sobota, 30 listopada 2013

5. Ocena trzymaj-mnie


Uwaga: ocena skopiowana ze starej ocenialni, stąd więzienny wstęp fabularny
Rozpatrujący wniosek: Claudinella
Więzień: Nersi [trzymaj-mnie]

Szablon naprawdę mi się podoba. Jeśli nie roztrząsać szczegółów, co oczywiście zaraz zrobię, jest naprawdę miły dla oka, dopracowany i czytelny.
Zdecydowałaś się na wykorzystanie jedynie skali szarości, nie używając żadnych akcentów kolorystycznych, korzystając za to z przeróżnych odcieni z bielą i czernią włącznie. Wyszło naprawdę dobrze, bo zestawiłaś ze sobą jednokolorowe przestrzenie z bardziej zróżnicowanymi teksturami teł w taki sposób, że nie ma wrażenia ani przepełnienia, ani pustki; po prostu niczego nie brakuje. Można też czytać długo bez zmęczenia, bo poziom kontrastu pomiędzy tekstem a tłem notek jest odpowiedni.
Podoba mi się zwłaszcza sposób, w jaki rozmieściłaś elementy na blogu. Najlepiej według mnie wygląda to na mniejszych rozdzielczościach, bliskich 1366 pikseli szerokości, gdzie panuje bardzo przejrzysty i zwyczajnie ładny układ dzielący ekran na trzy części, a wszystko wydaje się idealnie dopasowane do siebie. Przy większych tak dobrego wrażenia już nie ma, ale poza tym szablon dobrze skaluje się do innych rozmiarów, więc nie mam żadnych zastrzeżeń.
Menu jest przemyślane, informacje dla czytelnika i inne linki posegregowane do odpowiednich podstron, a wszystko, z wyjątkiem szerokiej listy, łatwo znaleźć. Jej położenie nie jest oczywiste i miałam problem z jej zlokalizowaniem prawdopodobnie również dlatego, że zazwyczaj przylega ona do ramki przeznaczonej na notki. W tym przypadku psułoby to zupełnie założenia szablonu, więc rozumiem, dlaczego jej tam nie umieściłaś, proponowałabym jednak przemyśleć przesunięcie jej w inne miejsce.
Jeśli chodzi o szczegóły, o których wspomniałam na samym początku, to jest kilka rzeczy. Tytuł bloga oraz obrazek znajdujący się pod nim wizualnie bardzo mi się podobają, jednak kiedy zaczęłam przyglądać się poszczególnym zdjęciom tworzącym tę grafikę, uśmiechnęłam się. Przedstawiają one rzeczy związane mniej lub bardziej z elektroniką i komunikacją; znajdują się tam między innymi raczej mało ciekawe fragmenty układów elektronicznych, takie jak porty czy dziura na śrubkę, oraz coś, co miało prawdopodobnie prezentować jakiś skomplikowany kod. Jest to jednak tylko fragment listy podstawowych instrukcji linuksowego terminala (takich jak „otwórz folder”) i myślę, że raczej średnio pasuje do założeń.
Nie znalazłam żadnego związku pomiędzy tekstem w belce i fabułą. Być może jakiś pojawi się, gdy dokończysz opowiadanie, jestem jednak pewna, że da się wymyślić bądź znaleźć coś, co będzie trafnie nawiązywać do całego tekstu.
Poza tym chociaż w rozdziałach raczej starasz się używać półpauz do zapisu dialogów, w bocznej ramce jak i w podstronach rządzą dywizy. Informację o tym, do jakiej kategorii należy według Ciebie opowiadanie (hard science-fiction), powtórzyłaś dwa razy, bo umieściłaś ją zarówno na głównej stronie, jak i w „informacjach”; w dodatku nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, ale o tym napiszę później, pod koniec analizy treści.
Rozmieszczenie i wygląd gadżetów bardzo mi się podoba, ale ramka „obserwatorzy” psuje dobry wygląd całości. Nie dość, że jest pstrokata, to tekst czarny na prawie czarnym raczej ciężko przeczytać i aż się prosi, żeby przynajmniej zmienić jego kolor. Znowu napis „Nersi. Szablon Awesome Inc.. Technologia Blogger” skacze w niektórych przeglądarkach; nie myślałaś o tym, żeby całkiem go usunąć?

Prolog ma formę przemyśleń niewymienionej jeszcze z imienia głównej bohaterki, która z bliżej nieznanych przyczyn spodziewa się rychłej śmierci. Dzięki temu wstępowi, który nie ujawnia żadnych szczegółów na temat fabuły, można w jakimś stopniu poznać tę dziewczynę i przede wszystkim wczuć się w klimat opowiadania. Niestety, już na wstępie mamy zgrzyt. „A w co wierzę? W Boga? W greckich bogów? W Allaha?” – to zestawienie wygląda niezbyt dobrze, ponieważ Allah w języku arabskim oznacza właśnie Boga (abrahamicznego) i jest tym samym Bogiem, którego istnienie uznają między innymi chrześcijanie. Poza tym wymienianie tuż obok pogańskich bóstw z wymarłej religii wydaje się zwyczajnie dziecinne i nie wiem, dlaczego nie pokusiłaś się choćby o przywołanie czegoś z Dalekiego Wschodu; to byłoby najprostsze, jeśli chciałaś nawiązać do kilku dość mocno różniących się od siebie religii. W zasadzie poza tą jedną uwagą nie mam nic do prologu, bo jest dobrym wprowadzeniem do świata, który stworzyłaś i przedstawia infantylizm głównej bohaterki. Do tego ostatnie zdania mogą zainteresować potencjalnego czytelnika.
Początek pierwszego rozdziału w postaci retrospekcji Agnieszki, opisujący początki jej szkolenia w tajnej agencji młodych służb specjalnych, również jest dobrym wyjściem przy przedstawianiu świata. Sama rozmowa z psychologiem wydaje się bardzo sztampowa, ale nie zniechęca i nie wskazuje na znaczne pogorszenie jakości kolejnych fragmentów. Zastanawia mnie tylko, dlaczego przełożony agentki nie wysłał jej do psychiatry, tylko do psychologa, który lekarzem nie jest. Ale w co kto wierzy, jakby powiedziała Agnieszka. Pierwsze dwa rozdziały sprawiają bardzo dobre wrażenie; naprawdę szkoda, że wkrótce potem bohaterka okazuje się niezrównoważona, inni bohaterowie stają się chodzącymi i zabijającymi tęczówkami, a ludzie teleportują się na Proximę Centauri.
Główny i jedyny wyraźnie zarysowany wątek, czyli walka pomiędzy Agnieszką, najlepszą agentką ISAYSS, a Diabłem – głową wrogiej organizacji dążącej do zniszczenia tej pierwszej, jest najmocniejszym punktem opowiadania.
Ten motyw jest dobry o tyle, że tych dwoje się nie zna; pragną swojej zagłady z różnych względów. Agnieszka nienawidzi go za porwanie i torturowanie jej małej siostry, a Diabeł po prostu wie, jaka dziewczyna jest zdolna, ale nie zostało ani razu wprost powiedziane, jakie dokładnie są jego motywy; dlaczego najpierw osobiście próbował ją zabić, a dopiero gdy mu się to nie udało, wydał rozkaz swoim podwładnym, by ją zamordowali. Poza tym pojawiająca się już w prologu sugestia, że życie głównej bohaterki jest zagrożone, wskazuje na to, że opowiadanie do czegoś dąży – podobnie zresztą jak coraz bardziej odczuwalna obecność Diabła.
Niestety, każdy wątek poboczny ma jakieś wady, które sprawiają, że przez opowiadanie trudno przebrnąć.
Po tym, jak pierwszy raz przeczytałam wszystkie rozdziały, nie miałam pojęcia, po co ISAYSS została powołana do życia i na jakich zasadach działa. Nic dziwnego: dowiadujemy się wiele o szkoleniu młodych agentów i naukowców, mało natomiast wiadomo o strukturze tej organizacji. Właściwie ograniczyłaś się do przedstawienia jej historii w jednym z pierwszych rozdziałów, poświęciłaś na to dwa akapity, a później z przemycanych informacji czytelnik niewiele może wywnioskować na temat jej funkcjonowania.
Miała ona zostać założona prawie półtora wieku przed początkiem akcji opowiadania (2015 − 150 = 1865, a jak „prawie”, to znaczy, że gdzieś w 1868) przez niemieckiego naukowca (biorąc pod uwagę, że zjednoczenie Niemiec miało miejsce w latach 1866-1871, to naprawdę musiał się przez ten czas nudzić!) i jej celem było po prostu podkradanie przydatnych informacji innym uczonym. Jakiś czas później ISAYSS zaczęła skupiać wokół siebie coraz więcej wybitnych jednostek, po czym coś poszło w złym kierunku. „Niestety, z czasem zmieniały się przekonania kolejnych Szefów. Zaczęto wtrącać się w międzynarodowe konflikty, sprawy, które wcześniej nigdy nie dotyczyły organizacji. Zamiast tajnego centrum nauki zrobiono z ISAYSS źródło młodych szpiegów” – zastanawiam się dlaczego „niestety”? W sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, jeśli chodziłoby o sprzedaż zaawansowanej broni podczas wielkich dwudziestowiecznych wojen temu, kto najwięcej zapłaci, ale nie przedstawiłaś tego, jak wyglądał przełom; po prostu dowiadujemy się, że współcześnie zrzesza ona młodych agentów, wspomaga policję, zajmuje się tworzeniem nowych technologii i... jest najpotężniejszą organizacją na świecie. Mało tego, okazuje się, że władza jest scentralizowana: na którejś wyspie na Oceanie Spokojnym istnieje jakaś Główna Siedziba, gdzie jakaś Szefowa Wszystkich Szefów o francusko brzmiącym nazwisku „rządziła sobie po cichu światem i nikt oprócz osób wtajemniczonych w historię ISAYSS nie miał o tym bladego pojęcia”, a ta siedziba jest niemożliwa do zlokalizowania bez znajomości współrzędnych. Cóż... To ostatnie brzmi równie naiwnie jak średniowieczna legenda o państwie księdza Jana, zwłaszcza że bohaterowie otaczają się supertechnologią, która nie na takie rzeczy im pozwala.
Co do reszty: piszesz, że w każdym państwie świata był krajowy wydział z Szefem na czele. Czy to znaczy, że własny wydział ma również Jemen lub Watykan? I czy w takim San Marino, powiedzmy, co sześćdziesiąty obywatel pracuje lub za młodu pracował w ISAYSS? Czy w Etiopii w roku 2015 naprawdę istnieje zapotrzebowanie na młodych agentów i najnowsze zdobycze technologii?
Po drugie: wiadomo, że wystartowano z Niemiec, ale w jaki sposób zdołano przenieść ISAYSS do każdego oficjalnie istniejącego państwa na świecie, albo choćby większości, osiągnąć taką sieć kontaktów i tak rozbudować samą organizację? Skąd w ogóle brane są na to fundusze? A może ci agenci są traktowani jak wszyscy inni urzędnicy, czyli jednym zdaniem reszta świata płaci na ich wykształcenie podatki, a oni chodzą na skomplikowane misje i umierają?
Naprawdę dziwi mnie również sposób rekrutowania agentów, ponieważ nie wiem, dlaczego szuka się tylko tak młodych osób. Rozumiem argument o ćwiczeniu sprawności i charakteru od najmłodszych lat, ale skąd wiadomo, które dzieci mają jakikolwiek potencjał i zdolności przydatne organizacji? Brzmi to tak, jakby ISAYSS zatrudniały odpowiednią liczbę łowców talentów, którzy siedzą z dziećmi w piaskownicy i obserwują ich ekspresję w niszczeniu babek z piasku. To nigdzie jednak nie zostało wytłumaczone, a przydałoby się, ponieważ można dostrzec w dziecku potencjał, ale jeśli się je choć trochę zna.
Poza tym postąpiłaś o tyle oryginalnie, że nie dawałaś szansy na pracę w agencji jedynie sierotom, czy nie pozbawiłaś dzieci bliskości rodziców, jak to się ma w każdych „Gwiezdnych wojnach” – tyle że akurat w tym przypadku nie do końca jest to zaletą. Potem wynikają z tego takie sytuacje, jak torturowanie maleńkich siostrzyczek, zabijanie kuzynów i dziadków agentów. O ile organizacja nic nie traci na jakichś tam zgonach niezwiązanych z nią osób, jeśli są jedynie krewnymi danego pracownika, to co w sytuacji, gdy wróg porywa rodziców agenta, a następnie szantażuje go, by ujawnił poufne informacje lub zrobił coś na szkodę własnej organizacji? Przecież sama wykorzystałaś ten motyw, otruwając rodziców kilku bohaterów, by zmusić ich do zdrady. Trudno byłoby tym wszystkim rodzinom zapewnić całodobową ochronę, biorąc pod uwagę liczebność wszystkich młodych agentów, ale idąc w drugą stronę – czemu oni się na to zgadzają? Przecież to nie ma sensu: są stale w niebezpieczeństwie, a taka Agnieszka była wielokrotnie zmuszana do przeprowadzek. Poza przypadkami geniuszy i fanatyków, dla których agencja jest idealnym miejscem dla rozwijania swoich umiejętności i prowadzenia badań, nie wiem jak wysokie musiałyby być zarobki, żeby przyciągać tyle dzieci. No, chyba że to rodzice je tam pchają, licząc na lepsze życie dzięki dziecku w agencji... jednak to nie zostało nigdzie zasugerowane. W końcu oficjalnie to wciąż „tajna” organizacja.
Dlaczego właściwie zajmuje się ona tylko dziećmi i nastolatkami, jakby zupełnie ignorując starsze osoby? W rozdziałach pojawia się naprawdę mnóstwo dzieci-geniuszy, a przecież to oczywiste, że dwudziestopięciolatek ma przewagę dziesięcioletniego doświadczenia nad piętnastolatkiem, więc powinien być wyżej w hierarchii... i w ogóle istnieć. Czyżby wszyscy wymierali do dwudziestych urodzin? Dlaczego najpotężniejszą organizacją na świecie akurat taka, której nazwa brzmi: Międzynarodowa Tajna Agencja Młodych Służb Specjalnych? Czyżby doświadczenie nie było szanowaną wartością? Przecież to z dzięki niemu człowiek stabilizuje swoje poglądy, zaczyna działać konsekwentnie i mniej pod wpływem emocji i byle idei?
„Przewodniczący sektora był najważniejszą w nim osobą, wybieraną przez samego Szefa Wydziału. Miał pod sobą dwóch zastępców i całą resztę agentów. Takie jednostki selekcjonowano bardzo ostrożnie, ponieważ na międzynarodowych zebraniach przedstawiały opinie kraju, więc były porządnie pod niektórymi względami uczone” – jak się to ma do niezrównoważonej psychicznie Agnieszki, która sama stwierdziła, że kultura osobista to przeżytek i ona takimi bzdurami zajmować się nie będzie? Jak to się ma do rozmów z prezydentami i udzielania im rad? Przecież to osoba, która cały czas się czymś kompromituje i nie umie się kompletnie wysławiać!
Rozumiem, że to są służby specjalne, ale w zasadzie... JAKA jest ich rola w funkcjonowaniu państwa? Co robią na co dzień? Chodzi po prostu o współpracę z policją? To by znaczyło, że o ich istnieniu wie właśnie policja, rząd oraz piaskownica, więc ze słowami tajna organizacja raczej nie mają wiele wspólnego. Do tego zajmowanie się wszystkim to jednak zajmowanie się niczym: po co mają szpiegować kogokolwiek innego niż potencjalne konkurencyjne organizacje lub zdrajców, skoro władza jest scentralizowana?
„Zarząd był najpotężniejszą instytucją na Ziemi, a agenci ISAYSS pilnowali ustalonego przez niego porządku” – ta organizacja ma w sobie coś z iluminatów i ich dzisiejszego postrzegania przez ludzi.
Która normalna, w jakiś sposób „elitarna” i „tajna” organizacja przyjęłaby agentów nieprzyjaciela jako swoich, trenowała ich, pozwoliła spotykać się na co dzień z innymi cennymi ludźmi oraz udostępniała poufne informacje? Jeżeli już zostaliby przyjęci, to na pewno byliby pod jakimś nadzorem i zajmowaliby się jakimiś bzdurami dotyczącymi Diabła i jego strategii działania, a nie byliby regularnymi agentami...
Wracając do poprzedniej myśli: dlaczego ta organizacja ma cokolwiek „tajnego” w nazwie, skoro wie o niej praktycznie każdy i agenci nie mają oporów, by rozmawiać o sprawach związanych z pracą przy kolegach ze szkoły? Dlaczego organizowane są spotkania ludzi z wyższych szczebli władzy z małymi agentami? Rozumiałabym to, jeśli miałoby to związek ze zmieniającą się rolą agencji, która utrzymała swoją starą nazwę, albo jeśli byłoby to ironiczne, odnoszące się do wielu „tajnych” faktów, o których nie mówi się publicznie, ale o których wie każdy; takich informacji jednak w tekście nie znalazłam.
To, co mi się w tym spodobało, to między innymi nawiązanie do historii ISAYSS, bo daje ono jakieś wyobrażenie, skąd się ona wzięła i na jakich wartościach ona wyrosła. Gorzej, że poświęciłaś jej zaledwie kilka lakonicznych zdań, bo czuję pewien niedosyt i uważam, że z tego mogłaby powstać całkiem ciekawa historia, tłumacząca cały szereg niejasności, które wymieniłam. Co może wydawać się dziwne, podoba mi się, że praktycznie nic nie wiadomo na temat działalności imperium Diabła – jakieś wyrywkowe informacje od Damiana i Sonii obrazują szczegóły, które trudno dopasować do konkretnego typu organizacji i ciężko na tej podstawie domyślić się, jaka jest jej forma; to sprawia, że tak naprawdę nie wiadomo, czego się po Diable spodziewać i buduje to atmosferę napięcia za każdym razem, gdy mówi się o jego planach.
Zastanawiam się też, czy to nie on ma tak naprawdę słuszność w konflikcie, bo w sumie czemu nie? ISAYSS działa na dziwacznych zasadach, a ci z Zarządu zachowują się skrajnie nieodpowiedzialnie (patrz: przyjęcie dzieci Lucyfera bez większego namysłu. To przecież ludzie z wrogiej organizacji, nawet jeśli to był starannie uknuty plan, mający na celu uzyskanie potrzebnych informacji). Diabeł może być celowo demonizowany przez rządzących w ISAYSS i jest osobą, której ciągle przypisuje się jakieś straszne zbrodnie, żeby odwrócić uwagę agentów od innych spraw, być może znacznie bardziej istotnych. A że przyjął taką nazwę... eee... może inne były po prostu zajęte?
Muszę przywołać jednak pewną sytuację – jedyną, która wskazuje jednoznacznie na to, kto tutaj jest złoczyńcą – tyle że wydaje mi się ona tak absurdalna, że późniejszych wydarzeń w ogóle nie potrafię rozpatrywać przez jej pryzmat. O co chodzi z porwaniem i torturowaniem kilkuletniej siostry Agnieszki? Po co Diabeł, buntownik, który odszedł z tajnej organizacji, miałby porywać młodszą siostrę jakiegoś bachora-agenta? Co mu to miało dać? Po co miałby wysyłać do internetu filmiki z tym, jak torturuje jakieś dziecko w żaden sposób nie związane z ISAYSS? Chyba tylko po to, żeby z miejsca zostać namierzonym. Poza tym raczej w pewnym wieku powinno się zrozumieć, że nikt nie lubi ludzi, którzy znęcają się nad małymi dziećmi. Z drugiej strony piszesz, że „widok tak cierpiącego, małego dziecka poruszył nawet bezwzględny Zarząd” – ale chyba nie dlatego go ścigali? Zresztą ta scena pod żadnym względem nie pasuje do późniejszych wydarzeń i wizerunku antagonisty.
Nielogiczne wydaje się także to, że Diabeł w żaden sposób się nie ukrywa, będąc jednocześnie najbardziej poszukiwanym przestępcą na świecie. Sceny takie jak ta, w której spotyka się ze kilkoma swoimi agentami na placu zabaw, jednocześnie nie mogąc być pewnym, czy go nie zdradzili, lub czy nie zostali do tego zmuszeni przez wrogą organizację – zwłaszcza że ostatecznie okazuje się, że zarząd o wszystkim wiedział (czyżby nie bał się, że oprócz czterech nastolatków spotka jeszcze kilkudziesięciu agentów ISAYSS?), po prostu nie są wiarygodne.

Wykreowany przez Ciebie świat jest oparty na rzeczywistym, ale równocześnie urozmaicony przez tajne organizacje i szereg elementów wyraźnie go od niego odróżniających. Wiele kwestii opisujesz dokładnie, podając znaczną ilość szczegółów, jednak nie składają się one w spójną całość; zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie techniczne. Cała akcja kręci się wokół ISAYSS i większość wydarzeń ma miejsce właśnie na terenach należących do agencji, jednak naprawdę mało wiem o jej podstawach; znam natomiast nazwiska kilkudziesięciu osób z dokładną nazwą stanowiska, jakie zajmują i wzór na ścianach w pokoju Agnieszki.
Nie mogę tutaj nie wspomnieć o pewnym irytującym zjawisku, które pojawia się w tym świecie, czyli o wszechobecnym mizoginizmie. Nie brakuje scen, w których znajdują się opinie, że kobiety są głupie, niezdolne i/lub rozwiązłe. Nawet narrator zdaje się to potwierdzać!
Wystarczy przywołać sposób, w jaki Robert został szefem wydziału: po prostu po ukończeniu szkolenia w agencji wystartował sobie w wyborach i wygrał. Jakaś Dominika i jej znajomi stwierdzili, że kobiety głosowały ze względu na jego przymioty ciała i brak obrączki, a nie ze względu na zdolności czy program wyborczy (czy co on tam miał). Całe szczęście, że okazał się właściwym człowiekiem na tym stanowisku.
Powyższy przykład wzięłam za dowcip, a przynajmniej nie potraktowałam na tyle poważnie, żeby na jego podstawie roztrząsać podejście bohaterów do kobiet, jednak później pojawia się coraz więcej wzmianek o ich głupocie. „Niewiele przedstawicielek płci pięknej w podobnym wieku pracowało dla Lucyfera. Wybierał jedynie wybitnie inteligentne jednostki, które działały w obszarach naukowych” – naprawdę uważasz, że kobiety bardzo rzadko są inteligentne w przeciwieństwie do mężczyzn? Serio, raczej nie da się z tego wywnioskować, że to Diabeł jest w jakikolwiek sposób uprzedzony do zatrudniania kobiet; przecież w swoim wspaniałym imperium potrzebuje zdolnych ludzi i pewnie nawet z większością się nie kontaktuje, poza tym parę pracownic się tam w końcu znalazło.
Najgorsze jednak są sceny, w których pojawia się Agnieszka i jakakolwiek inna postać żeńska w wieku powyżej dwunastu lat. Aż ciężko to czytać; sposób, w jaki myśli o koleżankach, jest naprawdę przesadzony, a takie ilości jadu były dla mnie bardzo ciężkie do zniesienia. Najzabawniejsze jest jednak to, że krytyka właściwie nigdy nie jest uzasadniona, tak jak to było w scenie z sekretarką, której schylenie się zostało odebrane przez bohaterkę jako próba poderwania dyrektora, w dodatku śmiała to zrobić będąc „odpicowaną”, więc jest taka „irytująca”. Cóż.
Poza tym mam wrażenie, że przynajmniej w połowie przypadków, kiedy kobiety pojawiają się w liczbie mnogiej, wzdychają za jakimś pięknym chłopcem. Sama Agnieszka, przekonana o swojej wspaniałości, ma też chyba jakieś kompleksy z powodu bycia kobietą, ponieważ stwierdza: „Gdybym była facetem, nie traktowałbyś mnie tak delikatnie, już dawno byś takiemu przypierdolił, a mi nic nie zrobiłeś z tego względu, że jestem dziewczyną”. Nie przeszkadza jej to oczywiście w wykorzystywaniu chłopców do noszenia rzeczy: „Filip szedł, pogwizdując wesoło, a ciężar w postaci dwóch plecaków (jego i Agnieszki) zdawał się mu w ogóle nie przeszkadzać”.
Zdarzyło się też wyjechać na wycieczkę i bardzo się dziwiła, że nikt jej nie lubi:
„Nienawidziła swoich rówieśników z klasy. W szczególności dziewczyn, które chodziły wiecznie na nią obrażone za nie wiadomo co” – może po prostu nikt nie lubi osób z parszywym charakterem? 
Co więcej sama bohaterka jest skrytą fanką nagich męskich torsów. Jednak w przeciwieństwie do innych nie obnosi się z tym, co – jak zapewne uważa – czyni z niej nadczłowieka:
„Agnieszka milczała. Próbowała nie dać po sobie poznać, jak cholernie denerwowało ją podobne zachowanie. Nienawidziła, kiedy jej rówieśniczki, najczęściej agentki spotykane na korytarzach, wodziły spojrzeniami po przystojniejszych chłopakach w agencji, robiąc z siebie totalne idiotki”.
Być może to po prostu charakter Agnieszki albo specyfika tego społeczeństwa, ale takie fragmenty pojawiają się praktycznie w każdym rozdziale i ten temat zdążył się zrobić po prostu nudny. Nie zacytowałam wszystkich takich sytuacji, bo musiałabym przepisać połowę opowiadania.

To niesamowite, co udało Ci się zrobić z główną bohaterką, piętnastolatką, której niezwykłe zdolności pozwoliły na zajęcie wysokiego stanowiska w tajnej agencji. Prolog dał historii pozory opowieści o zwykłej nastoletniej dzieczynie, która znalazła się w dziwnej sytuacji. Pierwsze dwa rozdziały budowały mit o doskonałej agentce o ponadprzeciętnej inteligencji, będącej cudownym dzieckiem z ogromnymi perspektywami na przyszłość. Zresztą te retrospekcje bardzo mi się podobały, ponieważ budowały wokół niej jakąś atmosferę tajemniczości i w życiu bym nie przypuszczała, że ujrzenie tej bohaterki pierwszy raz w jakimś normalnym środowisku będzie aż tak bolesne. Początkowo na sali treningowej wydawała się interesująca, ale czar prysł w momencie, gdy otworzyła usta, bo wtedy okazało się, że to wyjątkowo odpychająca, wulgarna i niezrównoważona dziewucha pozbawiona odrobiny samokrytycyzmu. Co gorsza podkreślasz to na każdym kroku, korzystając ze zbliżonej konstrukcji zdań, najpierw wypisując jej wady, a później dodając: wszyscy podziwiali Agnieszkę. Agnieszka była najlepsza. Damian dostrzegł, jaka jest piękna. Nie wątpię, że mogłaby mieć zalety w postaci wyglądu czy sprawności fizycznej i mieć instynkt, jakiegoś rodzaju wyczucie i rozwiniętą inteligencję kinestetyczną, tyle że oglądanie scen, w których nie walczy, to pewnego rodzaju katorga. Jak ci wszyscy ludzie mogą podziwiać kogoś tak piskliwego i posługującego się jakąś pokrętną logiką? Jak można podziwiać osobę, która szczyci się tym, że szczytem kultury osobistej jest dla niej odpowiadanie na „cześć”, choć zwykle tego nie robi? Apogeum tego absurdu jest jej występ w rozdziale 4, kiedy śliczna, długowłosa, wielkooka Agnieszka warczy pięciokrotnie. Toż to kobieta-ratler! Dlaczego ona właściwie tak dokucza sekretarce, nazywając ją ironicznie „piękną i seksowną”? Przecież ona jej niczego nie zrobiła! Nie jest w niczym lepsza od kolegów, którzy podczas treningów rzucają w jej stronę komentarze o podtekście seksualnym, a ona określa ich w myślach jako typ denerwujących mężczyzn. Poza tym agentka czasem chce być na siłę fajna i bywa ironiczna w sytuacjach zagrożenia, kiedy powinna reagować błyskawicznie, jak podczas dziwnych wydarzeń na zielonej szkole:
„– Nadchodzi koniec świata – mruknął Filip, na co jednak nikt się nie zaśmiał. Nie dlatego, że być może miał rację. Powód był inny – stał odwrócony tyłem do rzeki i nie widział, co z niej wychodzi…
– Filip, skarbie, jak ci powiem, żebyś się nie odwracał i biegł do przodu tak szybko jak potrafisz, zrobisz to, prawda? – wymruczała Lasowska, cofając się w stronę lasu. Piotrek ściągnął swój plecak i z zaszytej specjalnie kieszeni wyjął pistolet kinetyczny. Przyjaciel patrzył na niego z przerażeniem.
– Dlaczego?
– Czy ty zawsze musisz zadawać bezsensowne pytania? – warknęła. – Biegnij, idioto!”.
Jednak najgorszą rzeczą, którą zrobiła, było przekazanie z dumą Damianowi, z czego poufnie zwierzyła jej się jego mała siostrzyczka. Ładnie to tak zwalać winę na dziecko, które powiedziało coś w dobrej wierze?
Agnieszka jest alfą i omegą, Agnieszka jest tym, o czym myślą cały czas bohaterowie i myśli narrator. Czy istnieje ktokolwiek na tyle wyrazisty, by móc zabłysnąć na tyle mocno, żeby się wybić przy najlepszej agentce?
Tak! Tą osobą jest Diabeł, szef konkurencyjnej organizacji, który pewnie wiele zyskuje tym, że główna bohaterka o nim myśli, bo przez to narrator też musi i dzięki temu człowiek ten dostaje jakikolwiek czas antenowy. To moja ulubiona postać i, prawdę mówiąc, dzięki niemu pewne fragmenty Twojego bloga oceniam bardzo pozytywnie, a także przeżyłam boskość Agnieszki. Hej, to wokół Diabła wszyscy powinni skakać, nie wokół jakiejś piskliwej nastolatki. Na szczęście tego nie robią, bo to, że pojawia się relatywnie rzadko, czyni z niego tajemniczą, intrygującą postać. A kiedy już się pojawia, to uwodzi mężatki, zmartwychwstaje po zastrzeleniu, depcze marmurowe posadzki drogim obuwiem, szantażuje dzieci i w ogóle cieszy się życiem. Opis jego wyglądu również jest bardzo lakoniczny, więc nie musi być łysym pięćdziesięciolatkiem bez oka, a jeśli nim jest – cóż, nikt o tym nie wie, więc sobie może. To stylowy szwarccharakter, który po prostu wie, czego chce i sukcesywnie do tego dąży; jego obecność jest sygnalizowana tylko od czasu do czasu, w kluczowych momentach, a to bardzo dobre rozwiązanie w tego typu opowiadaniu. Co zabawne, Diabeł ma typowo męskie wady (nie słucha nikogo, robi różne niemoralne rzeczy, nie ma wyrzutów sumienia), ale w jego przypadku to nie przeszkadza, bo nie jest hipokrytą, jak Agnieszka. Ani ratlerem.
Gdzieś w tle, pośrodku konfliktu siedzi Damian i bardzo bolą go plecy. Nie piszę o nim dlatego, że jest jakoś dobrze nakreśloną postacią, ale dlatego, że ma pewien potencjał przez swoje położenie i kilka cech charakteru obok dobrego prezentowania się w t-shirtach. Ma jednak to straszne nieszczęście, że podobają mu się podłe dziewuchy. Liczę na to, że uda mu się wreszcie dołożyć Agnieszce na sali treningowej, dzięki czemu nie dojdzie do romansu, na który czekają Twoi czytelnicy. Mam nadzieję, że nie zepsujesz tej postaci, bo dałaś mu ciekawy dylemat do rozwiązania, więc choćby z tego względu zasługuje na swoje pięć minut. Poza tym jest skrytą postacią, a przez to bardzo się wyróżnia na tle tych krzykliwych bachorów.
Jest jeszcze dziesięcioletnia Sonia, z którą mam pewien problem. Dobrze, że pojawia się jakieś dziecko wrażliwe, okazujące szczere emocje, ale zastanawia mnie jej podejście do treningu i zabijania ludzi. Nie wychowała się w normalnym środowisku, bo Diabeł przyjął ją do swojej organizacji, gdy miała pięć lat, a w tym wieku system wartości dopiero się kształtuje; nie chce jednak zabijać i uważa to za coś niemoralnego. Znowu z drugiej strony nie ma nic przeciwko, żeby w ogóle pracować w agencji i trenować sztuki walki, a to wszystko wydaje się nie do końca wiarygodne, ale może to przez niedostateczną ilość informacji? Sonia wkrótce jednak znika i nie ma o niej więcej ani słowa. 
Właściwie to wszystko, co mogę powiedzieć o postaciach, bo cała reszta rozmywa się w szarą masę, ewentualnie różnią się od siebie kolorem tęczówek. Wprawdzie opisałaś paru bohaterów, o których można co nieco powiedzieć – taki Filip na przykład wzbudził moją sympatię, Robert też zachowuje się w określony sposób – ale nie jest to wiele, a reszta osób pozbawiona jest wyrazistości i głębi. Często zdarza Ci się wepchnąć na scenę postać, nadać jej imię i nazwisko, funkcję, jakąś cechę wyglądu i czasem charakteru, ona wypowiada się w jakiejś kwestii i przestaje być potrzebna, więc znika. Mam wrażenie, że wprowadzanie tylu postaci naraz po prostu niczemu nie służy i powinnaś zastanowić się, co chcesz przez to osiągnąć, a przede wszystkim przemyśleć to, w jaki sposób wprowadzasz nowych bohaterów. Jeżeli czytelnik poznaje – chociażby bardzo krótką – historię związaną z jakimś agentem, to raczej go zapamięta, ale kiedy postacie pojawiają się i znikają, zwłaszcza jeśli robią to grupami, raczej nie ma na to szans. Poza tym naprawdę nie widzę sensu w przedstawianiu kilkunastu postaci w pomieszczeniu, jeśli to, kim oni są, nie ma poza ich funkcją zawodową żadnego znaczenia. Powinnaś znaleźć równowagę między tym, ile postaci opisujesz, w jakim tempie przedstawiasz je czytelnikowi i jak dokładnie to robisz. Nie ma nic złego w tym, jeśli wypowiada się naraz kilkunastu bohaterów, którzy już wystąpili w opowiadaniu i których postacie zostały wcześniej nakreślone, ale czy rzeczywiście potrzeba ich aż tylu i należy w związku z tym tracić na ewentualne opisywanie niepojawiających się później osób kilka rozdziałów? Wprowadza to spory zamęt, bo nowy czytelnik ma wrażenie, że skoro Ty nad tym nimi nie panujesz, to on tym bardziej nie będzie w stanie: ja czułam się bardzo zdezorientowana do momentu, w którym zrozumiałam, że powinnam przestać starać się zapamiętywać imiona każdej osoby z agencji, bo one i tak nie mają znaczenia. Tłumy Dominik i Weronik, które przyznają, że wolą dziewczyny lub są blondynkami – oczywiście pamiętam tego typu historie, ale nie byłabym w stanie dopasować ich do funkcji czy imienia agentki.
Podobnie przeszkadza to, że czytelnik nie ma pojęcia, jakie jest prawdziwe zdanie głównych bohaterów dotyczące aktualnych wydarzeń ani nie wie, co tak naprawdę wiedzą. Czasem wydaje się, że Agnieszka zna wszystkich agentów, łącznie z tymi, którzy dopiero mają do ISAYSS dołączyć, a wszystkie tajemnice rozwiązywane są przez kwestie wypowiedziane w odpowiednim czasie przez dowolnego człowieka. To zabija większość napięcia, bo tam, gdzie czytelnik miałby szansę stopniowo domyślać się pewnych rzeczy, uniemożliwia mu się analizowanie faktów i ostatecznie podaje rozwiązanie zagadki „na tacy”.

Z tęczówkami, o których już gdzieś wspomniałam, jest zabawna sprawa, bo przez jedenaście rozdziałów co kilka akapitów pojawia się określenie czyjegoś koloru oczu. Na przykład w pierwszym, gdzie trzykrotnie zostają wspomniane ciemnobrązowe oczy pani psycholog, a w piątym i dziewiątym dwukrotnie czerwone oczy Diabła. Poza tym często ktoś ma oczy podobne do krewnego i prawie każdy ma za sobą pojedynek na wytrzymanie spojrzenia, a zielone tęczówki Damiana pojawiły się cztery czy pięć razy w ciągu całego opowiadania. Na szczęście od dwunastego dałaś sobie spokój z określaniem człowieka tylko za pomocą tej jednej cechy.
Oprócz tego prawie wszyscy mężczyźni są opisani jako umięśnieni, dobrze zbudowani i przystojni. W tych dwóch pierwszych cechach nie ma nic dziwnego, jeżeli mówimy o dość wszechstronnych agentach, ale dlaczego nie było żadnego pryszczatego czy z krzywym nosem? Agnieszka wszystkich pozabijała?
Z tego wszystkiego zapamiętałam wygląd tylko jednej agentki, opisanej jako „niska, niczym nie wyróżniająca się dziewczyna”, ponieważ w odróżnieniu od wszystkich idealnych agentek, miała pulchną sylwetkę; prawdopodobnie rzeczywiście nie wyróżniałaby się niczym wśród tłumu, ale w opisanej przez Ciebie agencji to naprawdę wyjątkowa cecha.

Tworząc świat w tym opowiadaniu, kierowałaś się bardzo... dziwnymi założeniami: w ramce „Informacje” stwierdziłaś, że akcja ma miejsce w Polsce w niezbyt odległej przyszłości, bo w 2015 roku, ponieważ najłatwiej opisywać to, co się zna. W kolejnym akapicie dodałaś jednak, że to odrębne realia i czytelnicy nie powinni dopasowywać fabuły do roku 2015. Dobrze... tyle że mogłaś sobie znacznie ułatwić zadanie i przesunąć czas akcji do roku 2050, nieco wcześniejszego, dużo późniejszego – byle tylko opisywany świat różnił się od naszego na tyle, by można było to wytłumaczyć różnymi procesami, które zdążyły do tego czasu nastąpić. Tymczasem w Twoim opowiadaniu występują szereg zjawisk, których nie można usprawiedliwić prostym stwierdzeniem, że „świat się zmienia”.
Nie przekonuje mnie na przykład wizja, że w ciągu półtora roku Polska stanie się niesamowitym mocarstwem, nic nie robiącym sobie z międzynarodowych norm. Tymczasem u Ciebie do tego momentu powinna nagrodzić trzy osoby licencją na zabijanie (w tym nieobliczalną Agnieszkę, mającą skłonność do wybuchów złości – jak to było z tym traceniem cierpliwości przy przesłuchiwaniu świadków?) wbrew międzynarodowej opinii, która obawiała się takiej władzy w rękach jednego państwa, ale nie mogła nic na to poradzić; pozostałe dwie licencje na świecie dostał Brytyjczyk i Amerykanin. Dobrze... Istnieją dwie możliwości: albo Polska otrzymała możliwość wybrania tych agentów odgórnie przez jakieś międzynarodowe organizacje, albo sama ich uhonorowała. W pierwszym przypadku jest to dziwne, ponieważ istniałaby i możliwość odebrania takiego prawa pracownikom, a po to są jakieś normy, by istniała na tym świecie równowaga. Poza tym już samo to, że najbardziej poszukiwana osoba na świecie jest Polakiem/pracowała w Polsce, powinno sprawiać, że obcokrajowcy patrzą na Polaków nieufnie. W drugim przypadku oznaczałoby to, że każde państwo może wcisnąć dowolnej liczbie obywateli taką licencję – dlaczego więc inne tego nie zrobiły? To też byłoby dziwne. Powinny istnieć jakiekolwiek wytyczne w tej sprawie, ale widać Stany Zjednoczone za bardzo boją się Polski, by choćby napomknąć o potencjalnych sankcjach. Poza tym takie problemy przy centralizacji władzy...
Waleczna Polska to dość miły, nawet jeśli zupełnie oderwany od rzeczywistości akcent, jednak to agresywni, krwiożerczy Kanadyjczycy podbili moje serce; w końcu mówimy o obywatelach kraju, który ma zaledwie 150 lat i nie splamił się dotychczas specjalnie żadnymi haniebnymi czynami, bo i nie miał kiedy. To trochę jak konserwatywni Holendrzy i Watykan promujący ateizm. 

Jak już wspomniałam na początku oceny, jedną z pierwszych rzeczy, jaką czytelnik ma szansę dowiedzieć się o Twoim opowiadaniu jest to, że piszesz science fiction. I to nie byle jakie, bo hard s-f, jak nadmieniasz w paru miejscach; można się więc spodziewać, że nie tylko kwestie związane z naukowymi odkryciami i techniką będą stanowić ważną część historii, ale że fabuła będzie ściśle z tymi tematami powiązana.
Niestety, nie da się w żaden sposób obronić tego stwierdzenia.
Na samym początku zaciekawiła mnie kwestia Proximy Centauri, która jest dosyć istotną gwiazdą w Twoim opowiadaniu, bo zapowiedziałaś jej rolę już w Informacjach: „Nie raz będzie wspomniane o Proximie Centauri – u mnie na tej gwieździe istnieje życie, a agencja ma z nią kontakt”. Zdziwiło mnie jednak, że na gwieździe istnieje życie, bo nie sądziłam, żeby ktokolwiek pisał akurat o takim rozwiązaniu. Jest sporo przyjaźniejszych miejsc do życia we wszechświecie; przynajmniej takich, które nie mają tak dużego pola grawitacyjnego, jakie wywołuje masa równa 40952 mas Ziemi ani temperatury korony w granicach dwudziestu siedmiu milionów stopni Celsjusza. Chociaż jak dotąd nie znaleziono śladów jakichkolwiek planet w układzie tej gwiazdy, założyłam, że był to skrót myślowy i chodziło Ci właśnie o jakieś interesujące ciało niebieskie, jakie odkryli naukowcy w opisywanej przez Ciebie alternatywnej rzeczywistości. Niestety, za każdym razem, kiedy był poruszany temat podróży poza układ słoneczny, mowa była tylko o samej gwieździe i dopiero rozdział 12 udowodnił, że jednak istnieje jakaś planeta, o której z jakiegoś powodu nie wspomniano wcześniej ani razu: „(...) przeprowadzono pierwsze testy pełnej teleportacji na Proximę. Zakończyły się one sukcesem, dzięki czemu zorganizowano już dwa przerzuty ludzi na obcą planetę”, chociaż swoją drogą brzmi on tak, jakby Proxima była jednocześnie planetą.
Czytając wszystko od początku do końca nie znalazłam żadnej informacji o tym tajemniczym miejscu. Wiadomo tylko, że podróże odbywają się od niedawna i są możliwe dzięki teleportacji, a raczej dzięki kilku urządzeniom w kształcie obręczy, znajdujących się w jakichś górach. W jaki sposób dokonano teleportacji i jak znaleziono ślad planety podobnej do Ziemi w takim stopniu, że zaraz po zbudowaniu tego dziwacznego środka transportu zaczęto ją kolonizować – nie wiadomo. Zacytuję tutaj jedyny fragment, w którym poruszony został problem szybkich podróży międzygwiezdnych i radzenia sobie z nieprzekraczalnością prędkości światła: „Pierścienie były wielkimi, wysokimi na cztery metry okręgami, zbudowanymi z przeróżnych metali, w których starano się otworzyć portal. Materia w ich pobliżu była wtedy tak zmieniana, aby częstotliwość zaburzała wymiar czasu. Dzięki teleportacji molekularnej* mogli przenosić się na najbliższą gwiazdę zamieszkaną przez ludzi – Proximę”. Przypis po gwiazdce informuje jedynie, że użyłaś terminu „molekularna”, żeby uniknąć skojarzeń z magią. Po takim opisie nadal nie wiem nic o sposobie podróżowania, bo temat nie zostaje więcej poruszony, a z tych dwóch zdań niewiele można wywnioskować. „Z przeróżnych metali” nie jest też zbyt dokładną informacją o materiale, z jakiego zbudowano portal, bo ten termin odnosi się do połowy układu okresowego, a we fragmencie „Materia w ich pobliżu była wtedy tak zmieniana, aby częstotliwość zaburzała wymiar czasu” mimo szczerych chęci nie mogę znaleźć żadnego sensu. Jaka częstotliwość i dlaczego miała zaburzać jakikolwiek wymiar? Czy wykorzystano względność czasu, aby dla poruszającego się z wielką prędkością pasażera podróż trwała znacznie krócej? Raczej nie, bo inaczej nie nazwano by tego teleportem, a kontakt z osobami, które udały się w podróż, nie byłby możliwy; podobnie najpierw podejrzewałam, że chodzi o jakiś portal czasoprzestrzenny, co mogłoby tłumaczyć położenie portali w jednym konkretnym miejscu. Nie znam jednak zasady, na jakiej działa ten środek transportu, a szczątkowe opisy tylko dezorientują czytelnika. Wydawałoby się, że to temat dość istotny, zwłaszcza że w pewnym momencie „na Proximę” lecą rodzice głównej bohaterki, ale o miejscu, które znajduje się po drugiej stronie teleportu, nie ma ani słowa; poza tym, że nie ma póki co drogi powrotnej. Zastanawia mnie więc, w jaki sposób odbywa się komunikacja między planetą Proximy a Ziemią – na pewno nie drogą radiową, ponieważ na odpowiedź drugiej strony czekałoby się około dziewięciu lat, a to jednak trochę długo. Dziwi również, że zdecydowano się na tak daleką i na pewno niebezpieczną podróż (w wyniku uszkodzenia teleportu jakikolwiek kontakt z resztą ludzkości mógłby nie być możliwy do uzyskania przez wiele lat), zupełnie nie wykorzystując własnego układu słonecznego i nie zasiedlając miejsc, które dobrze poznano, które są w zasięgu ludzkich możliwości dzisiaj, w prawdziwym świecie. Wygląda to tak, jakbyś chciała stworzyć nowe prawa fizyki po swojemu, a przynajmniej własną teorię na temat działania świata, żeby uzasadnić jakoś występowanie teleportu oraz wybierając najbliższą słońcu gwiazdę jako tę, wokół której krążyć miała jakaś superziemia. Nie jest to zbyt wiarygodne, a wcale nie trzeba było tego robić – znacznie prościej byłoby oprzeć historię na istniejących teoriach oraz faktach na temat teleportacji i wybrać układ, gdzie rzeczywiście ma szansę znajdować się planeta podobna do naszej. Nie musiałabyś wymyślać dziwnie brzmiących zdań jak to z częstotliwością, a nie dość, że nie byłoby do czego się przyczepić, to jeszcze czytelnik miałby szansę uwierzyć, że podobny przypadek może się rzeczywiście wydarzyć.
Wszelkie urządzenia, roboty i nowoczesne rozwiązania techniczne wcale nie wyglądają bardziej przekonująco. Począwszy od informatyków, którzy wpatrują się w ekrany pokazujące „linijki niezidentyfikowanych kodów”, przez doskonałą sztuczną inteligencję i doskonałe roboty bojowe, które jednak nie potrafią namierzyć celu, aż do fizyków, którzy mylą materię z falą. W Twoim opowiadaniu aż roi się od geniuszy i różnego rodzaju specjalistów, jednak mam wrażenie, że żaden z nich nie ma nic ciekawego do powiedzenia, a pomijając już to, że zupełnie nie widać różnicy między miłośnikami różnych dziedzin nauki, nie uwierzę, że tacy ludzie mogą popełniać podstawowe błędy w tym, w czym się rzekomo specjalizują.
Najwięcej tego typu sprzeczności pojawiło się przy okazji robotów, które skonstruował Diabeł; stworzył on ponoć kilka sporych urządzeń, po czym je klonował i ukrywał, aby w końcu zaatakować. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego klonowanie wpłynęło na zachowanie maszyn – kiedy jeden z bohaterów zniszczył tę, która była wcześniej wzorem dla kilku innych, sklonowane roboty praktycznie przestały działać. Nawet jeśli założyć, że były sterowane na odległość, nikt nie postarał się o jakiekolwiek ich zmodyfikowanie, czy program sterujący był idiotycznie napisany i nie było sposobu, aby rozróżnić rozróżnić poszczególne jednostki, to ciężko uwierzyć, że nikt nie przewidział konsekwencji.
Jak głupi nie byłby system stworzony przez Diabła, w momencie kiedy maszyny pojawiają się po raz pierwszy, wywołują w bohaterach przerażenie i niedowierzanie. Najdziwniejsze są jednak ich komentarze, zwłaszcza ten dotyczący prądu: „– To robot – wyszeptał Piotrek, zaglądając Agnieszce przez ramię. – Cały z prądu… Jak wyszedł w takim razie z wody?”. Nie wiem jakim cudem robot mógłby być zbudowany z prądu – w jaki sposób cokolwiek mogłoby być zbudowane z prądu – ale dlaczego wodoodporne konstrukcje są czymś niezwykłym? Na pytanie niestety nikt nie odpowiada, a szkoda. Właściwie nie ma na to czasu, bo przerażający robot prezentuje swoje możliwości: „A potem huk w tym momencie, w którym zielona wiązka światła wystrzeliła w kierunku Gryzieckiego, trafiając idealnie w pistolet kinetyczny trzymany w dłoni. Chłopak upuścił broń jak oparzony, obserwując, jak normalnie niezniszczalne urządzenie zaczyna palić się pod wpływem uderzenia prądu” (swoją drogą nigdzie wcześniej nie było wspomniane, że pistolety kinetyczne są w jakiś sposób bardziej wytrzymałe od innych). Tutaj pojawia się „uderzenie prądu”, co, jak sądzę, jest nie do końca trafionym określeniem na wyładowanie elektryczne, ale zaraz potem mowa jest o świetle i substancji, nawet jednocześnie: „No i zielone światło nie jest częścią projektu. To jakaś substancja niszcząca, której ja tam nie umieściłem”. A to nie wypowiedź laika ani kogoś, kto tłumaczy przypadek osobie niezaznajomionej z tematem, ale teoretycznie poważna i rzeczowa rozmowa naukowców. Te dwa pojęcia to zupełnie różne rzeczy, a mimo że bohaterowie nie są pewni, czym nieznana broń właściwie jest, to z góry zakładają jedną z możliwości i decydują się na złapanie substancji. Do pojemniczka. W tym momencie wymieniają się propozycjami, czego użyć do tego przedsięwzięcia, a jeden z bohaterów sugeruje diamentowy i następnie holofitowy kondensator. Dlaczego akurat takie i po co im w ogóle kondensator? Nie wiem; kondensator nie jest zbyt ciekawym przedmiotem, bo w uproszczonej wersji składa się z dwóch płytek przewodnika przedzielonych dielektrykiem (substancją nieprzewodzącą prądu, może być i powietrze), który co prawda ma parametr zwany pojemnością, ale odnosi się on tylko do tego, jaki ładunek elektryczny może on w sobie zatrzymać. Używa się go między innymi do filtrowania sygnału i wątpię, czy przydałby się do „łapania zielonej substancji”.
Mimo to agenci nadal mają wątpliwości co do tego, czym strzela robot: „– Przydałoby się zdobyć próbkę. Gdybyśmy mieli trochę tej substancji, można by było przeprowadzić testy, sektor chemiczny odkryłby, co to w ogóle jest – zamruczała Agnieszka (…).
– Też o nim pomyślałem, ale obawiam się, że temperatura tego zielonego światła jest za wysoka, spali się”. Łapanie do pojemnika oczywiście nie miałoby prawa się udać w przypadku światła, które jest falą (czyli zaburzeniem ośrodka – w tym przypadku pola elektromagnetycznego), a to właśnie takie wyjaśnienie wydaje mi się najbardziej logiczne. Swoją drogą nagle okazuje się też, że ktoś trzyma „próbkę fali barycznej” w pojemniku holofitowym, co brzmi naprawdę absurdalnie.
Efekt wywołany przez tajemnicze zielone „coś” przywodzi na myśl laser o dużej mocy, biorąc pod uwagę silne nagrzanie się broni, w którą trafiła wiązka, a także to, że faktycznie mogłaby być zielona i przy odrobinie szczęścia dobrze widoczna – wystarczyłby dym, para, jakiekolwiek cząsteczki znajdujące się w powietrzu pomiędzy celem a „okiem”, które dobrze rozproszyłyby światło. Za to nie miałby on nic wspólnego z uderzeniem prądu, ponieważ laser to nic innego, jak właśnie uporządkowana wiązka fal świetlnych; w zależności od energii, jaką ze sobą niosą, mogą być zwykłym światełkiem, na które lubią polować koty, albo zagrażać zdrowiu nawet przez kontakt z wielokrotnie odbitą wiązką. Jeśli chodzi o pozyskiwanie jakiejś substancji, również dałoby się to wyjaśnić – bo chociaż z samego lasera nic ciekawszego się nie wydobywa, to każdy z nich posiada swój całkiem materialny ośrodek czynny, od którego zależą jego parametry i rodzaj. Gdyby bohaterowie spotkali laser o wyjątkowo wielkiej mocy albo przynajmniej stosunku mocy do rozmiarów i poboru energii, faktycznie mogliby zainteresować się, jaka jest jego budowa.
Nie wiem, w jaki sposób rozwiążesz tę kwestię, bo w późniejszych rozdziałach skupiłaś się na substancji (udało się ją złapać do pojemnika, chemicy ją analizują) i nieprzyjemnych efektach kontaktu ze skórą, ale w takim razie należałoby od początku zasugerować, że mamy kontakt z zachowującą się w określony sposób substancją. Albo zmodyfikować trochę historię, bo kto powiedział, że oko robota nie może działać na kilka sposobów?
Ostatecznie wspomniane maszyny okazały się kiepskim narzędziem zagłady, bo straciły zainteresowanie bohaterami, gdy ci przestali się ruszać; nawet pomimo tego, że jeden z nich zdążył cel namierzyć. Ci skupili się jednak przede wszystkim na efektach towarzyszących pojawieniu się robotów, ponieważ nie byli w stanie złapać zasięgu w swoich telefonach, co nie zdarzyło się nigdy wcześniej. To kolejny problem – pojawia się impuls elektromagnetyczny, którego skutkami mają być właśnie problemy z łącznością, psujące się urządzenia elektryczne i – przy okazji, co sugeruje jego źródło – odgłosy wybuchów. Można przyjąć to za całkiem logiczne, gdyby nie fragmenty, które podają zupełnie sprzeczne informacje i czasem po prostu czytelnik ma prawo poczuć się zagubiony.
Bohaterowie obserwują standardowe zachowanie urządzeń znajdujących się pod wpływem promieniowania elektromagnetycznego o dużym natężeniu: ich telefony mają problem ze złapaniem zasięgu, zaraz potem całkowicie się psują i w pewnym momencie nie można użyć nawet latarki. Chociaż w trakcie ucieczki nie oddalili się na tyle daleko, żeby sądzić, że pole rażenia impulsu było naprawdę duże (przemieścili się najwyżej o kilkaset metrów, podczas gdy można wnioskować, że znajdowali się naprawdę blisko źródła!) i nie otrzymali żadnych informacji na ten temat z zewnątrz, Agnieszkę „przerażało, jak wielką energię emitowały te urządzenia. Nie spotkała się jeszcze nigdy z takim natłokiem siły elektrycznej”, a później rozwija swoją myśl słowami: „wszystko wysiadało, nie dało się użyć niczego. Żaden normalny reaktor nie był w stanie wytworzyć takiej mocy”, w których niestety nie mogę znaleźć żadnej logiki. Bohaterowie nie są w stanie nawet ocenić, czy szkody są porównywalne z tymi, jakie spowodował jakikolwiek reaktor w historii, bo zwyczajnie ich nie znają. Zauważyli tylko lokalne skutki, a zaburzenia w pracy urządzeń elektrycznych nie świadczą o wielkiej sile niczego; te, które towarzyszą między innymi wybuchowi bomby atomowej są niczym innym, jak skutkiem silnie indukującego się prądu we wszystkich ośrodkach, które się do tego nadają, pod wpływem zmieniającego się pola elektromagnetycznego. Na małą skalę można to osiągnąć nawet za pomocą magnesu, a odpowiednio duży, przesunięty w pobliżu domowego komputera może zepsuć go na dobre. Takie działanie nie musi być w żaden sposób powiązane z rozszczepieniem jądra – a został wspomniany reaktor, więc zakładam, że jądrowy – i tym samym w ogóle nie związane ze zniszczeniami innego rodzaju. Zaobserwowanie lokalnych zmian w funkcjonowaniu komórek i latarek nie jest żadną miarą siły rażenia czegokolwiek, a do tego bohaterowie nie mają żadnych przemyśleń na temat tego, że roboty (które, jak stwierdzili, działały na prąd) nie miały żadnego problemu z funkcjonowaniem.
Urządzenia elektryczne prezentowane w Twoim opowiadaniu mają dużo irytujących wad; niektóre urządzenia i udziwnienia wydają się wciśnięte na siłę, jak klawiatury holograficzne, które raczej nie należą do wygodnych i określenia, którymi nikt w normalnym świecie by się nie posługiwał (technologia 81457D), a bohaterowie z jakichś względów wcale tak często z pomocy techniki nie korzystają. Wielokrotnie pojawia się sztuczna inteligencja, choć to określenie pojawia się czasem w przypadku bardzo prostych systemów, takich jak winda (czy mówimy „sztuczna inteligencja pralki”? To, że coś zawiera procesor, nie oznacza od razu, że zawiera sztuczną inteligencję), ale niektóre sprzęty wydają się bardzo prymitywne – rozśmieszyło mnie na przykład to, że urządzenia namierzające głośno pikają i to dzięki temu Agnieszka zdołała usłyszeć wroga, który starał się ją odnaleźć.
Ogólnie rzecz biorąc, regularnie opisujesz zaawansowaną technikę i „systemy komputerowe” znajdują się wszędzie, nawet jeśli nie jest to estetyczne (linie systemów (?) na ścianach pokoju Agnieszki), ale nic konkretnego z tego nie wynika; jeżeli ludzie mają dostęp do tak doskonałych maszyn, to naprawdę dziwi, że pod innymi względami ten świat jest tak podobny do dzisiejszego. Mało tego, w nowszych rozdziałach wprowadzasz autorskie rozwiązania i nawet wprowadziłaś nieistniejące materiały oraz... falę. Nie wiem, czym jest w Twoim opowiadaniu fala baryczna, o której zostało wspomniane tylko raz, ale skoro napisałaś, że to wymyślone przez ciebie zjawisko, nie masz raczej na myśli rodzaju fali morskiej. Jeśli nie, to czego ona dotyczy? Wspomniałaś, że jej nazwa ma znaczenie, podziewam się więc powiązania z ciśnieniem, a w takim przypadku ciężko jest mi sobie wyobrazić przypadek uzasadniający wprowadzanie nowej fali. Właściwie, istnieją dwie – fale zaburzające materię, czyli takie jak na morzu, i fale pola, czyli elektromagnetyczne (a nie „jakieś tam inne”, jak napisałaś pod rozdziałem). Gdzie miejsce dla barycznej? Nie mam na to pomysłu; nic więcej o niej nie napisałaś, więc póki co tylko wychodzę myślami do przodu: jeśli miałaś na myśli przenoszenie ciśnienia za pomocą fali, to właściwie każdej można takie działanie przypisać – wystarczy, że zaburzenie powodowane przez falę jest mierzalne i spowoduje choćby wzrost temperatury, a zgodnie z równaniem Clapeyrona wzrośnie ciśnienie.
Podsumowując mój wywód na tematy związane z techniką, po przeczytaniu wszystkich rozdziałów odniosłam wrażenie, że wychodzisz z założenia, że opisywane przez Ciebie wydarzenia i tak nie mają szans się zdarzyć – sama w końcu piszesz, że „To odrębne realia, w 2015 nie będziemy mieć czegoś takiego” .
To po pierwsze nie do końca pasuje do science fiction, ale już pal licho konwencję – ważne jest to, że zniechęcisz część czytelników samym myleniem pojęć i niedorzecznymi teoriami, a część tego typu spraw mogłabyś sobie zwyczajnie uprościć. Zamiast wymyślać nowe pierwiastki i tworzyć opisy urządzeń, które nie brzmią zbyt przekonująco, a co niejednokrotnie powodowało pojawianie się sprzeczności – w jednym rozdziałów określiłaś grafen najbardziej wytrzymałym materiałem na świecie, a później okazało się, że istnieje jeszcze holofit – możesz po prostu trzymać się wiedzy i rzeczywistości, którą mamy dzisiaj, opisując świat wzbogacony jedynie o ISSAYS i Diabła. Na temat podróży kosmicznych, teleportacji, sztucznej inteligencji powstało już tyle książek, że spokojnie można oprzeć się na sposobie rozwiązania problemów zawartym w którejś z nich, skoro – mam wrażenie – Twoim celem nie jest silenie się na stworzenie realistycznej teorii i szczególnie ambitne autorskie pomysły.
Na koniec chciałabym przytoczyć kilka cytatów z innego źródła:
„Hard science fiction (pol. twarda fantastyka naukowa) – podgatunek fantastyki naukowej kładący nacisk na naukę i technologię, uwzględniający wiele szczegółów technicznych” – Wikipedia.
Radziłabym natomiast zastanowić się nad fragmentami:
„W przeciwieństwie do Hard SF, niekiedy używany termin soft science fiction oznacza z kolei fantastykę, w której nauka jest nieobecna bądź nie odgrywa żadnej roli” oraz „Hipotezy z Hard SF oprócz szczegółowego opisu zwykle są zgodne (nie zaprzeczają) obecnemu (z czasu powstania dzieła) stanowi wiedzy, w szczególności dotyczy to wiedzy z fizyki czy biologii. (...) Dla przeciwieństwa, w Soft SF znane prawa natury są jawnie łamane i sprzeczne z istniejącą wiedzą, a więc nawet hipotetycznie nie mogą się wydarzyć w znanym Wszechświecie (nawet jeśli nastąpi rozwój nauki)”, ponieważ po przeczytaniu czternastu rozdziałów mogę stwierdzić, że nadają się do opisu tej historii znacznie bardziej.
Jeśli miałabym określić, czym jest Twoje opowiadanie, nie odnosząc się do tego, jak sama je określasz – powiedziałabym, że to właśnie soft s-f z romansem w tle. Nie da się ukryć, że romans to jeden z ważniejszych wątków, chociaż tak naprawdę wcale się nie zaczął – te wszystkie opisy wspaniale wyglądających chłopców, zapewnienia, że Agnieszka nie zamierza się w nikim zakochać i jej niby przypadkowe bliskie spotkania z Damianem... To po prostu musi do czegoś dążyć. Rozdział czternasty jest już pod tym względem oczywisty, kiedy koleżanka głównej bohaterki sugeruje, że jest w kimś zakochana i pojawia się zapowiedź powrotu jedynej miłości Agnieszki – „jedynego chłopaka, w którym Agnieszka kiedykolwiek była zakochana”. Wydaje mi się, że byłabym w stanie lepiej odnieść się do tego wątku, gdyby postać tej bohaterki nie była dla mnie aż tak odpychająca, bo to powoduje, że ciężko jest mi wyobrazić sobie kogoś pałającego do takiej małpy wielką miłością. W tym momencie jestem w stanie powiedzieć tyle, że przeszkadzają mi te wszystkie oczywiste aluzje.
Ciężko wyodrębnić więcej pobocznych wątków, bo temat Sonii rozmył się gdzieś w nowszych rozdziałach, rodzice Agnieszki nigdy nie zyskali innej funkcji oprócz bycia rodzicami i nie dostali nawet jednej kwestii do wypowiedzenia, a żadnego istotnego bohatera spoza agencji sobie nie przypominam. Nawet ciężko mówić o rozterkach głównej bohaterki, bo chociaż wątek przysięgi może być ciekawy i wygląda na to, że wszystko już przemyślałaś i zaplanowałaś – póki co niewiele na ten temat wiadomo, a Agnieszka przez większość rozdziałów chciałaby mieć przede wszystkim święty spokój.
Chciałabym powiedzieć, że dobrze rozgrywasz wątek „wojny” między Diabłem a ISAYSS, ale najnowsze opisane przez Ciebie wydarzenia pokazały, że jednak do ideału wiele brakuje. Wychodzi tutaj problem nie do końca jasnej struktury organizacji jak i całego świata, ponieważ ciężko spodziewać się jakiegokolwiek logicznego rozwiązania sytuacji; kanadyjski oddział został jasno zasugerowany jako „ten zły”, a poza tym ciężko cokolwiek przewidzieć. Wydaje mi się, że kolejny zwrot akcji znów okaże się informacją, którą czytelnik dostanie wprost, bez kontekstu – ot, ktoś okaże się za coś odpowiedzialny.

Masz charakterystyczny styl, ale w tym przypadku to niestety nie tylko komplement. Jestem zdania, że nie wszędzie pasuje język potoczny – tu na przykład nie sprawdza się choćby dlatego, że mam problem ze zidentyfikowaniem, kiedy coś jest powszechnie znaną informacją, a kiedy opisywane są myśli danego bohatera i jego wiedza na temat wydarzeń. Narrator chwilami zachowuje się jak osobny byt, świadek tych wszystkich sytuacji, gdy używa pejoratywnych określeń w stosunku do bohaterów (synuś Lucyfera, zdrajca), nie będąc jednocześnie powiązanym z żadnym z nich. Chwilami też czułam się zdezorientowana, gdy w jakiejś scence zbiorowej brakowało zaimków, a z kontekstu zdania nie można było się domyślić, o kogo chodzi. Najgorsze jednak jest to, że narrator co chwilę musiał informować czytelników o tym, że Agnieszka ma jakiś nowy problem „w tylnej części ciała” (rzadziej: „w dupie”).
Zastanawiające jest jednak to, że Ty potrafisz budować napięcie i nadać odpowiedni nastrój wydarzeniom. Przykładem może być zabójstwo Grządziela, gdzie początkowo opisałaś rodzinną sielankę, by zaraz wprowadzić chwilę niepokoju, makabryczne odkrycie, śmierć i dobre zakończenie – to chyba najlepsza scena z całego opowiadania. Tyle że opisałaś ją w miarę prostym językiem, nie siląc się na zbędne ubarwienia. Z tego samego powodu przyjemnie czyta się scenki z Diabłem.

Na pierwszy rzut oka opowiadanie wygląda porządnie – pojawiają się akapity, używasz półpauz w dialogach, wszystko jest czytelne – jednak po bliższym zapoznaniu się z treścią, opowiadanie okazuje się nieco męczące w odbiorze przez drobne niedogodności. Masz skłonność do używania wielu krótkich (pojedynczych!) zdań z rzędu i często to nie służy niczemu. Poza tym często wielokrotnie powtarzasz te same sformułowania w podobnie zbudowanych zdaniach, co nie daje dobrego efektu, a zdarzają się również liczne literówki. Wiem, że masz betę, ale na Twoim miejscu czytałabym częściej tekst od początku do końca i starała się również sama szukać błędów.
Można powiedzieć, że piszesz raczej poprawnie, jednak często używasz dziwnych konstrukcji i zdarzają się zdania, które trzeba przeczytać kilka razy, żeby je zrozumieć. Wydaje mi się, że to kwestia wyczucia językowego, bo czasem używasz określeń, które może i nie są błędne, jednak zwyczajnie nie pasują do sytuacji. Są to jednak rzeczy, które wymagają po prostu wprawy w pisaniu; ciężko mi jednak w tym momencie wskazać, na ile rozwijasz się pod tym względem, dlatego że poprawiałaś stare rozdziały, może nawet wielokrotnie.
Chciałabym jeszcze wspomnieć, że po pewnym czasie zaczęło mnie irytować, że nadużywasz dwóch słów: „cholerny” i „specjalny”. To pierwsze dlatego, że pojawiało się niezwykle często (przynajmniej dwadzieścia cztery razy w całym opowiadaniu), a drugie dlatego, że za każdym razem było używane tam, gdzie pojawiało się jakieś rozwiązanie technologiczne i zastępowało jego opis.

Błędy:

„Cóż, wiem, że kiedyś zginę. Nie śmiercią naturalną” – trudno zginąć śmiercią naturalną; lepiej byłoby po prostu „umrzeć”.

„Agnieszka zaczynała się irytować. Przysłali dziewczynę tutaj na siłę” – wystarczyłoby „przysłali ją”.

„Aczkolwiek, starsza pani nie była agentką” – zbędny przecinek.

„Ona, z dnia na dzień, przestawała być dzieckiem” – po co tyle przecinków? Przecież to nie wtrącenie.

„Diabeł – najbardziej znienawidzona przez nią osoba (…). Jego wiedza i umiejętności pozwoliły na zbudowanie imperium Diabła, najniebezpieczniejszego człowieka na świecie” – Dexter siedział w swoim laboratorium Dextera...

„Świat odetchnął z ulgą, nie mogąc uwierzyć, iż to koniec” – świat nie mógł uwierzyć, więc skąd ta ulga?

„Trwali w tej błogiej świadomości do dnia, w którym (...)” – nieświadomości.

„Ciemnobrązowe tęczówki kobiety lustrowały twarz nastolatki” – trudno, żeby to tęczówki lustrowały cokolwiek... widzi się dzięki źrenicom.

„O ile w zielonych oczach Damiana mógł zauważyć ziarenka niepewności, to w czarnych tęczówkach Tomka była tylko nienawiść” – tęczówki ukazujące emocje?

„Robert udawał, iż nie dostrzegł szoku w oczach siedzącej przed nim Weroniki (oraz jej znajomych)” – zbędny nawias.

„Jej ręka w zabójczym tempie pomknęła w kierunku jego policzka. Głośnie uderzenie sprawiło, iż Robert odwrócił się do nich, zaskoczony.

– Mnie brutalnie, Anita, będzie nam jeszcze potrzebny” – literówka: mniej, nie „mnie”.

„Zatrudnianie tak młodych osób nie było w jego zwyczaju. Chyba, że…” – zbędny przecinek po „chyba”.

„IIT uważa ISAYSS za zbędne wyrzucanie pieniędzy w błoto, pomaga agencji, ale na zasadzie coś za coś” – wyrzucanie pieniędzy w błoto raczej nie może być potrzebne, więc dlaczego to jest zbędne?

„Międzynarodowa Tajna Agencja Młodych Służb Specjalnych była organizacją powołaną prawie sto pięćdziesiąt lat temu przez niemieckiego naukowca. Na przestrzeni wieków (...)” – trudno, by coś odbywało się na przestrzeni wieków, gdy mówimy o organizacji istniejącej dopiero od półtora stulecia.

„Podczas ukrytego włamania” – co? Ten przymiotnik jest błędny i zbędny, ale brzmi bardzo zabawnie.

„Według aktualizowanych kilka godzin temu statusach” – statusów.

„Zwinne urządzenie było w stanie wcisnąć się w każdą szczelinę, każdy wentylator, każdy komputer” – w każdy komputer? Nie wiem, na jakiej zasadzie mógłby się do niego wcisnąć, chyba że masz na myśli obudowę; ale to i tak nie działa w każdym przypadku, nawet patrząc na laptopy.

„Lekarstwa na tą śmiertelną przypadłość” – „tę”. 

„Wiedzieli, iż stali się marionetkami w rękach Diabła, ale każdy z nich wolał nią być niż patrzeć, jak zabijają na ich oczach własnych rodzicieli” – to brzmi, jakby ludzie Diabła zabijali własnych rodziców na oczach wrażliwych agentów.

„Teraz była to najniebezpieczniejsza dzielnica w całym mieście. Ba, uważano ją za źródło polskiej mafii” – źródło? Chyba stolicę albo coś.

„Prezydent miasta postanowił zostawić go dalszemu rozwojowi wypadków, przestać się wtrącać w rywalizację patologicznych gangów” – patologicznych?

„Na metalowej zjeżdżalni, kiedyś używanej przez zawzięte dzieciaki, widniał czerwony napis Chuje wszędzie, aczkolwiek ta szkarłatna ciecz wyglądała jak krew, nie farba” – napis będący cieczą?

„Ubrany zadziwiająco gustownie: nieskazitelnie biała koszula, na to czerwona kamizelka i czarny frak. Równie ciemne spodnie, idealnie dopasowane do potężnej sylwetki, szyte były na wymiar u specjalnych krawców. Połyskujące buty za kilka tysięcy dolarów dodawały całej postaci jakiejś takiej elegancji” – tyle że to nie jest klasyczna elegancja... nawet jeżeli strój został szyty na miarę i każdy element garderoby ma doskonałą jakość, to całość – czyli połączenie czerwonej kamizelki i fraku – jest w najlepszym razie ekstrawagancka... Poza tym mam nadzieję że nie nosi lakierków, ale w sumie w tym wypadku nie mogę być już niczego pewna.

„-–Tak, to prawda. Ja zawsze dotrzymuję słowa” – zagubiony dywiz.

„Nie sądzili, że Agnieszce było wtedy przykro i głupio. Nie spodziewała się, iż kiedykolwiek tak bliskie sercu dziewczyny osoby będą się Lasowskiej bać” – za dużo synonimów do „Agnieszka”; źle się to czyta, bo wystarczyłoby jej-jej.

„– Tak. Nauczę cię wszystko, co powinnaś umieć” – wszystkiego.

„Siła rażenia rakiety miała być kilkadziesiąt razy większa niż bomba atomowa” – bomba atomowa może mieć bardzo różną siłę i należałoby podać coś konkretniejszego, do czego rzeczywiście można byłoby się odnieść. „Kilkadziesiąt razy większa” wskazuje na jakiś rząd wielkości, ale nie wiadomo, co jest podstawą – 10 ton czy 58 megaton? „Niż największa stworzona bomba atomowa” miałoby już sens, chociaż nadal ciężko uwierzyć, że zniszczyłaby Ziemię, o co zmartwił się później jeden z bohaterów.

„Dlaczego miała się go pozbyć? Z reguły, taka była brutalna prawda” – chyba dla zasady?

„Stefek stał, próbując wymyśleć” – wymyślić.

„W jednej chwili wykręciła się z wciąż trzymanymi dłońmi” – co?

„– Więc… - zamruczała Agnieszka, chcąc wymusić na niej, aby zaczęła mówić” – dywiz zamiast półpauzy.

„-–Możemy kontynuować? – mruknął Robert, nie czekając na kolejną reprymendę” – kolejny zgubiony dywiz.

„W tym wieku posiadał zaskakująco i wyjątkowo rozwinięte wizualnie predyspozycje fizyczne, jak to naukowo nazwała jej przyjaciółka” – to nie jest naukowe. Chyba że to żart, ale ja nie mam zaufania do narratora.

„Nie powiesz, co chcieliście zrobić dobrowolnie, a ja cię do tego zmuszę” – szyk zdania sprawia, że to zdanie jest nieprecyzyjne: może oznaczać to, co miało (jak nie po dobroci, to znajdziemy inne środki) albo to, że zostaną zmuszeni do powiedzenia tego, co mieli robić... dobrowolnie. To nie jest niepoprawne, ale za pierwszym razem nie wiedziałam, o co chodzi, ponieważ zrozumiałam, że to ta druga wersja i trochę się zdziwiłam.

„Masz wyczyści ten durny łeb ze wszystkich zboczonych myśli dotyczących szkolnych koleżanek i oglądanych pornoli, ze wszystkich myśli dotyczących swojej rodziny, ze wszystkich myśli dotyczących strachu…” – gramatycznie to nie ma sensu.

„Zaczynał rozumieć jej opinię, reputację, nawet strach Diabła” – jej opinię? W tym kontekście to chyba opinię o niej.

„– Masz może zasięg w telefonie, bo nie mogę się nigdzie dodzwonić – zapytał Piotrek” – brak znaku zapytania po pytaniu.

„-–Nie w tym przypadku. To w końcu sieć awaryjna, pacanie – powiedziała przewodnicząca sektora Szóstego” – znowu jakiś przypadkowy dywiz, tym razem z brakiem spacji.

„Kreski te wyznaczały granice podnoszącej się podłogi. W momencie włączenia całego mechanizmu, krawędzie zaznaczonego obszaru unosiły się, tworząc olbrzymi prostopadłościan o idealnie gładkich ścianach, pochylonych pod kątem czterdziestu pięciu stopni w stosunku do dolnej powierzchni bryły” – prostopadłościan? Czterdzieści pięć stopni?

„Po dokończeniu samej obudowy okazało się, że energia emitowana przez cały labirynt prądu, rozbijanych w poszczególnych wnętrzach atomów oraz specjalnie dobranych pierwiastków znacznie przewyższa jakiekolwiek normy” – w jakich wnętrzach? Atomów? Ale co?

„W sekundę znalazł się przy strażniku i skręcił mu kark, strzelając z jego pistoletu tylko raz – do jego partnera. Oba ciała osunęły się na podłogę. Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia” – gramatycznie to zdanie leży, bo wynika z niego, że Diabeł skręcił ochroniarzowi kark, strzelając – w dodatku do kogoś innego. A nawet jeśli byłoby poprawne, myślę, że zrobiłoby na nim wrażenie o tyle, że wcale nie tak łatwo skręcić komuś kark... człowiek to nie ludzik z zapałek. Diabeł musiałby obiema rękami chwycić głowę ofiary pod brodą i rzucić się gwałtownie w tył; gdyby mu się powiodło, szanse na utrzymanie równowagi miałby minimalne. Nie byłby w stanie podeprzeć się ręką przy upadku i nie sięgnąłby od razu po broń... świeżo upieczonego denata. To dawałoby drugiemu strażnikowi przewagę, bo usłyszałby cały ten hałas. Twoje rozwiązanie jest zwyczajnie nierealistyczne i ryzykowne (biorąc pod uwagę bolące plecy, potencjalny refleks przeciwnika i krótki pojedynek kogoś bezbronnego z dwójką ludzi wyposażonych w pistolety), a przy tym zmusza do tarzania się po zakurzonej podłodze w czystym garniturze. Nie rozumiem, dlaczego nie wyposażyłaś Diabła w normalną broń palną...

„– Wszystko będzie tak jak sobie zażyczyłeś – odparła Chantele. - Największe naukowe centrum świata jest do twojej dyspozycji. Wojska niewiele będą w stanie teraz zrobić. Maszyny są niezniszczalne” – o nie, dywiz. 

„"Spowodowała one spustoszenie podczas jednej z saharyjskich wojen pomiędzy tajną armią NATO a ludźmi niejakiego Hasum Baduna w 2009 roku" – tyle że NATO ma armię, która nie jest tajna. Właściwie dlaczego u Ciebie wszystko musi odbywać się w sekrecie? I po co powoływać się na fikcyjne wydarzenia, które... w sumie nawet nie są ważne dla tekstu?

„– Ja pierdole, oczywiście tutaj musiał się jakiś przypałętać – mruknął Filip” – „ę” na końcu czasownika w pierwszej osobie w czasie teraźniejszym!

„Podłoga wyłożona metalowymi, czarnymi płytami, na których rozprowadzono najbardziej wytrzymałe tworzywo świata – grafen” – to nie do końca błąd, jednak sugerowałabym użycie innego słowa niż rozprowadzanie w przypadku materiału, którego istotą jest grubość warstwy wynosząca dokładnie jeden atom.

„Mięło parę minut zanim nastała cisza” – minęło.

„Drobnoustrój krążył w jej krwi od około dwunastu dni” – mowa o wirusie, który żywym organizmem nie jest, więc nie należy też do drobnoustrojów.

Podsumowując, mam wrażenie, że pisząc to opowiadanie, inspirowałaś się w równym stopniu „Gwiezdnymi wojnami”, co jakimiś amerykańskimi filmami sensacyjnymi o zimnej wojnie. Próbowałaś uwiarygodnić historię za pomocą „specjalistycznego” słownictwa z różnych dziedzin, precyzowałaś geografię, kwestie społeczne, niczego jednocześnie nie sprawdzając i raczej nie skupiając się na wiarygodności, stąd niezliczona ilość kiepskich założeń. Napisałaś, że akcja ma miejsce w Polsce w niedalekiej przyszłości, ponieważ najłatwiej opisywać to, co się zna. Paradoksalnie, pomijając archaiczne wyobrażenie technologii, to dużo łatwiej byłoby Ci, gdybyś czas akcji przesunęła w czasie o kilkadziesiąt lat do przodu, bo wówczas takie zjawiska jak Polska dominująca na arenie międzynarodowej i mogąca sobie pozwolić na rozdawanie na prawo i lewo „licencji na zabijanie” dzieciom, nie budząc przy tym sprzeciwu żadnego USA, byłyby choć trochę wiarygodne.
Pomijając kwestie realizmu, ciężko mi mówić o tekście jako całości. Najbardziej na plus odznacza się wątek tajemniczego złoczyńcy, a głównej bohaterki zdecydowanie nie polubiłam i jak do tej pory jej rozterki nie wydały mi się wyjątkowo interesujące. Myślę jednak, że zasugerowana w prologu zbliżająca się śmierć agentki i złożona przez nią przysięga ma potencjał; wszystko zależy od tego, jak pociągniesz ten wątek.
Niestety, ciężko mi wyodrębnić inne elementy, ponieważ większość wydarzeń rozmywa się w nieokreśloną, chaotyczną całość, ubarwioną gdzieniegdzie elektroniką i mutantami – te jednak nie pomagają, bo w pierwszej kolejności należałoby zadbać o jakieś jakieś solidne podstawy świata, dzięki którym wszystko miałoby sens i byłoby spójne. Brakuje napięcia, wyraźnych wątków i bohaterów, w których chciałoby się wierzyć; historia dużo traci przez momenty, które chciałoby się zwyczajnie pominąć, ponieważ nie sposób połapać się w takiej ilości bohaterów, którzy nie mają żadnych cech szczególnych.
Największy potencjał widziałam w pierwszych dwóch rozdziałach, kolejne części podobały mi się coraz mniej i tylko nieliczne ich fragmenty naprawdę przypadły mi do gustu. Te kilka dobrych momentów w obliczu szeregu błędów, niedociągnięć i braku czegoś, co byłoby mocnym wątkiem fabularnym to jednak za mało, żeby wystawić wyższą ocenę. Dwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy