się na trzy wyraźne części. Pierwsza z nich jest chaotyczna, w drugiej zaczynasz pisać swoją własną historię, powoli poprawiasz swój styl pisania i na jej końcu wątki zaczynają być naprawdę interesujące. O części trzeciej i o tym, czemu podobała mi się dużo mniej, wspomnę później, bo to nieco bardziej złożony problem.
Na początku przeszkadzały mi zdania pojedyncze i bardzo krótkie opisy: zauważ, że praktycznie wszystkie odnoszące się do postaci ograniczają się do koloru ich włosów i ewentualnie ubioru. Raz czy dwa pojawia się kolor skóry i oczywiście kolor oczu, ale jako że u większości wampirów cechy te są bardzo zbliżone, nie pomaga to w rozróżnianiu bohaterów. Zdarza ci się też mylić te określenia, na przykład w momencie, kiedy nazwałaś Violettę rudą; ponownie zwracam uwagę, że u Ciebie kolor włosów jest zazwyczaj jedynym zamiennikiem imion, jaki stosujesz do określania swoich bohaterów. Właściwie mało jest cech, które mogłyby wyróżniać w Twoim opowiadaniu postacie poboczne. Ciężko było mi po języku i sposobie formułowania myśli wyłapać, kto wypowiada się w danym momencie, więc gdyby nie znajdujące się nad niektórymi akapitami nagłówki w rodzaju „narracja Aleca” nie miałabym pojęcia, kto opowiada historię.
Czasem pojawia się niekonsekwencja w takiej narracji, bo niektórzy bohaterowie wypowiadają się beztrosko o uczuciach innych osób, chociaż o ich zdolnościach telepatycznych nic mi nie wiadomo. Staraj się zwracać na to uwagę, bo jest duża różnica między „Marek walczył ze sobą, czy być znudzony czy rozbawiony” i „Marek wyglądał, jakby...”; w pierwszym przypadku sugerujesz, że Jane zna myśli i uczucia innych, podczas gdy nie ma takiego daru.

Rozdziały 5-22
Akcja rozwija się szybko, ale dość sprawnie wprowadzasz nowe wątki i udaje ci się je wszystkie zakończyć. No, może poza Feliksem, który stał zmrożony, prawdopodobnie przez Violettę, a później ponoć wyzdrowiał, ale tak naprawdę nikt nie wie, co się z nim stało.
Inna sprawa, że pod koniec piątego rozdziału Jane obiecuje sobie, że nigdy się nie zakocha i trzyma się tego do rozdziału ósmego, gdzie zostaje niespodziewanie pocałowana przez Demetriego i nagle zmienia zdanie. Romans byłby na pewno bardziej zaskakujący, gdyby nie ta oczywista aluzja, ale poza tym jest w tej części miły i bezpretensjonalny, przewija się w tle i choć nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie te dwie osoby byłyby w stanie ze sobą wytrzymać, to uważam to za dość udany wątek. Oczywiście mamy też odrzuconego adoratora, często pojawiają się wątki humorystyczne i ciągle dodajesz coś nowego. Widać, że masz dużo pomysłów, które wykorzystujesz w opowiadaniu, ale odnoszę wrażenie, że są to tylko spontanicznie opisane wydarzenia, a ogólnej wizji tego, co umieszczasz w swojej historii, wcześniej nie miałaś. Krótkie wątki są ciekawie napisane, w pewien sposób trzymają w napięciu i mają nawet temat przewodni, podczas gdy brakuje tego w tekście jako całości; ewentualnie mógłby być nim romans, ale w tym momencie nie wybija się on na tyle mocno.
Podobało mi się to, że praktycznie z rozdziału na rozdział można było zauważyć, że zyskujesz wprawę w pisaniu i Twoje opisy, wcześniej ograniczające się do wyliczenia kilku przedmiotów znajdujących się w pomieszczeniu, stały się znacznie ciekawsze i da się faktycznie wyobrazić klimat miejsc, w jakich rozgrywają się wydarzenia. Zaczęłaś przykładać większą wagę do szczegółów i świat, jaki stworzyłaś, stawał się coraz bardziej spójny.
Zaczęły mi się podobać niektóre Twoje pomysły, rozwinęłaś relacje bohaterów, a ci stali się barwni i nawet udało mi się polubić niektórych z nich. Wszystko zmierzało w dobrym kierunku, gdy nagle...

Rozdziały 23-31
Mniej więcej na tym etapie coś się psuje, intryga robi się zbyt dziwna, a postacie przerysowane. Pomimo znacznych postępów, jeśli chodzi o styl, opowiadania nie czyta się już szybko. Silisz się na komedię i chociaż widzę, że wielu twoich czytelników jest zachwyconych żartami, które się pojawiają (dodaj dwa do dwóch...), to do mnie to jakoś nie trafia. Chamskie, chwilami wulgarne żarciki, mające podkreślać złośliwość Jane, występują się co chwila i Twoje opowiadanie dużo na tym traci; to już nie jest ten przyjemny, nieszkodliwy humor z poprzednich rozdziałów – to poniżanie postronnych bohaterów, a w sumie nie są to postacie w szczególny sposób zasługujące na potępienie. W dodatku pojawiają się wątki, które sprawiają wrażenie, jakbyś traciła pomysły, co jeszcze można napisać. Dokładasz więc wskrzeszanie umarłych, skrzydlate wampiry i tandetne tatuaże, czyniąc dość przyjemną historię o złośnicy opowiadaniem do bólu sztampowym i nieoryginalnym. Naprawdę trochę tego żal, bo oprócz tej ślizgawki, która pokonuje bardzo sprawne fizycznie wampiry, nie ma już miłych akcentów. Relacje bohaterów też stają się nierealistyczne, a już zwłaszcza ta, która łączy Jane i Demetriego – ona z nim zrywa, ponieważ taki ma kaprys, a on, zamiast jakoś zareagować, nie robi kompletnie nic, żeby niedługo potem zacząć udawać, że tej sprzeczki w ogóle nie było i starać się znowu o jej względy. Gdzieś pojawia się postać stereotypowej złej piękności, mającej zwracać na siebie uwagę wszystkich mężczyzn i całość zmierza donikąd. Podobała mi się tylko życiowa sprzeczka Athendory i Kajusza; jest to jeden z lepszych dialogów.
Aha, wampiry spoza Volturi są znacznie od nich mądrzejsze, bo umieją korzystać z monitoringu, a główni bohaterowie używają laptopów tylko po to, by na tapecie ustawić swoją niedoszłą miłość. Nie mówiąc już o sztuce nekromancji – nie, Volturi by nigdy na to nie wpadli. Powinnaś zwrócić na to uwagę, bo raczej kompromitowanie głównych bohaterów nie było przez Ciebie zamierzone. We wcześniejsze ich drobne potknięcia (nie zabiliśmy Benita, ale nie będziemy go szukać, bo na pewno sam umarł) łatwiej było uwierzyć i nie wynikały z aż tak rażących zaniedbań.

Obiektem uczuć Jane, zarówno nienawiści jak i miłości, jest Demetri, którego prawie od razu bardzo polubiłam. Podobały mi się jego spontaniczne reakcje i wydawał się mieć indywidualny charakter, który z jakiegoś powodu rozmywa się zupełnie w końcowych rozdziałach, gdzie z cierpliwego introwertyka staje się kompletnym chamem. To na pewno wina Jane, ale wolałabym czytać o kimś, kto z przyczyn etycznych odmawia wykonania rozkazu, a potem po prostu ucieka przed zwierzchnikiem i wciąga w kłopoty brata bohaterki, w której jest zakochany, niż kogoś, kto w prostacki sposób próbuje wzbudzić w swojej dziewczynie zazdrość.
Alec i Aro też mają coś na kształt charakteru, jestem sobie w stanie wyobrazić ich zachowania, chociaż ten drugi wyróżnia się głównie przez groteskowe działania. Niestety, nie mogę tego powiedzieć o innych postaciach – w mojej głowie wyglądają jak kukiełki, które mają po prostu określone funkcje i czasem wypowiadają jakieś istotne zdanie mające popchnąć akcję do przodu.
Najwięcej wiem oczywiście o Jane, która jest główną bohaterką i wydarzenia są opisywane najczęściej z jej perspektywy. Cieszy mnie, że nie jest postacią ani złą, ani dobrą, ani też przesadnie utalentowaną; nie jest płaska i chociaż przeszkadza mi czasem jej dziecinne zachowanie, to można to uznać za jej charakterystyczną cechę. Z drugiej strony nie mam pojęcia, jak można czuć jakąkolwiek sympatię do kogoś tak ironicznego, wulgarnego i odpychającego, ale może zyskuje adoratorów przez swój dominujący charakter.
Dziecinność to cecha większości bohaterów; czasem ma to na celu wprowadzenie zabawnych elementów, a czasem jest zbyt karykaturalne i nie do końca wiem, co chciałaś coś w ten sposób osiągnąć, bo z czasem wszyscy zaczynają zachowywać się podobnie. Reagują zbyt naiwnie i nielogicznie, a chwilami bez żadnych problemów wpadają na właściwe i nietypowe rozwiązanie skomplikowanego problemu – jaką akcję wymyśliłaś, tak reagują bohaterowie. Wyszło to dosyć sztucznie.
Poza tym lubię Feliksa i jego bezwarunkową radość; to taki miły kontrast dla Jane.

Największym problemem Twojego tekstu jest brak logiki i pewnej konsekwencji, wynikający najprawdopodobniej z tego, że nie wracasz do starych rozdziałów i skupiasz się na akcji. Znalazłam naprawdę dużo nieścisłości zarówno z kanonem, jak i niespójności w świecie, który stworzyłaś sama.
Na samym początku wypowiem się na temat zamieszania związanego z epokami, o czym już wcześniej wspominałam. [link] podaje, że Jane przemieniła się w wampira około 800 roku naszej ery; opisujesz to wydarzenie, a zaraz potem przesuwasz czas o 1500 i kolejne piętnaście lat do przodu. Założyłam więc, że akcja dzieje się w przyszłości i żałowałam tylko, że nie wspomniałaś nawet, jak wygląda zwykły, ludzki świat koło roku 2300; dlaczego tego nie zrobiłaś, zrozumiałam dopiero później, kiedy jeden z bohaterów siedzi przy laptopie, a drugi używa telefonu komórkowego. Można z tego wywnioskować, że mamy czasy współczesne. Mogłaś oczywiście przesunąć w czasie przemianę Jane, ale wypadałoby o tym czytelnika poinformować, albo chociaż zmniejszyć ten odstęp, aby wszystko się zgadzało. Niestety, po napisaniu około dwudziestu rozdziałów, zapytałaś czytelników, czy chcieliby zobaczyć w opowiadaniu Edwarda; oczywiście, że chcieli, bo przecież każdy szanujący się fan jakiejkolwiek serii będzie chciał zobaczyć swojego ulubionego bohatera w swoim ulubionym fan fiction. Wątek Edwarda jest jednak wciśnięty na siłę i w zasadzie do niczego nie prowadzi, do akcji nie wnosi kompletnie nic. Bohaterowie zostają wysłani do Carlisle'a, zamieniają z nim dwa słowa i po prostu wracają, bo nic więcej nie mieli tam do roboty; mogli mu równie dobrze wysłać SMSa. Pojawienie się tej postaci powoduje natomiast nieścisłość, bo lekarz oryginalnie przemienił tego Bogu ducha winnego chłopca w wampira w roku 1918, a na Twoim blogu dzieje się to w czasach samolotów i telefonów komórkowych. Oczywiście, że nie musisz trzymać się sztywno tego, co Meyer napisała w swojej książce, ale postaraj się, żeby wydarzenia opisywane w Twoim opowiadaniu zgadzały się ze sobą. Wydaje mi się, że zapominasz po prostu o niektórych faktach i to dlatego Jane w pewnym momencie (rozdział 25) stwierdza, że ma „kilka tysięcy lat”. Półtora to jednak nie „kilka”.
W rozdziale 14. znowu przenosisz akcję o piętnaście lat. Kompletnie nic się jednak nie zmienia i gdybyś to zdanie usunęła albo po prostu zamieniła na „minęły dwa tygodnie”, nie byłoby żadnej różnicy, bo bohaterowie zajmują się tymi samymi sprawami, co piętnaście lat wcześniej i nie wiem, czemu ten skok miał w ogóle służyć. Pamiętaj, że już kilkanaście lat może sprawić, że otaczający bohaterów świat zmieni się nie do poznania; wampiry w tym przypadku nadal używają takiego samego telefonu komórkowego i laptopa. Przez cały ten czas nie zaczęli jednak korzystać z GPS czy jakichkolwiek innych rozwiązań, które w wielu przypadkach mogłyby im pomóc.
Z odległościami w opisywanym przez Ciebie świecie wcale nie jest lepiej. Nie wiem, czy zwróciłaś na to uwagę, ale twoi bohaterowie na zmianę biegają i lecą w jakieś miejsca samolotem; raz jest daleko, a raz bardzo blisko, skoro można dostać się tam pieszo.
Jane zapędziła się raz aż na Alaskę, gdzie bardzo się zdziwiła i „pobiegła z powrotem do Włoch” (chyba przez ocean niczym młody Jezus). Skoro mogła znaleźć się tam bez problemu, nie używając żadnego środka transportu, to dlaczego przy każdej misji wampiry udają zwykłych ludzi, lecąc samolotem pasażerskim? W dodatku nie zachowują się wcale tak, żeby faktycznie nikt nie zauważył ich obecności; rozmawiają głośno o piciu krwi, zabijaniu ludzi, a raz nawet wiozą ze sobą związaną Violettę, podczas gdy nikt się temu nie dziwi. Jeśli użyli jakiegoś sposobu na ukrycie przed ludźmi swoich zamiarów, starali się być niewidzialni albo zahipnotyzowali obsługę samolotu, to powinnaś o tym napisać, bo to brzmi wyjątkowo mało przekonująco. W dodatku na każdą taką podróż wybierają się w ostatniej chwili, wychodząc z domu kwadrans przed odlotem. Nie mogliby wsiąść do samolotu, gdyby przyszli na lotnisko tak późno. No, na pewno nie udałoby im się to, jeśli udawali zwykłych, szarych obywateli.
Bohaterowie tylko raz wyruszają na misję innym środkiem transportu, bo samochodem. Jadą i płyną kilka godzin, po czym docierają do... Stanów Zjednoczonych. Samolotem może by i tak szybko dolecieli, ale statek porusza się nieco wolniej i kilka dni musieliby na nim spędzić. Większym problemem jest jednak to, co dzieje się później, bo udają się tam w celu odnalezienia Anthedory i Sulpicii; to w tym momencie musiałam się zastanowić, o kogo właściwie chodzi, bo ich imiona pojawiły się pierwszy raz w Twoim opowiadaniu. Wiele by ono zyskało, gdybyś w jakikolwiek sposób przedstawiła czytelnikom postacie z sagi – wystarczyłoby jedno zdanie. Dostają informację, że kobiety znajdują się w gdzieś w USA (9 373 967 km²) i z miejsca wyruszają w drogę. Właśnie dlatego otrzymują od przełożonych samochód, żeby mogli się komfortowo poruszać na dużych odległościach i żeby w ten sposób łatwiej było im znaleźć zguby na nieco większym (tak, to naprawdę 9 373 967 km²) niż do tej pory bywało terenie. Zdajesz sobie sprawę, że USA mają powierzchnię niewiele mniejszą niż Europa (z europejską częścią Rosji włącznie)? Nie mówiąc już o tym, że żeby dostać się na Alaskę, musieliby przejechać przez teren Kanady, co dodatkowo wydłużyłoby podróż.
Innego rodzaju zgrzytem jest to, jak opisujesz sposób na zgładzenie wampira. Wygląda na to, że wystarczy tylko odpalić zapalniczkę i przystawić ją do niego, bo Violetta spłonęła w ten sposób w kilka sekund; przynajmniej lekko zdenerwowanemu Kajuszowi udało się ją tak uśmiercić. Swoją drogą, czy zapalniczki nie powinny być z tego względu nielegalne w siedzibach wampirów? Przecież mieć cokolwiek, co może bardzo łatwo wywołać pożar w miejscu zamieszkania, to tak, jakby porozstawiać w domu z dziećmi odbezpieczoną broń porozrzucaną na podłodze i dziwić się, gdy coś pójdzie nie tak. Oczywiście wrażliwość na ogień nie przeszkadza bohaterom w rozpalaniu ognisk, machaniu zapalniczkami, więc oni naprawdę są przekonani o swojej nieśmiertelności, póki przypadkiem nie zajmą się ogniem.
Zabawnym niedociągnięciem jest to, że ciągle podkreślasz małomówność i spokojne usposobienie Marka, podczas gdy prawie w każdej scenie, w której występuje, „pokonuje swoją naturę” albo „przypomina sobie o zdolności mówienia”. Wiem, że odnosisz się w ten sposób do książki, gdzie jego charakter jest inny, ale wyszło dość komicznie. Zwłaszcza, kiedy wszyscy bohaterowie za każdym razem tak samo się temu dziwią; biedny Marek, chciał się tylko odezwać, a tu taka reakcja.

Twoje opowiadanie ma sporo technicznych niedociągnięć i różnego rodzaju błędów, o których nie mogę tutaj nie wspomnieć.
Podstawową bolączką tekstu jest brak płynności i nierówny styl. Ograniczasz przedstawianie czytelnikowi świata, obrazowanie otoczenia polega najczęściej na wskazaniu przedmiotów znajdujących się w danym miejscu, a dialogów z kolei jest nieproporcjonalnie dużo. Mimo że w niektórych momentach opisujesz konkretną akcję wystarczająco, żeby czytelnik nie czuł się zagubiony, to opisów zawsze brakuje w punkcie kulminacyjnym. Przykładem jest opis śmierci antagonisty w rozdziale ósmym: „Wtedy wylądowałam na ziemi i usłyszałam dźwięk jakby rozdzieranego metalu. To Demetri właśnie zniszczył Dennisa. Podszedł do mnie i mnie przytulił”.
Identyczna sytuacja w rozdziale dwudziestym drugim: „Dziewczyna nie dokończyła, bo wściekły Kajusz chwycił swoją zapalniczkę, podbiegł do niej i podpalił ją. Demetri upuścił Violettę, a chwilę później na podłodze został tylko popiół po dziewczynie”.
Inną rzeczą, która bardzo utrudnia czytanie, jest sposób, w jaki zmieniasz narrację. W jednym odcinku potrafi się ona zmienić kilkakrotnie, a w większości przypadków jest to zupełnie zbędne i nie wnosi niczego do fabuły. Czasem wręcz kilka osób, które przebywają w tym samym pomieszczeniu i widzą to samo wydarzenie, po kolei opisują je ze swojej perspektywy. Odbiorca może mieć wrażenie, że czyta parokrotnie ten sam fragment. Widać, że zależy ci na tym, by pokazywać uczucia innych bohaterów względem Jane, opinie o niej, których sama w żaden inny sposób nie ma prawa poznać, a także chcesz pokazać lepiej relacje między członkami Volturi i lepiej przedstawić czytelnikom również bohaterów pobocznych. Wydaje mi się, że dobrym wyjściem byłoby wykorzystanie narracji trzecioosobowej, najlepiej narratora wszechwiedzącego; ewentualnie powinnaś ograniczyć się do kilku postaci, które pełniłyby rolę osoby opowiadającej wydarzenia i poświęcić każdej z nich przynajmniej cały rozdział. Przez to zwiększyłaby się ich rola i miałabyś szansę na ubarwienie historii pobocznymi wątkami mniej skupiającymi się na Jane.
Nie rozumiem też celu istnienia „przypisów autorki”, które dodajesz w nawiasie, żeby uściślić czyjąś wypowiedź albo wskazać osobę, o której mowa. Radziłabym je usunąć i informacje w nich zawarte wpleść w tekst, bo da się to łatwo przeredagować.
Jedną z pierwszych rzeczy, jakie rzuciły mi się w oczy po załadowaniu się bloga, były dywizy i niewyjustowany tekst. Dialogi tradycyjnie rozpoczyna się od pauzy (—), która jest znacznie dłuższa od dywizu (-). Używanie w tym celu tego drugiego znaku jest nie tylko niepoprawne, ale tekst traci też na przejrzystości i wygląda dość niechlujnie; bardzo namawiałabym cię więc na to, żebyś zdecydowała się to zmienić. Wystarczyłoby oprócz tego wyjustować tekst od prawej do lewej, a blog zacząłby wyglądać znacznie lepiej.
Nie robisz wielu błędów ortograficznych, ale miewasz problemy z interpunkcją. Czasem nie stawiasz przecinków tam, gdzie zdecydowanie powinny się znaleźć, za to prawie zawsze stawiasz przecinek przed „i” – dziwne, że nawet Twoja beta tego nie wyłapała.
W początkowych rozdziałach brakuje bohaterom motywów działania. Wiele razy ciężko wytłumaczyć ich zachowanie, Jane na samym początku praktycznie nie ma przemyśleń i w efekcie nie wiadomo, co nią kieruje. Oto kilka przykładów:
„Korytarz tymczasem zaczął się zwężać, by zakończyć się ślepą uliczką. Stałam chwilę zdezorientowana, ale mężczyzna podniósł w podłodze dziwną klapę i skoczył. Popatrzyłam na Aleca. Bałam się, ale skoczyłam. Spadałam może kilka sekund i wylądowałam na nogach. Nic nie poczułam, a przecież było strasznie wysoko” – bohaterka jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że przemieniła się w wampira i raczej nie ma prawa sądzić, że skok w przepaść wyjdzie jej na zdrowie.
„Zauważyłam, że jestem cała w krwi. Przebrałam się w szarą sukienkę, która była w szafie i spojrzałam na zegar”.
„Nagle poczułam na ramieniu czyjąś rękę i zatrzymałam się. Spojrzałam na wampira, który mnie zatrzymał. Był to Demetri. Miał ciemne włosy do ramion i ciemnoczerwone oczy. Zastanawiałam się, czy moje oczy też miały taki straszny odcień.
- Co ty tu robisz? - spytał. Jakby to nie było oczywiste. W końcu ile można siedzieć w jednej komnacie? 
- Chodzę, nie widać? - Spojrzałam na niego z wściekłością. Nienawidziłam go” – Skąd wie, że to Demetri? Dlaczego go nienawidzi? Przecież widzą się pierwszy raz w życiu.

W tej samej linijce, w której znajduje się dialog, kilka osób potrafi wejść i wyjść z pomieszczenia. Nie jest to ani poprawne, ani czytelne i w takim wypadku najlepiej po prostu wcisnąć enter. Przykład:
„- Aro chce was widzieć – powiedziała, i wyszła. Wyszliśmy zaraz za nią - nie minęła nawet minuta, a już jej nie było”.

Błędy ortograficzne, interpunkcyjne i logiczne:
„- Gdy dotknie jakiegoś wampira, może zabrać mu dar, a tego daru nie można odzyskać, puki Dennis nie zginie” – póki.

Czasem zmieniasz pisownię imion: „Po prostu zagadałem się z Feliksem” i „już chyba bym wolała za Felixa wyjść” znajdują się w tym samym, siódmym rozdziale.

„Wygląda na szesnaście lat, lecz naprawdę kilka tysięcy” – brakuje „ma”, pomijając oczywiście, że z tekstu wynika, że żyje nieco krócej.

„- Słuchaj, Alec: Trójca umówiła się z Felixem, że jeśli w ciągu dwóch tygodni od jej powrotu z ostatniej misji nie znajdzie sobie partnera, to Felix za nią wyjdzie”.
„Wyszedłem z jego komnaty. Muszę to powiedzieć Jane. Nie pozwolę, aby Felix za nią wyszedł” – wychodzi się za mąż.

„Na jej rękach było widać ślady po oderwaniu rąk, które zostały potem wyjątkowo źle przytwierdzone do ciała” – ślady po oderwaniu rąk raczej nie mogły być na rękach.

„- Jesteś odważna, lubię takie - powiedział i złapał mnie za rękę”.
Po chwili Jane jednak robi uniki:
- Przesadziłaś - warknął i zaatakował mnie. Nawet nie atakowałam go, tylko robiłam uniki” – podejrzewam, że ciężko byłoby jej to robić, skoro Dennis ją trzymał.

„To Aro ustanowił te prawo” – to prawo.

„nie musieliśmy się nigdzie biec” – zbędne „się”.

„Mi się podoba! - krzyknął rozbawiony Alec” – mnie; na początku zdania używany dłuższych form zaimków.

„Santiago udał się do hotelu Atarisuite Cintermex, aby potwierdzić rezerwację na pokój, a ja z Demetrim i Rudą poszliśmy zapolować, na szczęście na ludzi” – chodziło o czarnowłosą Violettę, ale nawet jeśli to pomyłka, to dlaczego wielką literą?

„Od walki z rumunami minęło jakieś 1500 lat” – Rumunami.

„- Alec, zaprezentuj Vladimirowi swoje umiejętności – uśmiechnął się, a z rąk Aleca wypłynęła czarna mgła. I otoczyła Rumunów” – ten fragment nie jest niepoprawny, chociaż nie powinno się zaczynać zdania od „i”. Chciałam tylko powiedzieć, że go uwielbiam.

Twoja historia jest niespójna, a styl nierówny; poprawiasz się z czasem i miałam wrażenie, a także nadzieję, że kiedy dotrę do trzydziestego rozdziału, zobaczę znaczne postępy i rozbudowaną, przemyślaną akcję. Tak się jednak nie stało, bo zmieniłaś konwencję. Technicznie jest oczywiście lepiej, chociaż opisów nadal brakuje w kulminacyjnych punktach, ale zmiany w fabule zupełnie nie wyszły Twojemu opowiadaniu na dobre. Wygląda to odrobinę tak, jakbyś straciła chęć do kontynuowania tej historii i zaczęła intensywnie myśleć nad czymś nowym, bo wszystkie wątki związane ze wskrzeszaniem i skrzydlatymi wampirami pojawiają się nagle i nie mają związku ze światem znanym ze „Zmierzchu”.
Podoba mi się Twoja pomysłowość, jednak wątki, które wprowadzasz, szybko stają się przewidywalne i praktycznie od razu wiadomo, co stanie się dalej, kto zginie, a kto się zakocha. Niektórzy bohaterowie wzbudzili moją sympatię, ale zweryfikowały to najnowsze rozdziały, gdzie utracili większość swoich indywidualnych cech. Powinnaś się zastanowić również nad ich relacjami, ponieważ były w większości sztuczne i służyły intrydze, a nie uwypukleniu cech postaci.
Największymi problemami w Twoim tekście jest brak planu ogólnych wydarzeń i potknięcia logiczne, które uniemożliwiają wykreowanie dobrego świata. Nie jestem pewna, czy będziesz chciała zmieniać cokolwiek w tym opowiadaniu po mojej ocenie, bo wiem, że planujesz napisanie innej historii. Zdecydowanie namawiam cię do zmian, bo niektóre z nich nie wymagają wiele pracy, a mogą naprawdę ułatwić odbiór tekstu. Wierzę jednak, że nawet jeśli porzucisz This may... i zaczniesz na nowo, to ze spójniejszą wizją i zrobisz użytek z moich rad.
Ciężko było mi wystawić Ci odpowiednią notę. Brałam pod uwagę wszystkie pozytywne aspekty, jednak oceniałam twoje opowiadanie w takim stanie, w jakim jest obecnie, czyli razem z niezbyt czytelnym początkiem, błędami i niespójną fabułą. Dostajesz dwójkę.

2 komentarze:

  1. Blagrh, Claudinello, proszę, nie używaj tej okropnej kalki "dedykowane dla".
    Poza tym ocena oczywiście bardzo dobra ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uch, dawno i nieprawda :D Dziękuję, już poprawione.

      Usuń

Obserwatorzy