wtorek, 29 października 2013

3. Ocena panna-z-bozejewa

Uwaga: ocena skopiowana ze starej ocenialni, stąd więzienny wstęp fabularny
Rozpatrujący wniosek: Claudinella
Więzień: Gayaruthiel [panna-z-bozejewa]

Szablon widziałam już na kilku innych blogach, bo jest udostępniony do pobrania za darmo na jednej ze stron i wydaje się całkiem popularny. Nie wprowadziłaś niestety żadnych zmian w jego wyglądzie (autor pozwala na edycję), nawet w miejscach, gdzie najlepiej byłoby po prostu wyrzucić niektóre elementy; tuż pod nagłówkiem znajduje się pasek zakładek, który jest kompletnie bezużyteczny, bo żadnych podstron nie ma. Jest tylko „Strona główna”, żeby się ktoś nie zagubił i wiedział, gdzie kliknąć, żeby wrócić do najnowszego posta (nawet jeżeli zakładka miała pełnić taką funkcję, to nadal nie uważam, żeby była potrzebna; w końcu jest spis treści).
Nie zmieniłaś też zdjęcia umieszczonego tuż nad treścią notki, zostawiając to przykładowe i nie zajęłaś się ustawieniem wszystkich domyślnych gadżetów, bo zakładam, że „http://panna-z-bozejewa.blogspot.com/YOUR-LINK-HERE” nie jest raczej linkiem, który sama wpisałaś. Dodałaś co prawda ramkę o nazwie „koci ogonek”, gdzie prawdopodobnie znajdowało się wcześniej coś ciekawego, ale chyba się zepsuło, bo nad napisem „Pomóż kotkom!” znajduje się tylko rozciągnięty owal wychodzący poza przestrzeń bocznej ramki.
Nie chcę powiedzieć, że to wybór darmowego szablonu jest zły. Nie interesuje mnie szczególnie źródło, z którego pochodzi i nie chciałabym w tym miejscu koniecznie zobaczyć kolorowej brei z głowami aktorek i napisu wydziwianą czcionką, jak to wygląda na większości blogów. Chcę po prostu zwrócić uwagę, że ten konkretny wcale nie pasuje szczególnie do bloga i nie tylko nie jest zbyt piękny, ale niedopracowany, jakbyś nie przejmowała się zupełnie jego wyglądem.
Układ jest prosty i czytelny, ale dodatkowych grafik, takich jak te przy nazwie notki, przy liście linków albo w gadżetach jest mnóstwo, w dodatku wcale do siebie nie pasują. Tła podobnie – każde z innej parafii. Główne tło, na którym znajduje się tekst bloga, jest co prawda całkiem ładne, ale niezbyt dobrej jakości i wszystko psuje widoczna pikseloza.
Odcinki wyglądają do tego trochę niechlujnie, bo chociaż zadbałaś o akapity i starasz się używać prawidłowych znaków, to połowa z notek jest niewyjustowana. Czasem na samym początku pojawia się rząd pustych wierszy, które obniżają tekst – skąd się wzięły, co tam robią, nie mam pojęcia. W pewnym momencie zmieniła się też czcionka, a raczej jej kolor i rozmiar – z brązowej Georgii zrobiła się w siódmym odcinku czarna, trochę mniejsza i taka już została. W niektórych notkach kolor tekstu zmienia się nawet kilka razy, a część słów staje się ni z tego, ni z owego czarna, brązowa albo czerwona.
Jak już wspomniałam, nie ma żadnych podstron i wszystko znajduje się na stronie głównej. Elementów nie ma zbyt wiele: po prawej stronie znajduje się domyślny gadżet z wyszukiwarką, spis treści i rząd ramek z różnego rodzaju informacjami. Jest „o mnie”, są „podziękowania” i dwie ramki z linkami, osobna przeznaczona specjalnie na katalogi i dwie ocenialnie, gdzie Gaol sąsiaduje z księżycowymi, a do niedawna także z blogową egzekucją (ale super!). Zabrakło jakiejkolwiek informacji o blogu i poza napisem „Powieść w odcinkach”, który mówi odwiedzającemu praktycznie tyle, co nic, nigdzie nie ma informacji, czym tak naprawdę Twój tekst jest. Potencjalny czytelnik nie ma szans niczego się dowiedzieć przed czytaniem; może najwyżej wywnioskować, że autorka nie przywiązuje wielkiej wagi do tego opowiadania, bo od pół roku nie znalazła czasu na zajęcie się szablonem.

Z powodu braku tych informacji, wszystkiego muszę się dowiedzieć z lektury. Wiem tyle, że to obyczajówka historyczna, bo tak kiedyś określiłaś swój tekst. Na szczęście szybko wprowadzasz czytelnika w świat i już z pierwszych akapitów można wywnioskować, że główna bohaterka żyje w zaborze rosyjskim oraz to, że ma szlacheckie pochodzenie. Z drugiej strony mimo przeczytania wszystkich dziesięciu rozdziałów, nie mogę dokładnie umiejscowić akcji w czasie, więc wszystkie moje wnioski opierają się na interpretacji poszlak, bo niewiele jest wprost powiedziane na tematy polityczne, które ułatwiają datowanie.
Historia opowiada o siedemnastoletniej Joannie, której marzycielskie podejście do życia i zamiłowanie do książek spowodowało, że rodzice postanowili jej się pozbyć. Przewrócona cukiernica przelała czarę goryczy w ich sercach, więc wysłali ją na wieś, żeby nauczyła się tego, co kobieta powinna umieć, czyli obierać ziemniaki, drylować wisienki i hodować jedwabniki. Nie wiadomo dokładnie, jak znalazła się w Bożejewie – budzi się w powozie z bolącą głową i od tego momentu rodzice nie odzywają się do niej ani słowem; tu zaczyna się właściwa historia. Dziewczyna jest przerażona i w sumie ma prawo pomyśleć, że przyjdzie jej tam umrzeć – nie umiera jednak, najwyżej czasem zemdleje, ale radzi sobie z nową sytuacją całkiem dobrze. Akcja powoli posuwa się do przodu, obserwujemy, jak toczy się życie ludzi związanych z folwarkiem, a tempo opowiadania nie zmienia się gwałtownie z rozdziału na rozdział. Poza jedną sceną, moim zdaniem najgorszą w całym tekście, nie pojawiają się nieoczekiwane zwroty akcji czy sensacyjne wydarzenia, a życie toczy się z dnia na dzień; mimo to niespodzianek nie brakuje.
Pojawiają się stylizacje językowe z rozmaitych epok, obejmujące zarówno fragmenty księgi rodowej, jak i wypowiedzi bohaterów z różnych warstw społecznych. Nie jest idealnie, ale biorąc pod uwagę fakt, że mało kto się zajmuje tego typu tekstami, to należy docenić, że dokształcałaś się w czasie pisania bloga, a tekst w większości czytało się całkiem przyjemnie.
Opowiadanie składa się z akcji właściwej i krótkich tekstów związanych z lekturami czytanymi przez Joannę, które pojawiają się w większości odcinków. Najczęściej dotyczą rodzinnej sylwy, ale w tle przewijają się też romanse. Te krótkie sceny z literatury niskich lotów nie tworzą zamkniętej historii i nie nawiązują do siebie nawzajem, ale ich zamieszczenie było o tyle dobrym pomysłem, że dzięki temu możemy zobaczyć, co ukształtowało bohaterkę.
Jednym z tematów przewodnich opowiadania jest poznawanie przez Joannę historii swoich przodków, o których nie wiedziała wcześniej zbyt wiele. Informacje o rodzinie czerpie z rozmów ze służbą, a przede wszystkim z księgi rodowej, którą dostaje od kucharki. Najstarszy wpis pochodzi z szesnastego wieku, jednak mnie najbardziej do gustu przypadła historia polsko-szwedzkiego małżeństwa (swoją drogą pisanie w tomiszczu przekazywanym z pokolenia na pokolenie o swojej żonie jako o pięknej pustej wydmuszce bez rozumu jest dość dziwne) i o losach Witalisa. Samo rozwiązanie z zapiskami nie jest może bardzo oryginalne, ale wyszedł z tego całkiem dobry przerywnik.
Zresztą to opowiadanie jest oryginalne, będąc równocześnie do bólu nieoryginalnym. Oryginalne, ponieważ w blogosferze dość ciężko o jakiekolwiek opowiadania historyczne – trzeba mieć do nich zarówno ugruntowaną wiedzę, jak i cały czas dokształcać się; komu by się chciało? Z drugiej strony mamy do czynienia z delikatną parodią literatury pensjonarskiej. Ja akurat nie znoszę literatury dla dziewcząt – jak dla mnie to ona sama dla siebie jest parodią. Oczywiście zwykle mamy szczęśliwe zakończenie, udowadniające, że bez względu na to jak brzydką kobietą jesteśmy, możemy wznieść się na szczyt swoich możliwości i znaleźć drogę powrotną do kuchni. Twoje opowiadanie jest o tyle przyjemne, że nawet główna bohaterka wzbudza sporo sympatii, więc nie ma się ochoty jej nigdzie odsyłać. W kolejnych rozdziałach co prawda jej kreacja się nieco rozjeżdża, ale mimo jej przeciętności, można sporo powiedzieć o jej charakterze i zainteresowaniach.
Zresztą w Joannie najbardziej urzeka jej naturalność. Widać, że ma potencjał intelektualny, a to, że chwilami zachowuje się jak głupie cielę, da się bardzo łatwo usprawiedliwić: po prostu nie miała gdzie i kiedy nabyć jakichkolwiek doświadczeń życiowych, które pozwoliłyby jej mieć określony światopogląd czy bardziej dojrzałe przemyślenia. Postępuje raczej jak szczere dziecko niż rozkapryszona panienka, czym również sporo zyskuje i naprawdę nie obchodzi mnie, że czasem w towarzystwie gada głupoty, których potem żałuje – naprawdę ją lubię! Gorzej wypadła w scenie w lesie, choć ogólnie mam wrażenie, że to była raczej „scena dla sceny” i nie obrazowała prawdziwego zachowania Joanny – dla mnie było to niewiarygodne.
Rodzice głównej bohaterki zostali przedstawieni w sposób nieco komediowy i w sumie są dość dobrze wykreowani; podoba mi się pomysł, że zubożała szlachta mogłaby rozmawiać w tak pretensjonalny sposób o „feralnym dziecku”, które krzywdy sobie ani nikomu nie robi, tylko jest trochę rozkojarzone i powinno poważnie zacząć rozglądać się za mężem... Zresztą widać, że mimo wszystko troszczą się o córkę – niby wysyłają ją na „obóz przetrwania” i nie kontaktują się z nią, ale w efekcie wyjazd wyszedł jej na dobre.
Służba to przekrój bardzo zróżnicowanych charakterów, będąca tylko typowym przedstawieniem tejże, jednak wszyscy doskonale spełniają swoje role w opowiadaniu. Na początku należy wspomnieć o Madejowej, bo to najbardziej charakterystyczna postać w całym Bożejewie. Jest tylko kucharką, ale za pewne zasługi zyskała przychylność rodziców Joanny, dzięki czemu może robić, co jej się żywnie podoba i wykorzystuje cały swój czas na gotowanie i rozstawianie wszystkich po kątach. Wyróżnia ją specyficzny styl wypowiedzi i to, że w jej słowach zwykle jest racja. Szybko wzbudza sympatię czytelnika, a mimo że jej kreacja nie jest szczególnie nowatorska, to jest naprawdę ciekawa i potrafi momentami zaskakiwać. Pozostali trzej pracownicy folwarku nie są już tak plastyczni i niewiele można o nich powiedzieć poza tym, że pasują do konwencji opowiadania. Taki Alfred to najbardziej typowe przedstawienie majordomusa o kamiennej twarzy, jakie widziałam; o dziwo, nie razi to przy realiach, które opisałaś. Mamy też uroczego chłopca, który wykonuje drobne prace i dziwną służącą od chodzenia z tacą pełną jedzenia.
Nie zabrakło tajemniczego nieznajomego, wokół którego nieustannie rozgrywają się niepokojące wydarzenia i z którym Joanna nie chce mieć nic wspólnego, mimo ciągłych przypadkowych spotkań, co pewnie sugeruje romans.
Jeśli chodzi o innych bohaterów, to najwięcej było chłopów. Niestety, pojawili się tylko raz, ale za to od razu całym tłumem i bezosobowo: tylko w kościele, bo przypuszczalnie to oni wypełnili cały wnętrze. Całe szczęście, że Joanna, służba i szlachcic z sąsiedztwa zmieścili się w środku. Nie opisujesz zbyt wielu bohaterów, raczej ograniczasz się do wskazania kilku osób występujących w jednej scenie i budujesz atmosferę mało zaludnionego miejsca, gdzie wszyscy się znają. Zastanawia mnie to, że główna bohaterka nie ma żadnych przemyśleń na temat mas w postaci chłopów, choć włócząc się cały czas po wsi, może czasem natknąć na nich po prostu przechadzając się – sprzyja temu pora roku, bo jest na tyle ciepło, że większość czasu spędza poza domem, kiedy tylko odrywa się od książek. Zresztą nadal mamy czasy przed uwłaszczeniem w zaborze rosyjskim (które nastąpiło w 1861), a w Białymstoku zbyt wielu ich raczej nie spotkała, więc mogliby ją zaciekawić. Co prawda pojawiają się później chłopki, ale ich znaczenie dla fabuły jest znikome – idą z Joanną na jagody, a potem wracają do domu, zostawiając ją samą w lesie i przyczyniając się do najbardziej kompromitującego wydarzenia w jej życiu (głęboko wierzę, że dziewczyna potem się wstydziła swoich wspaniałych pomysłów). Tworzą tylko tło, ale dobrze, że w ogóle zakomunikowałaś ich istnienie, jednak jeśli wszyscy tak ignorowali chłopów, to ja się już nie dziwię, dlaczego karnawał 1846 nie udał się w sąsiedniej Galicji.
Z tego wynika na pewno jedno: bohaterowie istnieją jako jednostki pojawiające się raz na jakiś czas, zachowujące się w miarę konsekwentnie, za to tło praktycznie nie istnieje. Z drugiej strony nie mogę powiedzieć, że istnieje jakaś źle nakreślona postać – nie ma takiej! I nawet jeśli denerwuje mnie pewien sąsiad Joanny, to póki co za mało o nim wiem, by go osądzać.
Pomijając pierwszy rozdział, który tłumaczy, w jaki sposób Joanna znalazła się w obcym dla siebie miejscu, cała akcja toczy się w Bożejewie. Wszystko, czego czytelnik jest świadkiem, rozgrywa się na dość małym terenie, w zaledwie kilku sąsiadujących ze sobą budynkach, ewentualnie na zewnątrz wśród dzikich traw. Poza czytanymi przez Joannę sylwami i przywołaniem postaci carycy, nie ma żadnych informacji o świecie poza granicami Bożejewa; między innymi to tworzy specyficzną atmosferę zamknięcia w odległej od cywilizacji wsi z niewielką społecznością. Ten efekt zawieszenia w przestrzeni jeszcze potęgują opowieści o księżach porywanych przez siły nieczyste na kilku przeklętych metrach kwadratowych leśnej ścieżki. Podoba mi się sposób, w jaki przedstawiłaś dziewiętnastowieczną wieś; to zdecydowanie pasuje do konwencji opowiadania. Opisy są bardzo plastyczne i dają dobre wyobrażenie tego małego wycinka świata, który przedstawiasz, a klimat powoduje, że brak zarysowanej społeczności nie razi aż tak bardzo.
Oceniając obyczajówkę historyczną, powinnam odnieść się do czasów, w których ma miejsce akcja. Z drugiego odcinka wynika, że to gdzieś lata czterdzieste dziewiętnastego wieku: wnioskuję to po wydarzeniach, które z nostalgią przywołuje Madejowa – wspomina Polaków odchodzących rok po roku z powodu inwazji na Rosję (1812), migracji w celach zarobkowych i (zdaje się) powstania listopadowego (1830/1831). Do tego wypowiedź „Ostało się nas tylko czworo” sugeruje, że to całkiem świeże wydarzenia; w końcu sama gospodyni nie ma 120 lat (jest w wieku średnim, co jest podkreślone). Z góry mówię, że będę pisać o opowiadaniu w kontekście właśnie lat czterdziestych, choć później miałam spory problem z umiejscowieniem opowiadania w czasie z powodu przemyśleń Joanny, która dość pogardliwie wyobraziła sobie wspaniałe suknie Aleksandry Fiodorowny w kontekście ich produkcji – skojarzyłam ją z ostatnią carycą Rosji i podejrzewam, że jest to pierwsza myśl większości osób, które czytają ten fragment: wiadomo, Rasputin, rewolucja, uwięzienie i jej tragiczna śmierć są bardziej medialne niż w miarę spokojne życie Charlotty Pruskiej, która po ślubie również została Aleksandrą Fiodorowną. Wówczas jednak akcja musiałaby mieć miejsce pomiędzy 1894, a 1910 rokiem – Alicja Heska wyszła za Mikołaja II w 1894, zyskując tytuł carycy. Nie mówiąc już o nadchodzącej pierwszej wojnie światowej; te podejrzenia nie byłyby złe, gdyby brać pod uwagę to, że Joannie sytuacja polityczna wydawała się na tyle stabilna, by o niej nie myśleć. Może się mylę, ale z jakiegoś względu bohaterka wygląda mi na dziewczynę, która bardzo chciałaby interesować się polityką, ale nie rozumie jej i nie może, bo kto by siedemnastolatce z dobrego domu to ułatwił? Niech lepiej idzie grać na klawesynie. Jednak powodem dla którego skłaniałabym się umiejscowić akcję w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku, jest pewna poszlaka: refleksje Joanny na temat posagu, którego nie ma – początek XX wieku to czas, gdy ten zwyczaj już powoli dogorywał. Sugerowałabym dać jakąś jednoznaczną podpowiedź, kiedy rozgrywają się dane wydarzenia, bo miałam z tym pewien problem i część czytelników, którzy nie są entuzjastami historii, może się czuć zagubiona. Za dużo niejasnych tropów, a czas akcji powinien być wyraźniej zaznaczony, bo znacznie ułatwia to odbiór tekstu.
W każdym razie kiedy mamy już kontekst, należy zastanowić się nad konsekwencją i nad tym, na ile może pozwolić sobie narrator wszechwiedzący. Bo że jest wszechwiedzący, to ma świadomość, że Joanna „poczuła ogromną senność, adrenalina i wyczerpanie wygrały z niepokojem”, a potem „noc spędzona w lesie, dzika gonitwa i strach dały jej się we znaki i teraz, kiedy adrenalina opadła, poczuła, że koniecznie musi się położyć”. W zasadzie ma rację i reakcje biologiczne jej organizmu to po prostu fakt – pytanie tylko, na ile można mówić o „adrenalinie” odkrytej w 1895 roku (czyli mniej wtedy, gdy mogłaby mieć miejsce akcja, gdyby chodziło o Alicję Heską, a nie Charlottę Pruską jako carycę), a do języka codziennego przeniknęła ona jakiś czas później; przypuszczam, że dużo później, bo badano ją intensywnie do 1904. Trudno to uznać za błąd rzeczowy, ale zwyczajnie nie pasuje to do obyczajówki historycznej. Nie wyobrażam sobie na przykład, by Scarlett O'Hara poczuła „przypływ endorfin” na widok Rhetta.
Nieco inna niejasna sprawa to fortuna przyjazna protoplaście rodu Bożejewskich, Jakubowi z Wojsławic. Nie dość, że jako kawalkator potrafił czytać, to jeszcze umiał pięknie pisać, brał udział w wojnach inflanckich i udało mu się przeżyć, a przy okazji wykazał się odwagą i (uwaga) uratował hetmana Mikołaja Sieniawskiego, który zapewnił mu potem tytuł i otrzymanie ziemi (chyba naprawdę był wdzięczny, skoro tyle spraw mu załatwił). Nie za dużo szczęścia naraz? W sumie kwestia wykształcenia Jakuba jest bardziej niepewna i w pewien sposób ciekawsza dla mnie niż nobilitacja, mimo że zarówno to, jak i nadanie ziemskie to raczej rzadkość w szesnastym wieku. W ogóle interesuje mnie jego przeszłość, choć trudno, by już jako szlachcic szczególnie się nią chlubił w pamiątkowej księdze. Pomijając to, muszę przyznać, że to mój ulubiony wątek oprócz miłości Łukasza do Inge. Aha, jeszcze prywatna prośba, która raczej nie ma wielkiego wpływu na fabułę: dopisz proszę, czy chodziło o hetmana wielkiego koronnego, czy hetmana polnego koronnego, bo znanych Mikołajów Sieniawskich było czterech, z czego trzech było hetmanami, a dwóch żyło w czasie wojen inflanckich. Jakoś mnie to intryguje.
Na koniec dysputy historycznej: ten mastif angielski nie brzmi zbyt realistycznie. Raczej nikt nie skojarzyłby takiego psa akurat z mało znaną rasą, której popularność zaczęła gwałtownie spadać w XVII wieku i do początku XX wieku prawie „wymarły”, a czarna odmiana zawsze była rzadka.
W kwestii logiki mam problem z psami i służącymi, ze względu na dwa niepokrywające się ze sobą fragmenty:
„Tam dalej wcześniej stała psiarnia, ale psów już nie mamy, ledwo się trzy ostały. W sumie to dwa i pół, bo Fidelis, wierna, stara psina, ma już wszystkie zęby spróchniałe i nic nie widzi na jedno oko”.
„– Jakie tam psy... Ta atrapa psowatości, Myszka, w najlepsze spał w stajni. A drugi, Cezar, ze starości jest głuchy na oba uszy i ślepy na jedno oko. Franek złapał nam szczura, napoiliśmy go wodą z poidła – wzdął się i padł. – Na te słowa zapadła głucha cisza. Joanna czuła, jak myśli rozbiegają jej się w kilku kierunkach naraz” – tu są dwie wersje wydarzeń. Albo jakiś czwarty pies miał na imię tak jak służący, po czym umarł, gdy wypił wodę z poidła, tylko wtedy nie wiadomo, dlaczego szczur w ogóle zostaje wspomniany... albo to służący wzdął się i padł. Ewentualnie zrobił to szczur, ale to też nie tłumaczy, dlaczego Fidelis, który nie widzi na jedno oko jest określany jako najgorszy pies (PÓŁPIES), skoro Cezar jest jeszcze gorszy i pewnie bardziej bezużyteczny, bo dodatkowo głuchy. Mam nadzieję, że chociaż szczur jest cały i pobiegł wolno do szczurzej rodziny.
(Uwaga, spojler: służący Franek przeżył!)
W opowiadaniu występuję więcej dziwnych zjawisk: nie mam pojęcia, jak tak naprawdę nazywa się majordomus, bo zmienił imię z „Albert” na „Alfred” i nikomu nic nie powiedział (w rozdziałach 1-3 jest Albert, później od 6 jest Alfred. Na dwa odcinki pewnie poszedł do urzędu zmienić imię – dlatego w rozdziałach 4-5 go nie ma).
Opowiadanie czyta się dobrze przez pierwszych osiem odcinków, które zawierają opis pierwszych dwóch tygodni spędzonych w Bożejewie przez Joannę. Czytelnik ma poczucie, że historia spokojnie do czegoś dąży, a sama dziewczyna zaczyna pozytywnie patrzeć na nowe miejsce pobytu i postanawia w nim zostać (i tak musi, bo rodzice jej nie kochają). Podobają mi się jej refleksje na temat mieszkania na wsi, do której tak bardzo nie chciała trafić i której się tak obawiała. Mało tego, boi się, że rodzice, którzy ani razu od podróży się do niej nie odezwali, nagle zechcą zabrać ją z powrotem do miasta: tym razem to Białystok jest demonizowany, mimo że wcześniej to przeprowadzka na wieś miała być dla niej najgorszym koszmarem.
W pewnym momencie decydujesz się na rozwinięcie postaci Klodzi, której rola wcześniej ograniczała się do noszenia tacy z potrzebnymi do sceny rekwizytami (na przykład mięsem, bo bohaterka czasem jest głodna). Wszystko, co o niej wiemy, bierze się z rozmów, które prowadzi z Joanną i ze spostrzeżeń głównej bohaterki, która nagle się nią zainteresowała. Swoją drogą krótki dialog o znachorze to chyba jedyny raz, gdy dana postać opowiada o sobie cokolwiek, jednak rozmówczynię szczególnie ciekawi niezdrowa fascynacja służącej różnego rodzaju truciznami, jakby co najmniej rozkładała w różnych miejscach w domu solniczki z arszenikiem. „– Wróciłam się do lasu po kosz, który panienka zgubiła. Kogo chciała panienka otruć? – spytała z niezdrową fascynacją” – taką wypowiedź można raczej wziąć za lekko żartobliwy komentarz odnoszący się do głupoty Joanny, jednak „niezdrowa fascynacja” wskazuje na to, że mamy do czynienia ze służącą o nieczystym sumieniu, co zresztą pasuje do kolejnej wypowiedzi:
„– Ach, to pewnie na Ostrzalskich? A jużci, zasłużyli sobie. Jak panienka nie chce, to niech nie mówi, ja tam panienki nie wydam. Ale mam pytanie. Te brązowe grzyby, z takimi jakby sopelkami od spodu, gdzie je panienka znalazła?” – to już raczej nie pozostawia wątpliwości.
Wydaje mi się, że od momentu, gdy Klotylda zyskuje nowe cechy charakteru (mniej więcej od odcinka ósmego), rozpoczyna się seria lekko satyrycznych motywów, które nie są zbyt przemyślane i nie pasują w żaden sposób do bohaterów i świata z poprzednich rozdziałów. Za najmniej udaną scenę uważam wyprawę do lasu, która wygląda tak, jakby była tylko pretekstem do wyśmiania głupoty Joanny. Ciągłe zwracanie uwagi na nieporadność bohaterki robi się wręcz nudne, choć wcześniej jej wady były naturalne i wynikały z osobowości oraz życia pod kloszem; poza tą sceną to naprawdę sympatyczna postać. W tej scenie dziewczyna najpierw nie nadąża za chłopkami, potem nie radzi sobie ze zbieraniem jagód (wyślizgują jej się z rąk? Rozgniata je, bo za mocno je chwyta? Nie może ich znaleźć, bo nie nadąża za innymi?). Zaczyna zbierać grzyby, ale tylko takie, o których czytała w książkach; te jadalne to ponoć muchomory, bo wybierała „najbardziej kolorowe i wzorzyste”. Ciężko sobie wyobrazić, żeby w dziewiętnastowiecznej literaturze nie było słowa o grzybach, po zjedzeniu których się umiera, skoro czytała w niej o tragicznych skutkach żywienia się skórkami od ziemniaków. Wychodzi na to, że Joanna nie umie czytać, co negowałoby jej kreację ze wszystkich poprzednich odcinków; zresztą wcześniej nie zrobiła nic aż tak głupiego. Następnie gubi się w lesie i kiedy zdaje sobie z tego sprawę, zaczyna myśleć o mchu, który rośnie na północnej stronie drzew, co oznacza, że czytała wcześniej rady typu: „jak przeżyć w lesie i nie zatruć się muchomorem”. Zrezygnowana siada pod dębem, martwiąc się o ewentualną śmierć z głodu. Postanawia nazrywać „pełen dojrzałych, ciemnych pojedynczych jagód wielkości wiśni”, po czym zasypia na polanie „obok rosłego krzaku wilczej jagody i z koszykiem pełnym muchomorów”. To nie koniec dziwnych zbiegów okoliczności: budzi się, a tam z jakiegoś powodu Ostrzalski poluje... z łukiem... na dzika. Cóż. Scena wydaje się zupełnie oderwana od rzeczywistości. Ciężko powiedzieć, czemu w zasadzie służy poza wprowadzeniem elementów parodiujących kiepskie romanse historyczne (potykanie się o korzeń!).
Widać, że masz wprawę w pisaniu; tekst czyta się naprawdę płynnie, raczej nie pojawiają się w nim powtórzenia czy źle złożone zdania i znalazłam niewielką ilość rzeczy do poprawienia. Na uwagę zasługują dialogi, które wypadają bardzo naturalnie – udaje Ci się zróżnicować wypowiedzi bohaterów i pod tym względem naprawdę dobrze wykorzystujesz stylizacje.
To chyba coś, co musi sprawiać Ci wyjątkową przyjemność, bo stylizacje pojawiają się praktycznie w każdym rozdziale. Joanna mówi językiem najbliższym współczesnemu, dzięki czemu możemy z łatwością przyglądać się, czym jej sposób mówienia różni się od innych ludzi. Dystans między nią, a służbą zostaje zachowany, jednak nie dotyczy to Madejowej, choć i tu istnieją pewne okoliczności tłumaczące jej postępowanie. Nie ukrywam, że to moja ulubiona postać – a to lekko protekcjonalne mówienie o Joannie w trzeciej osobie zamiast w drugiej tylko wzmacnia jej wizerunek kobiety, która nigdy nie była w mieście, ale doskonale wie, co robi i umie utrzymać domostwo w ryzach. Jeśli chodzi o stylizacje szesnastowieczne i siedemnastowieczne, to niestety nie mogę na ich temat wiele powiedzieć, bo po prostu się na tym nie znam. Postanowiłam jednak sprawdzić, na ile Twoje teksty pokrywałyby się z prawdziwymi pismami z tego czasu i przejrzałam ich znaczną ilość. W oczy rzuciło mi się kilka rzeczy: po pierwsze niekonsekwentnie archaizujesz teksty mające pochodzić z czasów Kochanowskiego. W zapiskach Jakuba pojawia się słowo „historya” obok „Bożejewa” (nie znalazłam ani jednego „j” w tekstach, które czytałam w ramach zorientowania się w temacie – pewnie dlatego, że w łacinie też takiej litery nie było) czy spójnika „i” (zamiast „y”). Nie mówiąc już o tym, że ortografia z tego okresu podlegała regułom tego, kto akurat pisał; nie była ona usystematyzowana, ale akurat zrozumiałe jest, dlaczego chcesz, by współczesny czytelnik wiedział, o czym czyta. Fragmenty o Inge i Florentynie pochodziłyby już z czasów, gdy przyjmuje się jedną wersję pisowni w kraju, ale mam też wrażenie, że one zostały napisane znacznie lepiej niż te o Jakubie, choć są bardzo podobne do pierwszych zapisków z księgi rodowej Joanny – jakby te sto lat kluczowe dla polskiej ortografii nie miało żadnego znaczenia.
Nie widziałam błędów ortograficznych i choć piszesz poprawnie, to chwilami Twoje opowiadanie wygląda niechlujnie ze względu na drobne niedociągnięcia. Nie wyjustowałaś niektórych odcinków, a dialogi często zaczynasz półpauzą i kończysz dywizem, zamiast konsekwentnie używać półpauz lub pauz pełnej długości. Gdzieniegdzie pojawiają się podwójne spacje lub ich brak („Zie...ziemniaki”), a czasem poza dialogami stosujesz tylko dywizy zamiast półpauz („ale pod ramą złoconą - pustka, miraż”).
W dodatku we fragmentach książek czytanych przez główną bohaterkę używasz niepoprawnych cudzysłowów:

"... Wiliam objął drżącymi rękoma jej omdlewającą kibić. Luiza słabo uniosła powieki, wpatrując się w twarz ukochanego. Usta mężczyzny zbliżyły się niebezpiecznie do jej alabastrowej szyi..."

zamiast: „”. Podobnie jest w paru innych miejscach:

“...Dnia tego siostrom klasztornym jak co miesiąc wiozłem jaj kopę, drób i wypieki, w podzięce za przywrócenie do życia siostry mej, Elżbiety, która dziecięciem będąc, ciężko na szkarlatynę zapadła i tylko tajemna wiedza benedyktynek była sprawiła, że ducha przed czasem swym Bogu nie oddała..."

„Znać przecie, że ta mała Kirke oczarowała cię bez reszty. Podług mnie, żeś jest dobrym człowiekiem i szczęśliwość wielką dać jej w twej leży mocy. Wybacz łamanie konwenansów, ale pozwolę sobie twierdzić, że gdy człek na łożu śmierci leży, na maniery mu już nie pora i pofolgować im należy. Siostry zakonne zrobiły co mogły, gdyby nie one, niepodobna byłaby convalescentia. Wdzięczny jestem za dnie, który wyrwały dla mnie z paszczy śmierci. Niestety, choroba wiktoryję odnosić poczyna, a nie w mocy naszych drogich benedyktynek jest władać mocą Pana Naszego, Baranka. Obiecaj na honor swój, że baczenie mieć będziesz nad Inge.” Poruszony do żywego, przystałem na to, zwłaszcza, że myśli o tej pięknej pannie towarzyszyły mi dnia każdego, nocami zaś nie mogłem zawrzeć oczu...."


Korekta błędów będzie polegała więc na wypisaniu mało istotnych potknięć.

„Jej uroda nie rzucała na kolana, a choć w jej żyłach płynęła krew ośmiu pokoleń rodowej szlachty, nie nie była ona poparta interesującym posagiem” – dwa razy „nie” obok siebie.

„Swoim przepychem pasowała do dworskiego balu, a nie do wiejskich potańcówek, król zaś pojawił się w Białymstoku jak dotąd tylko raz” – tak szczerze mówiąc, to nie wiem, o jakiego króla tutaj chodzi i dlaczego to jest istotne.

„Umiała w nie wplatać fantastyczne wzory. Trzymamy je w kufrach, przekładane lawendą, by nie zetlały od słońca i by żadne mole nie miały tam dostępu” – z tego fragmentu wynika, że wzory są trzymane w kufrach, nie materiały.

„– Nie marudzi, tylko ji – zagrzmiała Madejowa.” – ta kropka na końcu jest czerwona, to przerażające. W paru zresztą miejscach widziałam w środku wyrazu brązowe litery i nie mam pojęcia, o co z nimi chodzi.

„Uczy się wespół z bratem, gdyż on, do łóżka przykuty, czas umila jedynie mentem exercendo . Mimo woli na wspomnienie o jej bracie (...)” – spacja po kropce.


Uważam to opowiadanie za wyjątkowo pozytywne i sympatyczne, widać też, że zostało napisane przez osobę z wiedzą na temat epoki. Chwilami natomiast rzuca się w oczy, jak bardzo jest niedopracowane. Mam wrażenie, że piszesz dla zabawy, kiedy masz pomysł i czas – co samo w sobie można pochwalić – ale wyjątkowo niezobowiązująco. Chyba nawet nie wracasz do starych odcinków i nie upewniasz się co do zasad świata, które wcześniej stworzyłaś – stąd pomyłki w imionach psów czy służących; prawdopodobnie z tego samego powodu w tekście pojawiają się przypadkowe dywizy i błędnie zastosowane cudzysłowy. Jeśli tak jest, to pewnie ocena zbytnio Ci się nie przyda i nie widzę nic dziwnego, że zgłaszasz się również do ocenialni o wątpliwej renomie. Ja bawiłam się dobrze, czytając „Pannę z Bożejewa” – podobały mi się elementy o zabarwieniu lekko satyrycznym (te subtelne wychodzą Ci naprawdę dobrze!) – sposób mówienia rodziców głównej bohaterki, miastowa Joanna, która nagle zakochuje się w wiejskim życiu, stanowcza kucharka, która niespodziewanie okazuje się bohaterką znacznie pozytywniejszą niż mogłoby się wydawać... Na pewno konwencja, której się trzymasz od pierwszych odcinków, wiele tu daje, a trzeba Ci przyznać, że trzymasz poziom przez cały czas. Pomijam parę nieudanych epizodów pod koniec, bo w ostatnich odcinkach pojawiło się też kilka całkiem udanych motywów (Albert/Alfred i Madejowa oraz reakcja Joanny na to odkrycie), poza tym opowiadanie jest spójne, jeśli nie mówimy o imionach. Dodatkowo udało Ci się stworzyć dobry klimat dla sielankowego świata, stworzonego z kilku domków, kościółka i wolnej przestrzeni. Tę idyllę tylko raz przerwała frankowa tragedia wzdęcia się i padnięcia, ale aż tak nie lubiłam tej postaci, żeby nie móc Ci tego wybaczyć. Wątków prawie nie ma, ale te, które powstają, zwykle znajdują swoje zakończenie – w fabule nie ma niedopowiedzeń, pojawiają się jedynie pewne tajemnice, a mam przeczucie, że znajdą swoje rozwinięcie w przyszłości. Mój wniosek jest prosty: wolę czytać o Joannie, która szuka swoich korzeni w księgach rodowych niż Joannę, która potyka się o korzenie w lesie. To pierwsze wychodzi znacznie lepiej. Cztery.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy