poniedziałek, 13 stycznia 2014

8. Ocena bogini-aeis


Uwaga: ocena skopiowana ze starej ocenialni, stąd więzienny wstęp fabularny
Rozpatrujący wniosek: Claudinella
Więzień: Royal Bee [bogini-aeis]

Wygląd jest oryginalny i estetyczny. Naprawdę się ucieszyłam, widząc coś na tyle wyróżniającego się spośród tych wszystkich stron z opowiadaniami, których szablony sprawiają wrażenie wyjętych z jednej formy. Nie przestaje mnie zadziwiać liczba schematów, które rozpowszechniły się po wszelkich blogach na tyle szybko, że ciężko teraz natrafić na coś oryginalnego, zupełnie jakby autorki szablonów wzorowały się bez końca jedna na drugiej, bez wpadania na nowe pomysły. Rzadko trafiam na coś interesującego, bo wszędzie znajdują się te same elementy, nieznacznie tylko zmodyfikowane i upiększone nagłówkiem, który praktycznie zawsze składa się z wymieszanych ze sobą kilkunastu zdjęć urozmaiconych wszystkimi filtrami naraz i mądrą sentencją – koniecznie mającą skłaniać do refleksji, rzadko będąc jednocześnie powiązaną z treścią opowiadania, koniecznie dwie czcionki, koniecznie białe i świecące.
Twój blog pokazuje, że jednak można inaczej i bardzo podoba mi się, że urządziłaś go po swojemu, bo wyszło mu to tylko na dobre. Jako całość wygląda naprawdę przyjemnie, wszystkie elementy pasują do siebie i chociaż może wielkie grafiki rozdziałów wydaja się na pierwszy rzut oka nieco toporne, to wywarł na mnie dobre wrażenie. Podejrzewam, że większość czytelników wchodząc po raz pierwszy na bogini-aeis może być zaskoczona, sądząc, że trafiła na jakiś portal, a nie stronę z opowiadaniem – przede wszystkim przez charakterystyczny układ, typowy dla wielotematycznych blogów i brak rozdziału na głównej stronie. Co prawda brakuje mi na niej jakiejkolwiek treści widocznej zamiast odnośników do newsów i rozdziałów, ale nie sądzę, żeby kogoś to odstraszało. Jest czytelnie i nietrudno połapać się w nawigacji, jednak nie bardzo rozumiem, dlaczego niektóre informacje i odnośniki są powielone tyle razy. Elementów jest dość sporo, a menu „na szybko” raczej nie ułatwia nowemu czytelnikowi rozeznania się na stronie, bo jest po prostu jeszcze jedną ramką, na którą niepotrzebnie zwraca się uwagę, przeglądając stronę. Z całego szablonu, którego elementy współgrają ze sobą i pasują do siebie wizualnie, nie podoba mi się tylko stopka. Jest rozciągnięta do granic możliwości przez shoutbox, archiwum i kilka innych ramek; czy choćby wspomniane archiwum jest potrzebne? Wydaje mi się, że nie ma powodów, aby z niego korzystać, jeśli jest wiele innych sposobów, aby dotrzeć zarówno do newsów, jak i rozdziałów. Link do toplisty spokojnie można byłoby umieścić gdzieś indziej, a licznik odwiedzin jest jedynym elementem, który stylem zupełnie nie pasuje mi do całej strony, więc naprawdę proponowałabym coś w tym miejscu zmienić.
Bardzo się cieszę, że nie rozglądałam się po podstronach (i po całej głównej stronie – „słowem wstępu” to też w zasadzie spoiler, chociaż da się tego domyślić) przed czytaniem opowiadania, bo znajduje się tam całe mnóstwo informacji o bohaterach i uniwersum. Czasem brakuje ostrzeżenia przed szczegółami kluczowymi dla fabuły; cóż, ja wolę się tego wszystkiego dowiedzieć z treści i mam tylko nadzieję, że nie zaczniesz wymagać od czytelnika zapoznawania się z tymi tekstami przed czytaniem opowiadania, a pozostanie to tylko miłym dodatkiem. Dla osoby, która już zapoznała się z rozdziałami, podstrony te mogą być interesujące ze względu na różnego rodzaju ciekawostki o świecie, jakie raczej nie pojawią się w historii i pewnie przede wszystkim na portrety bohaterów, które wykonałaś sama. Ze względu na obecność rysunków nie rozumiem jednak sensu istnienia całego „O autorce”, gdzie tłumaczysz chęć zachowania anonimowości, bo znalezienie Twojego konta na DA zajęło mi trzy kliknięcia myszą („szukaj tego obrazu z użyciem Google”). Radziłabym jednak nie opowiadać o swojej tajemniczej tożsamości, jeżeli rzeczywiście zależy Ci na nieujawnianiu się, gdyż właśnie to może zachęcić czytelników do szukania informacji w internecie.
Inną rzeczą, która mnie dziwi, jest to, że na blogu kilka razy powtarzasz, że główna bohaterka nie ma w sobie nic z Mary Sue, że tak miało być i chcesz skupić się na jej przemianie. Również zapewnianie, że historia ma wyróżniać się spośród płytkich i stereotypowych opowiastek jest według mnie nie tyle niekonieczne, co wręcz szkodzi, kiedy natrafia się na coś takiego n-ty raz. Tego rodzaju zapowiedzi mogą zadziałać w drugą stronę – ja na przykład zastanawiałam się, czy chcesz napisać dla rozrywki dobrą historię, czy po prostu udowodnić coś komuś.
Czcionka, jaką wybrałaś dla treści rozdziałów jest czytelna, przyjemna i nie mam jej kompletnie nic do zarzucenia, pochwalę za to użycie lekko szarego tła i nie całkiem czarnego koloru tekstu, bo udało Ci się uzyskać kontrast idealny do czytania. Nieco inaczej sprawa ma się w przypadku notek informacyjnych i podstron, bo tam niestety brakuje polskich znaków – wyświetlają się one w innym, wyraźnie odznaczającym się kroju, więc należałoby umieścić rozszerzoną wersję (latin-extended) wybranej czcionki w kodzie szablonu.
Podglądy newsów – to znaczy ich fragmenty, pojawiające się po nakierowaniu wskaźnikiem na pole z linkiem – są z nieznanych mi przyczyn zakończone kropką, chociaż zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby pojawiło się tam coś w rodzaju „czytaj dalej” albo przynajmniej wielokropek. Zdziwiłam się, widząc tekst o świetnej zabawie sylwestrowej i następujące po nim zdanie „Zazwyczaj nie biorę” kończące fragment newsa i postawioną po nim kropkę. W dalszej części notki na szczęście było coś o konkursie.
Mimo wspomnianych przeze mnie niedociągnięć całość sprawia całkiem dobre wrażenie; błędy, które znalazłam w podstronach, umieściłam na końcu oceny.

Historia opowiada o nastolatce, która zauważa na ulicy zakapturzoną postać i lezie za nią w ciemny zaułek. Nikt jej jednak nie gwałci, zamiast tego dziewczyna trafia do świata kolumn, w którym posiadanie marmuru jest rzeczą bardzo wstydliwą i trzeba jego kawałki ukrywać w zacienionych miejscach, żeby się nikt nie przeraził.
No dobrze, może nie jest to do końca adekwatne streszczenie, ale właśnie taka myśl przyszła mi do głowy po przeczytaniu wszystkich rozdziałów; czemu tak było, o tym nieco później. Ale wróćmy do początku.
Fabuła „Bogini Aeis” jest, mimo dość złożonego ciągu przyczynowo-skutkowego, bardzo prosta. Opowiada o młodej, zwyczajnej dziewczynie imieniem Julia, która w wyniku jednej nieprzemyślanej decyzji przypadkiem przenosi się do świata równoległego. Decyzja ta polega na podążeniu za niecodziennie wyglądającym zakapturzonym mężczyzną, który okazuje się czymś w rodzaju kapłana w Ardmorze – mroźnym świecie, gdzie czci się różne bóstwa. Główna bohaterka zjawia się tam w o tyle niefortunnym miejscu i czasie, że miejscowi biorą ją za boginię.
Przez cały czas śledzimy tylko główny i jednocześnie właściwie jedyny wątek, którym są właśnie perypetie Julii w paralelnym świecie. To, co stanowi sedno całej sprawy, czyli niezamierzone przez bohaterkę zajęcie tronu bogini Aeis, zostaje niejasno zapowiedziane już w prologu, który opisuje fragment wyrwany gdzieś z okolic szóstego rozdziału. Niejasno, bo fragment ten jest dość krótki i tajemniczy, ale to właśnie dzięki niemu byłam w stanie szybko się domyślić, dokąd to wszystko zmierza. Z tego względu, że wspomniany prolog oprócz krótkiego tekstu wyprzedzającego fabułę zawiera tylko coś w rodzaju wstępu, być może powinien zostać nazwany albo właśnie wstępem, albo... nie wiem, czy istnieje bardziej odpowiednia nazwa (spotkałam się z określeniem teaser, ale źródło tej informacji nie jest zbyt wiarygodne), a nie jest to w końcu prolog sensu stricto; próżno doszukiwać się w nim wydarzeń poprzedzających akcję właściwą. Zainteresowały mnie jednak przede wszystkim jego ostatnie słowa, ponieważ sugerujesz w nich, że walczysz z banałem, a przedstawiona historia jest wolna od ogranych motywów i stereotypów.
Te słowa zachęciły mnie do czytania i bardzo mi się spodobały; to, że minęły się z prawdą, już trochę mniej.
Tekst zaczyna się od krótkiej retrospekcji, przedstawiającej zarówno życie nastolatki, jak i typowe szkolne środowisko, z którym była związana przed wystąpieniem niefortunnego incydentu, a także bezpośrednią przyczynę opuszczenia domu tego feralnego dnia: dziewczyna została wkręcona przez koleżanki w randkę w ciemno, jednak chłopiec z nieokreślonych powodów nie pojawił się na niej. Znudzona bohaterka po dłuższym czasie stania w miejscu postanawia sprawdzić, czy jedna z osób mijających ją w tym momencie na ulicy nie jest właśnie umówionym z nią kolegą, bo nie widziała dokładnie jego twarzy przez obszerny kaptur. No i wiadomo, jak to się skończyło.
Wszystkie kolejne sceny są już dokładnym i ciągłym opisem akcji, niemal minuta po minucie przedstawiającym działania głównej bohaterki. Jest płynnie, ale też bardzo wolno, z początku bez żadnych niespodziewanych zwrotów; z tego względu nie do końca jestem w stanie zrozumieć obecny podział na rozdziały, bo niejednokrotnie kilka z nich opisuje ten sam wątek. Na Twoim miejscu połączyłabym chociażby pierwsze trzy (zwłaszcza drugi i trzeci, sprowadzające się do chodzenia, gdzie dopiero pod koniec trzeciego następuje przełom), które przypominają raczej odcinki większej, spójnej całości. Podejrzewam i rozumiem, że pewnie nie będziesz chciała robić tego na blogu, ponieważ wiązałoby się to z utratą komentarzy.
Bardzo podoba mi się wspomniana płynność akcji i to, że każde wydarzenie wynika z poprzedniego. Wszystkie sceny opisujesz dokładnie i powoli, bez pośpiechu, jaki często widać w tego typu tekstach, kiedy autor chce już jak najszybciej przejść do kolejnego wątku. Właściwie jedynymi przerywnikami, które przytrafiły się jak do tej pory, są sny Julii – swoją drogą dość interesujące, choć nie odebrałam ich szczególnie pozytywnie. Stało się tak głównie ze względu na styl, który akurat w tych miejscach dość mocno przeszkadzał w czytaniu, ale same w sobie są całkiem miłym urozmaiceniem niezaburzającym kompozycji i nie wpływającym w żaden sposób na moje wrażenia dotyczące wyjątkowo ciągłego, jednowątkowego tekstu. Skupiamy się w końcu nadal tylko na Julii i jej wewnętrznych rozterkach, a wszystkie inne kwestie to drobne elementy budujące klimat.
Opisy są bardzo rozbudowane i szczegółowe, co należy ogólnie pochwalić, jednak zauważyłam u Ciebie tendencję do nadmiernego ubarwiania tekstu przez używanie na jeden raz zbyt wielu dopowiedzeń i porównań, co utrudnia przebrnięcie przez niektóre fragmenty. Jest to duży problem przede wszystkim w momencie, kiedy wiele z tych określeń i wtrąceń jest po prostu nieadekwatnych, ale o tym jeszcze się wypowiem.
Czytelnik nie ma żadnego problemu z połapaniem się w intrydze, ale niestety najprawdopodobniej również z przewidzeniem tego, co zdarzy się za chwilę. Początkowa scena, czyli nieprzemyślane zachowanie Julii, jest akurat dość zaskakująca, bo raczej ciężko mi sobie wyobrazić, żeby siedemnastoletnia (!) dziewczyna faktycznie bez żadnych obaw skierowała się za jakimś podejrzanie wyglądającym mężczyzną nie tylko do ciemnego zaułka, ale również prosto do zamkniętego budynku. Do tego sytuacja, co ważne, ma miejsce wieczorem i raczej nie mogła w takim momencie liczyć na obecność przechodniów i pracowników, którzy w jakimś stopniu zagwarantowaliby, że ewentualny kieszonkowiec/garbaty dresiarz z maczetą (o ile jesteśmy w Krakowie)/gwałciciel/morderca nie odważy się jej zaatakować. No dobrze, mamy więc do czynienia z mało inteligentną czy lekkomyślną, ale przede wszystkim ciekawską dziewczyną – czemu nie, to jeszcze o niczym nie przesądza. Bardziej zdziwiło mnie to, że śledzony przez Julię człowiek zapomina zamknąć za sobą drzwi i jest to jedyny powód, dzięki któremu ta w ogóle jest w stanie dostać się do wnętrza budynku. Zaraz po jej wejściu do środka chłopak przypomina sobie jednak o tej dość poważnej sprawie i biegnie, żeby je zaryglować, głośno przeklinając. Oczywiście nie zauważa bohaterki, której udaje się wcisnąć za jakąś kolum... w jakąś szczelinę. Z dalszych rozdziałów można jednak wywnioskować, że Daniel bardzo nie lubi zdradzać szczegółów swoich podróży i dba o to, by nikt się o nich nie dowiedział – dlaczego więc nie zwraca uwagi na otoczenie i nie zauważa obecności dziewczyny również później, kiedy ustawia zegar i otwiera portal? Mimo że na pewno zdaje sobie sprawę z tego, że będzie otwarty jeszcze na tyle długo, by ktoś niepowołany mógł się przedostać. Julia postanawia oczywiście skorzystać z otwartego przejścia, co nie dziwi w obliczu jej poprzednich działań; bo jak się powiedziało A... no dobra. Bo nie należy do postaci obdarzonych jakąkolwiek zdolnością przewidywania zdarzeń ani umiejętnością przygotowania na ciemne scenariusze z seryjnymi mordercami polującymi na siedemnastolatki; po prostu nie bardzo wie, co właściwie się dzieje, ani co należałoby w takim położeniu zrobić.
To jednak dopiero scena w ruinach świątyni jest tym, co wydaje mi się najbardziej nierealne i po prostu dziwne w całym tekście. Dziewczyna z ukrycia podsłuchuje przemowy zakonników i w pewnym momencie przypadkowo potrąca kamień, który potrąca kolejny, ten z kolei uderza w kolumnę... i tak dochodzi do zawalenia niemal połowy świątyni. Świątyni złożonej z tysięcy arkad wspartych na kolumnach (a nie zapałkach, jak mogłoby się wydawać po opisie katastrofy). Bohaterka upada na jakieś schody i do tego obsypują ją pióra, ponieważ kilka czarnych ptaków, przerażonych całą sytuacją, nagle poderwało się do lotu. Zastanówmy się – nawet pojedyncza kamienna kolumna byłaby naprawdę ciężka, więc skoro potrącony kamień doprowadził do takiej tragedii, to równie dobrze mógł to spowodować podmuch wiatru czy może nawet te wszystkie ptaszyska. To oznacza, że dziewczyna znalazła się w tym miejscu dokładnie w momencie, kiedy wystarczyło dmuchnąć, aby niszczejąca budowla zaczęła się walić. Do tego zwiedzała świątynię akurat w czasie, kiedy kapłani rzeczywiście oczekiwali nadejścia bogini i akurat natknęła się na ptaki, które przypadkiem zdołały obsypać ją czarnymi piórami symbolizującymi wyznawane w tym miejscu bóstwo. Na koniec trafiła tam dokładnie w momencie, kiedy Daniel przemawiał, był w stanie szybko zareagować i tym samym uratować damę z opresji. Dużo zbiegów okoliczności, prawda? Z tego względu, że to najważniejsza scena, która jest przyczyną wszystkich następujących wydarzeń jest na tyle naiwna, całość przypomina mi bardziej lekką opowiastkę albo baśń niż dopracowane fantasy. Wydaje mi się, że za ten stan rzeczy odpowiadają po części początkowe założenia; wiem, że piszesz teraz „na poważnie” i tekst w obecnej formie niewiele ma wspólnego z parodią czy pastiszem, ale czy podstawy, na jakich opiera się fabuła i ogólny zarys tego, co ma miejsce w opowiadaniu pozostał bez zmian? Mam wrażenie, że tak, choć mogę się mylić.
To jednak nie koniec dziwnych przypadków. Kiedy tylko Julia odzyskuje świadomość po byciu ocaloną w wyniku szczęśliwego zbiegu okoliczności przez bohatera, który akurat znalazł się w odpowiednim miejscu i czasie (chyba w prologu było coś na ten temat), zostaje poinformowana o konieczności udawania prawdziwej bogini i wprowadzona w szczegóły planu. Pierwsza moja myśl po poznaniu detali nadchodzących wydarzeń brzmiała: „o nie, pewnie zaraz na scenie pojawi się zły i podejrzliwy człowiek, który przejrzy naszą bohaterkę i będzie dążył do jej zdemaskowania!”. Faktycznie, nie musiałam czekać zbyt długo – już podczas pierwszej przemowy fałszywej Aeis pojawia się Sergiusz, którego ciemne i pełne nieufności oczy, jakimi przenikliwie obserwuje bohaterkę, zdradzają, że ma pewne wątpliwości co do prawdziwości nowego wcielenia bogini. Jeszcze tego samego dnia zadaje dziewczynie podchwytliwe pytania w obecności wszystkich kapłanów i rzuca dziwne komentarze. Cóż; chyba po prostu za wiele razy widziałam ten motyw i dlatego mnie to nie przekonuje.
Ostatni rozdział, który miałam szansę przeczytać przed oceną, kończy się słowami jasno dającymi do zrozumienia, że Julia ze swoim wielkim wejściem trafiła akurat na moment, kiedy odnaleziono wcielenie boskiego męża Aeis (zatem na jej drodze do spokoju staje kolejna przeszkoda). A to już coś, biorąc pod uwagę, że często się takie rzeczy nie zdarzają – skoro ostatnie odwiedziny takiej bogini Aeis w Ardmorze miały miejsce 1500 lat temu... ma dziewczyna szczęście!

Stworzyłaś świat równoległy, o którym niewiele na tym etapie wiadomo, ponieważ jak do tej pory przedstawionych zostało dopiero trochę ruin i ogólny jego zarys. W ciągu ośmiu rozdziałów czytelnik ma szansę poznać zarówno trochę informacji o mieście, w którym żyła Julia, jej wcześniejszym życiu, jak i o szczegółach funkcjonowania zakonu. Ten jest pełen uroczo naiwnych dziadków, którzy uwierzą we wszystko, co im się powie – wyjątkiem jest Sergiusz, który jako jedyny ma jakieś wątpliwości i wydaje się dosyć inteligentny; właściwie cieszę się, że to potencjalny antagonista, bo niespecjalnie mam ochotę kibicować Julii. Kiedy dowiedziałam się, w jakim wieku jest ten mężczyzna – w końcu pretendujący do tytułu arcykapłana – bardzo się zdziwiłam; podczas gdy większość zakonników przedstawiana jest jako osoby dość sędziwe, by zostać arcykapłanem wystarczy ukończyć 25 lat i w przypadku Sergiusza zbyt młody wiek to jedyna przeszkoda. Wydawało mi się, że nie podróżuje między światami jak Daniel, więc raczej ciężko mi uwierzyć, by w kilka lat mógł stać się poważanym mędrcem. Do tego już w wieku osiemnastu lat został „kapłanem drugiego stopnia”, cokolwiek to znaczy.
Daniel z kolei, który praktycznie się nie starzeje w Ardmorze, miał mnóstwo czasu, by wydorośleć psychicznie. Dlatego właśnie wydaje mi się dziwne, że tak bardzo odstaje od tych wszystkich starców, kiedy mentalnie powinien być w podobnym wieku (choć zależy to oczywiście od tego, jak często odbywał podróże – niemniej zdążył łącznie spędzić w tym drugim świecie przynajmniej kilka lat, a równie dobrze mogło być to kilkadziesiąt); zachowuje się jednak naiwnie, bardziej jak typowy skryty nastolatek z problemami. Sergiusz i Daniel to jedyni członkowie tej społeczności mający na ten moment jakikolwiek charakter, za to tłum będący całą resztą bractwa wypadł bardzo mało wyraziście. Ciężko mi zrozumieć zasady, na jakich opiera się cała ta organizacja i właściwie co poza modleniem się do niszczejącego posągu chce osiągnąć – przypuszczam, że wyjaśnienia nadejdą w kolejnych rozdziałach. Jak do tej pory wiem tylko tyle, że zakonnicy zwykli wysyłać do burdeli kobiety pojawiające się nielegalnie na terenie świątyni.
Wiele ciekawych informacji pojawiło się w rozdziale ósmym, w którym przedstawiony został zarys funkcjonowania świata; znowu jednak to dopiero początek i wprowadzenie do akcji, jaka najprawdopodobniej ma się dopiero zacząć. Nie wiem, w którą stronę pójdziesz – czy ograniczysz się do tria Daniel-Sergiusz-Julia i gromady zakonników, którzy za nimi tupią i nic ciekawego nie robią, stanowiąc tylko potrzebne do intrygi tło, czy zrobi się z tego ogólnokrajowa afera z ciekawym rozwiązaniem. Zakładam, że skłaniasz się ku drugiemu wyjściu (mąż Aeis!) – być może dzięki temu świat stanie się większy, bardziej kolorowy, złożony i przy okazji pojawią się jakieś poboczne wątki.

Bohaterów nie mamy wielu. Jak wspomniałam, tło tworzą przede wszystkim weseli zakonnicy, wyznawcy najwspanialszej bogini Aeis oczekujący na jej przybycie, których naiwność jest raczej fabularnym niedociągnięciem niż winą kreacji postaci. Do tej pory zostali przedstawieni podczas uroczystego zgromadzenia, uroczystej przemowy i uroczystej kolacji; być może to sprawia, że ciężko mówić o barwnej charakterystyce bohatera zbiorowego – nie są źli, ale sądzę, że dopiero w kolejnych rozdziałach będą mieli szansę się wykazać.
Julia mnie głównie irytuje. To potwornie mdła postać, a to, że jest przeciwieństwem Mary Sue, wcale nie powoduje, że automatycznie zyskuje w oczach czytelników. Żadna przesada nie jest dobra, a odarcie jej z jakichkolwiek wyrazistych cech sprawia, że nie sprawdza się dobrze jako główna bohaterka. Gdzieniegdzie na szczęście ma przebłyski geniuszu: scena z przygotowaniami do wyjścia w kusej sukience i próba przerobienia ją na nieco bardziej skromną była jedną z lepszych w całym opowiadaniu – głównie dlatego, że Julia została w niej ukazana jako osoba przynajmniej trochę inteligentna, co jest miłym kontrastem dla śledzenia przez nią nieznajomych mężczyzn. Podobało mi się też, jak została przedstawiona w śnie: to pokazywało, że jednak ma jakąś intuicję i słuszne obawy co do swojego położenia. Dlaczego więc uważam, że póki co nie nadaje się na główną postać? Oczywiście nie przez jej nieśmiałość, niezdarność ani skrytość, tylko właśnie nijakość i to drażniące zakompleksienie. Wiem, że mogłaby porównywać się z innymi koleżankami, ale podkreślanie cały czas, jaki ma nieciekawy kolor włosów czy nikczemny wzrost (swoją drogą jest wzrostu średniego, wręcz nieco powyżej, więc to stwierdzenie wydaje się wyjątkowo absurdalne) po prostu denerwuje. Mam nadzieję, że kreujesz tę postać w taki sposób, by przedstawić jej przemianę i uda Ci się to – Julia może nie jest zła jako człowiek, ale czytanie o niej męczy na dłuższą metę. Chwilami mam wrażenie, że o jej charakterze więcej się mówi, niż faktycznie wynika to z tekstu, bo nie przypisałabym jej aż tylu negatywnych cech, jakie ciągle sugeruje wredny narrator.
Zupełnie inaczej sprawa się ma w przypadku Daniela. To chyba najlepiej scharakteryzowana postać w Twoim opowiadaniu – niby specjalnie się nie wyróżnia, nie ma jakiegoś niezwykłego charakteru, ale wypowiada się w specyficzny sposób, właściwy tylko dla niego, ma cele, do których konsekwentnie dąży, stara się, popełnia błędy (scena, w której każe Julii się naćpać) i daje się lubić, poza tym pozostaje zwykłym nastolatkiem – chociaż w teorii przeżył jakieś dziesięć lat więcej ponad wiek, jaki podaje. Podoba mi się też, że jego sytuacja rodzinna została tylko lekko zasugerowana, dzięki czemu czytelnik może dopowiadać sobie resztę i powody, dla których chłopak stał się taki zamknięty w sobie.
Gdzieś w tle jest Angelika, której optymizm bardzo mi się spodobał, wesoły Elmud, którego również polubiłam i Sergiusz, potencjalny szwarccharakter. Naprawdę mało bohaterów jest wyrazistych, ale można to zrzucić na to, że opisywane wydarzenia rozgrywają się dopiero od kilkudziesięciu godzin.

Teraz przejdźmy do kwestii, która sprawiła, że ciężko było mi przebrnąć przez opowiadanie: Twój styl. Z wierzchu tekst wygląda bardzo ładnie i widać, że się starasz – robisz akapity, piszesz dialogi od półpauz, błędów interpunkcyjnych prawie nie ma, błędów ortograficznych w ogóle, a konstrukcja całości jest bez zarzutu.
Dialogi są w porządku, wypadają dość naturalnie i są żywe. Zachowujesz równowagę pomiędzy długimi wypowiedziami a tłem rozmowy, przez co czytało mi się je całkiem przyjemnie i nie miałam wrażenia, że postacie stoją jak kołki i wygłaszają swoje kwestie z kartki, jak to się często w różnych tekstach zdarza. Problem zaczyna się przy opisach. To one sprawiają, że opowiadanie jest bardzo niepłynne mimo poprawnej konstrukcji i większości rzeczy nie jestem w stanie sobie wyobrazić, a tyczy się to przede wszystkim miejsc. Nagminne używasz słów w niewłaściwym kontekście albo w złym znaczeniu, przez co nieraz zatrzymywałam się w połowie rozdziału zdezorientowana, nim uświadomiłam sobie, co właściwie chciałaś przekazać. Podam od razu przykład, resztę błędów i problematycznych fragmentów przywołam pod koniec oceny.
„Z białego puchu gdzieniegdzie wystawały nagie gałęzie bądź pozostałości po dawno wymarłych drzewach czy krzakach” – po przeczytaniu tego zdania nie wiedziałam, co się dzieje. Dlaczego pochodząca z Ziemi Julia miałaby wiedzieć coś o wymarłych gatunkach tamtejszej flory? Dlaczego te wymarłe krzaki nie rozłożyły się, będąc przecież materią organiczną? Po chwili zdałam sobie sprawę, że jednak chyba miałaś na myśli to, że rośliny uschły, ale nawet tego nie mogę być pewna. Fragmentów tego typu jest pełno w całym tekście.
Najgorzej poszło Ci opisywanie czegokolwiek związanego ze sztuką. Czasem ciężko było mi zrozumieć, czemu w ogóle służy jakieś porównanie, tak jak w tym przypadku:
„Ze spadającymi na czoło i skronie ciemnymi kosmykami przydługich włosów wyglądał jak żywy obraz, który wyszedł właśnie spod pędzla dziewiętnastowiecznego portrecisty” – czyli jak? Dziewiętnasty wiek to jednak przekrój stu lat, a artyści tego czasu byli świadkami przeróżnych wydarzeń, w zależności od miejsca, w którym żyli i doświadczeń. Nawet w obrębie jednej epoki pojawiali się artyści o bardzo charakterystycznym stylu; nie powiesz mi przecież, że Delacroix malował tak samo jak Goya, a obu zalicza się do malarzy romantyzmu. Moda również się zmieniała, modelów brało się różnych i Twoje porównanie wydaje mi się zbyt ogólne, jakby zostało użyte jako odpowiednik „jak z obrazka”. To tak jakby stwierdzić, że X przypominał zachowaniem typowego bohatera dziewiętnastowiecznej literatury (i nawet jeśli ograniczać się do polskich książek, zaraz padnie pytanie: księdza Robaka czy Wokulskiego?).
Potem zaczyna się architektura:
„Stanęła przed łukowym przejściem do podziemnego pomieszczenia (…). Otwór zdobiony był dwiema kolumnami połączonymi u góry kamiennym portalem, na którego szczycie umieszczono starannie wyrzeźbioną głowę pięknej kobiety” – co się dzieje? Na samym początku założyłam, że chodzi o wygięty w łuk korytarz, ale w takim wypadku bohaterka nie widziałaby, co znajduje się na jego końcu. Kiedy więc połączyłam tę wypowiedź z dalszym, niezbyt konkretnym opisem, wyszło coś takiego:
        
Po pierwsze trudno mówić, że otwór ozdobiony był kolumnami – kolumny to w końcu trójwymiarowa podpora znajdująca się w pewnym oddaleniu od samego otworu drzwiowego, a nie lizeny, pilastry czy nawet półkolumny (w takim przypadku można się zastanawiać). Jeśli chcesz koniecznie zostawić ten szyk zdania, to określenie „ozdobiony” zamieniłabym na „flankowany”, ale zdecydowanie lepiej byłoby napisać całość od początku. Po drugie mam problem z samym opisem, bo wynika z niego, że przejście wyglądało tak, jak powyżej, więc kolumny połączono portalem... czyli ozdobnym obramieniem drzwi. Nie wiem, dlaczego głowa pięknej kobiety znalazła się na jego szczycie, ale zgaduję, że miała być to rzeźba na zworniku łuku wspieranego przez dwie (pół)kolumny, ewentualnie płaskorzeźba w tympanonie.
Mam nadzieję, że rozumiesz, o co mi chodzi. Przypuszczam, że zamierzałaś przedstawić rozwiązanie w stylu drzwi do katedry na Wawelu, ale znowu nie mam pewności; nie proponuję używania w opisie terminów, których większość czytelników nie zrozumie, ale w obecnej wersji mimo wielu określeń zupełnie nie wiadomo, jak miało wyglądać to, co chciałaś opisać.
Oto, co znajduje się za portalem:
„Niewielki pokój, w którym tliła się jedna świeca, wypełniały zasłonięte płachtami meble (…). Między nimi, pośrodku ściany, znajdował się kolejny portal, idealnie na wprost pierwszego, tym razem jednak umieszczony wokół litej skały, bez żadnego widocznego przejścia” – tyle że portal sam w sobie oznacza drzwi z obramieniem, za którymi zazwyczaj jednak jest przejście... Lepiej byłoby napisać, że przejście zostało zamurowane albo opisać to, co znalazło się w tym miejscu zamiast drzwi. Tak, by nie zostawić żadnych wątpliwości.
Po chwili czytelnik poznaje dokładniejszy opis pokoju:
„(…) oraz mnóstwem praktycznie nieużywanych antycznych mebli w stylu secesyjnym czy innym artdéco, które zapewne były warte fortunę” – „art déco” pisze się osobno. Zgoda, że secesja i art déco to nie to samo, ale ani jedno, ani drugie nie ma związku ze starożytnością, co sugeruje przymiotnik „antyczne”, bo to jego pierwsze znaczenie. W kontekście, w którym zapewne chciałaś go użyć (podkreślając ich wiek), również nie pasuje, bo jest bardzo potoczne i ma lekko pejoratywne zabarwienie (w przeciwieństwie do słowa „antyk”, które jest neutralne).

„Podążając za echem wzdłuż ściany, kilkanaście kroków za rogiem, Julia zaszła pod wielkie drewniane wrota oraz dwie gigantyczne kolumny, chyba jedyne elementy ruin nietknięte przez czas” – to jeden z tych momentów, kiedy nie do końca wiem, gdzie się co znajduje. Jakim rogiem?
„Zeszła na potężną kondygnację zdobioną w większości zrujnowanymi arkadami i kolumnami. Wysokie, łącznie trzypiętrowe krużganki, otaczały leżący w głębi dziedziniec, wielki na przynajmniej dwa szkolne boiska. (…) Widok był niesamowity. Mury wokół kondygnacji pięły się ku szczeremu niebu, setki metrów do góry, kończąc się na nierównych wysokościach” – samo słowo „kondygnacja” mówi niewiele i nie za bardzo wiem, gdzie schodzi i gdzie znajduje się bohaterka. Poza tym „mury wokół kondygnacji” sugerują, że ogrodzenie lewituje w powietrzu, zaczynając się dopiero wokół danego piętra – w końcu Julia nie znajduje się na parterze, tylko gdzieś wyżej; inaczej to określenie byłoby nieuzasadnione.

„Teraz po dawnym majestacie ostały się jedynie ścienne wieże z dziurami, które trudno było odróżnić od okien, nie dające schronienia nawet przed czymś tak prozaicznym jak padający śnieg” – czym są ścienne wieże; czy chodziło Ci po prostu o to, że są elementem świątyni? Każda wieża, która nie jest „wolno stojąca”, musi być w takim razie „ścienna”. Może miałaś na myśli ryzalit?

„Kryjąc się w cieniu, Julia powoli zeszła na najniższą kondygnację i wspięła się na jeden z bloków marmuru ukrytych za kolumnami” – dobra. Nie będę się czepiać, mimo że słowa „kamień” i „kamienny” pojawiły się wcześniej w opisach co najmniej kilka razy. Wszystko wskazuje na to, że blok marmuru znajduje się tylko w tym jednym, jedynym miejscu i zasłania go kolumna. W porządku, to świat równoległy, gdzie może wspaniałe skały metamorficzne uznaje się za brzydkie, a fundator chciał ograniczyć koszty. Tylko jedno pytanie: czy najniższa kondygnacja oznacza parter? Bo z dalszej historii wynika, że Julia wyszła na zewnątrz, więc ani jedno, ani drugie określenie nie pasuje.

„Dziewczyna momentalnie machnęła nogą, gdy tylko poczuła, że coś tam usiadło. Tym samym potrąciła jeden z kamieni na marmurowym bloku. Ten spadł na inny głaz, który już wcześniej był na granicy równowagi. Przewrócił się na kolumnę arkady, a ta z racji wieku nie wytrzymała naporu i rozpoczęła kilkuetapową sekwencję domina” – o tym, jak bardzo nie podoba mi się sens tej sceny, wypowiadałam się już wcześniej, tutaj chciałabym zwrócić uwagę na kilka niefortunnie użytych zwrotów. Może nie jest to wielki problem, ale „tam” w odniesieniu do swojej własnej nogi brzmi co najmniej dziwnie, jakby nie można było użyć prostego „na niej”. Jak wspominałam, dziewczyna przypadkiem raczej nie przewróciłaby wielkiego głazu, zważywszy, że kamienie bywają ciężkie, więc „głaz przewrócił się na kolumnę” wydaje się bardzo przesadzone, bo z kontekstu wynika raczej, że się poturlał do niej. Na sam koniec: kilkuetapowa sekwencja? Masło maślane.

Nieco później, kiedy Julia ma wygłosić przemowę, piszesz, że ustawiła się na piedestale. Po chwili jednak „stuknęła berłem o podest”, a w dalszej części tekstu jeszcze parę razy używasz słów „piedestał” i „podest” zamiennie. Jest to niewłaściwe, bo te wyrazy oznaczają dwie różne rzeczy. Podest to zwykłe podwyższenie dla osoby przemawiającej lub płaszczyzna między kondygnacjami schodów. Piedestał natomiast to dość wysoki blok, na którym stawia się pomnik.

Naprawdę sporą część tekstu w pierwszych rozdziałach poświęciłaś na opisywanie architektury, ale określenia ograniczają się w zasadzie do zaledwie trzech: „krużganki” (których elementem są tu arkady), „arkady” (składające się z kolumn) i „kolumny”. To trzecie słowo pojawiało się non stop i to w miejscach, w których nawet być nie powinno. Cały czas miałam wrażenie, że kolumny stoją w losowych, wręcz absurdalnych miejscach, jakby ktoś tak je rozstawił, odkrył, że kupił za dużo, a przewóz kosztowałby więcej niż same podpory, bo w tym świecie kolumny to towar pierwszej potrzeby. Trudno mi powiedzieć, czy tutaj w większości momentów poza ewidentnymi (portal, ścienne wieże) wychodzi Twoja niewiedza, czy brak wyczucia językowego, ale to naprawdę źle wygląda. Wycięłabym połowę opisów składających się tylko z tych paru określeń, a jeśli tak bardzo Ci zależy na tych kolumnach, to przynajmniej część zastąpiłabym pilastrami lub, od biedy, półkolumnami, użyła jakichkolwiek synonimów (podpora? W niektórych przypadkach i „filar” by pasował) a przede wszystkim parę z nich opisała. „Kolumna” to jednak nie jest stałe określenie, bo obejmuje te gładkie, z kanelurami, proste, spiralne, poza tym mogą mieć różne kolory... i nie mówię, byś opisywała każdy kapitel po kolei, ale zasygnalizowała mniej więcej wygląd otoczenia, bo stworzone przez Ciebie opisy można przyrównać do tych w stylu: „w pokoju po prawej było biurko, po lewej łóżko, a nad łóżkiem obraz”. Naprawdę trudno mi wyobrazić sobie ogólny wygląd świątyni, co jest sporym problemem w przypadku tekstu, którego dwa rozdziały składają się tylko z opisów – choć uważam drobne, bardziej szczegółowe elementy (takie jak gobelin z wizerunkiem Aeis) za dobre rozwiązanie. Kolejnym utrudnieniem w czytaniu były złożone, pełne wtrąceń i dopowiedzeń zdania, a biorąc pod uwagę, że przy każdej okazji używasz mnóstwa określeń, dziwię się, że często żadne z nich nie pomaga wyobrazić sobie otoczenia. Tak na marginesie, trochę mi przeszkadzało, że za każdym razem, kiedy mogłaś postawić przecinek w zdaniu lub nie – kiedy obie wersje byłyby poprawne – wolałaś na wszelki wypadek „oprzecinkować” wszystko, co tylko się dało. W efekcie w pierwszych rozdziałach mamy masę zbędnych, irytujących wtrąceń, podczas gdy lepiej byłoby je wstawiać tylko dla podkreślenia czegoś ważnego. Na szczęście w ostatnich rozdziałach ich ilość zmalała.
Innym problemem, który nieco zniechęca mnie do czytania Twojego opowiadania, jest logika: o ile sprawy, o jakich wspomniałam wcześniej w związku z fabułą, nie są zbyt prawdopodobne, to jeszcze dają się wytłumaczyć zbiegami okoliczności. Jest jednak kilka kwestii, których nie rozumiem bądź nie umiem wytłumaczyć.
Nie zostało wyjaśnione, na jakiej zasadzie współistnieją ze sobą dwa światy, ale nie widzę potrzeby, by opowiadać o tym bardzo szczegółowo. Wszystko wydaje się do pewnego momentu bardzo logiczne: w Ardmorze czas płynie trzysta sześćdziesiąt razy szybciej, więc już kilkugodzinne wyprawy pozwalały Danielowi na spędzanie z jego mieszkańcami po kilka miesięcy. Nie jest to też pomysł wzięty znikąd, bo w naszym, realnym świecie czas również nie jest stałą i w pewnych warunkach taka konfiguracja miałaby szansę zaistnieć. Chłopak wspomina o ludziach, którzy zostali w Ardmorze, zestarzeli się tam i poumierali, podczas gdy w ich świecie, gdzie zostawili rodziny, upłynęło kilka miesięcy – dlaczego więc po chwili okazuje się, że organizm musi się dostosowywać do upływającego czasu? Nie bardzo widzę w tym sens, bo nie jestem w stanie wyobrazić sobie zasady, na podstawie której dwa różne ciała znajdujące się w jednym miejscu starzałyby się w zupełnie różnym tempie; przynajmniej nie w kontekście tego, jak zostało to przedstawione. Bez tego elementu wszystko byłoby spójniejsze i właściwie historia nie straciłaby nic, z wyjątkiem Daniela, który fizycznie byłby starszy o kilka lat. Czy tylko to było powodem wprowadzenia tej dziwnej zasady?
Niezależnie jednak od fizycznego wieku bohatera, wydaje mi się, że powinien być nieco bardziej dojrzały, o czym pisałam wcześniej. Razi mnie scena, w której teoretycznie dość inteligentny człowiek przekazuje dziewczynie z zewnątrz – i to dopiero wprowadzanej w intrygę, trochę nieostrożnej i niezdarnej – karteczkę, której słowa rozpoczynają się od „Julio, jesteś Aeis”. Czy miało to czemuś konkretnemu służyć? Pisanie prawdziwego imienia podszywającej się pod boginię dziewczyny wydaje się proszeniem o kłopoty i zaczęłam podejrzewać, że niedługo w wyniku kolejnego zbiegu okoliczności trafi w łapy Sergiusza.
W Ardmorze dzieją się różne i magiczne rzeczy, o czym świadczy między innymi ten fragment: „Co prawda komnata dla bogini została trochę... zaniedbana. – Wymownie rozejrzał się po pomieszczeniu. – Wciąż jednak w tym samym miejscu leżała jej biżuteria i suknia. Mamy szczęście, że mimo tylu lat zachowały się w tak dobrym stanie!”. Można z niego wywnioskować, że delikatna biała suknia przetrwała 1500 lat, leżąc sobie gdzieś na wierzchu, będąc wystawioną na działanie wszystkich warunków zewnętrznych ze zmienną temperaturą i biegającymi po niej myszami włącznie. No, mole tam chyba nie istnieją. Daniel nie powinien wyjąć jej z jakiegoś specjalnego... pojemnika? Może to magia i boskie siły chronią ją przed zniszczeniem i codziennie wybielają Vanishem, ale czytelnik raczej sam na to nie wpadnie.
Mam też wątpliwości do fragmentów, w których włosy Angeliki poruszają się dziwnie: „jasne, tlenione włosy opadły jej przed ramiona”. Można się spodziewać, że gwałtownie ruszyła głową, a włosy ma krótkie. Po chwili Angelika chodzi z „lekko podłużną, acz delikatną twarzą, wielkimi oczami, nadzwyczaj długimi włosami” – trochę kłóci mi się to z wizją włosów, które nagle samoistnie przemieszczają się przed ramiona, chociaż to chyba najmniej ważna kwestia ze wszystkich przedstawionych w tej części.

Błędy, literówki, powtórzenia

„Ceglany mur był nierówny, pełen dziur i walającego się wokół gruzu. Wyglądał praktycznie, jakby groził rychłym zawaleniem” – dwie sprawy: był całkiem praktyczny, bo polegał na tym, że groził zawaleniem i był pełen czegoś, co jest wokół.

„Znalazłeś się własnie na stronie poświęconej romansowi fantasy” – właśnie.

„Zerknęłam na opis powieści i z radością powiem, że treść mojego opowiadania różni się odeń diametralnie” – „odeń” oznacza „od niego”... czego więc się tyczy? Chyba nie powieści ani treści?

„Julia żyje i uczy się w absolutnie wyimaginowanym mieście wyimaginowanego kraju, którym może byc zarówno Polska, jak i Wielka Brytania” – „byc” – zgubiłaś „ć”. Poza tym ani Polska, ani Wielka Brytania nie są zmyślone, a można dojść do takiego wniosku, czytając to zdanie.

„Niestety nie podam Wam linka do mojej oficjalnej strony i galerii, bowiem cała zabawa w anonimowość wyszłaby na jaw” – zabawa zostałaby ujawniona? Chyba Twoja tożsamość; ewentualnie zabawa w anonimowość straciłaby sens.

„Terenów zdatnych do osiedlenia jest niewiele, toteż razem z Ardmorem istnieje jedynie pięć zurbanizowanych regionów. Pozostałe zamieszkują rzadko rozsiane plemiona lub osady, niekiedy większe wsie, podlegające jednak prawom najbliższego kraju” – jeżeli pisząc o plemionach, miałaś na myśli te koczownicze, to warto o tym wspomnieć, w innym przypadku zestawienie „plemiona lub osady” brzmi źle, bo to dwie różne rzeczy – w końcu plemiona mogą zamieszkiwać osady. Poza tym „wsie zamieszkujące regiony”?

„Na zachodzie leży Taial, kraina o wiele cieplejsza od Ardmoru, lecz mokra i skalista, rządzona monarchią stanową” – kraj nie może być „rządzony monarchią stanową”. Można powiedzieć, że ustrój tam panujący to monarchia stanowa.

„I tak zaczęła się dość nietypowa przyjaźń dwóch nastolatek, której raczej nie doświadczy się w wielu opowieściach o licealnym życiu. Angelika była typową szkolną gwiazdą (…). Jeśli zaś dodamy do tego nieodstępujący jej na krok kordon zakompleksionych, ślepo wpatrzonych w nią wielbicielek, który podążał za dziewczyną na każdej przerwie niczym królewska obstawa, mamy idealny obraz typowej wrednej rywalki głównych bohaterek z seriali czy książek dla nastolatków” – zwróciłam uwagę na te powtórzenia w obrębie jednego akapitu tylko dlatego, że wydaje mi się, że dbasz o takie szczegóły.

„Budowała w głowie liczne scenariusze: Może w szkole jest sekretna impreza?” – po co wielka litera po dwukropku?

„Przez szczeliny, prócz świstu wiatru, uszy dziewczyny dobiegł głęboki dźwięk, przypominający brzmienie ludzkiego głosu” – uszu dziewczyny.

„Zaraz zaraz – a może najzwyczajniej w świecie pomylił miejsce spotkania?” – przecinek po pierwszym „zaraz”.

„Nastolatka przyznała, że owszem, nie zdążyła jeszcze dobrze poznać swojego nowego miasta zamieszkania” – „miasto zamieszkania” brzmi bardzo dziwnie (jak analogia do „miejsca zamieszkania”). Lepiej byłoby napisać po prostu „miasto, do którego się ostatnio przeprowadziła”/„miasto, w którym mieszkała”.

„Teraz po dawnym majestacie ostały się jedynie ścienne wieże z dziurami, które trudno było odróżnić od okien” – z kontekstu trzeba wnioskować, czy wieże, czy dziury trudno odróżnić od okien.

„Ton oraz temat jego mowy były tak bardzo wzniosłe, że nawet mimo wysiłku Julia nie potrafiła sobie przypomnieć, o czym on właściwie mówił. Na pewno o tej wszędobylskiej kobiecie, ale kim ona jest?” – początkowo myślałam, że to żart słowny: mowa tutaj o posągu bogini Aeis. Niestety, później zajrzałam do ramek i zauważyłam takie zdanie:
„Nie chciałam startować z wszędobylską Mary Sue, dlatego Julia nie grzeszy ani urodą, ani inteligencją” – określenie „wszędobylska” nie oznacza kogoś bardzo popularnego, tylko osobę, „która się do wszystkiego wtrąca, wszędzie zajrzy, jest wszędzie obecna; wścibski, ciekawski”.

„Wtem na miejsce starca wszedł Patryk. Dziewczyna momentalnie wlepiła w niego szeroko otwarte oczy i nastawiła uszy” – nastawiła czy nadstawiła?

„Pamiętam swoją inicjację, jak by to było ledwie wczoraj” – jakby.

„– To JEST ona. Nasza pani. Spójrzcie! – wskazał szerokim gestem wronie pióra” – „wskazał” powinno zaczynać się wielką literą.

„Rzuciła się do kieszeni palta w poszukiwaniu telefonu” – palto to gruby zimowy płaszcz, a Julia w poprzednim rozdziale była niezadowolona, bo ubrała się na jesienny spacer i dlatego zmarzła.

„Zaraz zaraz, co się wydarzyło?” – brakujący przecinek po pierwszym „zaraz”.

„Odetchnęła z ulgą, widząc znajomą osobę, chociaż trudno byłoby określić ich znajomość mianem bliskiej”.

„– Przeczytaj i z a p a m i ę t a j” – rozciągnęłaś słowo, nie oddzielając go od jednoliterowego spójnika.
Dwie spacje w tym przypadku może nie byłyby najlepszym rozwiązaniem, ale, szczerze powiedziawszy, nie wiem, jak najlepiej rozwiązać ten problem na blogspocie. Za to w zwykłym edytorze – jak najbardziej.

„– Dwa miesiące, dwa miesiące... – powtarzała, niedowierzając” – nie dowierzając.

„Dziewczyna spuściła wzrok w przepraszającym tonie” – tonie?

„Dziewczyna doznała na moment dziwnego uczucia egzaltacji, choć świadomość powagi sytuacji szybko zgasiła niecodzienne wrażenie i kazała jej skinąć głową” – określenie „uczucie egzaltacji” nie ma sensu, nie mówiąc już o tym, że miała być to reakcja na gniew Daniela.

„Potem przyniosę ci trochę pasty do zębów, szczoteczkę musisz skombinować sobie sama – wyszczerzył zęby” – „wyszczerzył” powinno zaczynać się wielką literą i po kropce.

„Miała ledwie kilka godzin, aby przygotować się na dwumiesięczne wakacje w krainie pełnej mrozów i średniowiecznych warunków życia” – zła składnia; z tego zdania wynika, że kraina jest pełna średniowiecznych warunków życia, a nie, że na nie Julia powinna się przygotować.

„Przywdziała złote bransolety na ręce i kostki” – przywdziać można ubranie, nie biżuterię.

„W ręku zaś trzymał dorównujące mu wysokością berło, którego czubek wieńczyła turkusowa kula wielkości główki lalki, ze stojącym nań pozłacanym krukiem, rozpościerającym skrzydła do lotu” –„nań” oznacza „na niego”, więc ani przypadek, ani rodzajnik tu nie pasuje. Skąd wiadomo, że zdobiący kruk rozpościerał skrzydła do lotu? Pasowałoby tu dodać „jak” (przed „do lotu”). I w końcu, jaką wielkość główki ma lalka? I czy chodzi o zabawkę dla dziewczynek czy element tralki? Boże, tyle pytań!

„Każdego kapłana po kolei poświęcisz berłem i słowami: «Błogosławię cię, synu mój, słowem prawdy i pokoju.»” – zbędna kropka w cudzysłowie.

„Mówił powoli, tonem mentorskiego kazania, lecz z pokorą” – to się wyklucza.

„Dziewczyna posmutniała na myśl o domu, od którego dzieliły ją nie tyle tysiące kilometrów, co prędzej eony wymiarów” – eony wymiarów? Ery wymiarów? Wieki wymiarów? Grudzień wymiarów? To nie ma sensu.

„Julii nigdy wcześniej nie przyszłoby do głowy spożywanie tych ptaków, zwłaszcza, że” – zwłaszcza że.

Dialogi

Wypisałam kilka dziwnych sformułowań z dialogów. Znaczną większość wyrażeń typowych dla mowy potocznej uznałam za odpowiednią, ale w tych kilku przypadkach nie do końca wiem, na ile są one zamierzone i odpowiadają językowi mówionemu.

„Mojej pierwszej przemowy, tak notabene, którą teatralnie przerwałaś” – co teatralnego było w przypadkowym zburzeniu fragmentu świątyni? To trochę jak powiedzieć: teatralne odpalenie bomby i teatralny wybuch jądrowy.

„Na koniec podniośle podziękujesz” – jak można podniośle podziękować? Chyba podziękować w podniosłych słowach, albo coś…

„Czy zrozumiałaś jasno?” – to jakby połączenie „czy wyraziłem się jasno?” i „zrozumiałaś?”.

Myśli Julii

Tu mam problem o tyle, że zdecydowałaś się nie dawać cudzysłowów (ani nie używać kursywy) przy cytowaniu myśli Julii. W niektórych przypadkach to zupełnie nie razi:
„Może to jakiś eksperyment, pomyślała”.
Kiedy jednak mamy dłuższy tekst, gdzie przeplatasz krótkie spostrzeżenia Julii z regularną narracją, czytelnik może być lekko zdezorientowany, jak tu:
„Żadnego portalu, żadnego powrotnego przejścia. Cóż za pech z tymi drzwiami dzisiaj, pomyślała. Znowu pozostaje jedynie droga naprzód”.
Nie jest to jednak szczególnie karygodne. Źle wyglądać zaczynają dopiero wątpliwości wyrażane w czasie teraźniejszym, bo pojawia się przeskakiwanie z takich myśli na czas przeszły używany przez narratora:
„Obecnie jednak chciało jej się śmiać. To NIE MOŻE być prawdziwe. Nie ma opcji. Może czegoś się naćpała?”
Tego w ogóle nie rozumiem, bo nie jest to wypowiedź, tylko myśl:
„I w co ja się wkopałam, westchnęła”.
Wygląda ona tak, jakbyś chciała napisać coś na kształt dialogu, tyle że to nie ma większego sensu.

Chwilami mam jeszcze inny problem z narratorem – mimo że teoretycznie nie jest wszechwiedzący, tylko przyczepiony do Julii i to na jej emocjach i przemyśleniach się koncentruje, co jest silnie akcentowane zwłaszcza na początku, wyłapałam dwa fragmenty, które świadczą o niekonsekwentnym prowadzeniu narracji:
„Chłopak miał zmęczoną twarz, podkrążone oczy, a włosy jeszcze bardziej zmierzwione niż zwykle. Dawno nie spał” – skąd Julia miałaby wiedzieć, co robił w ostatnim czasie Daniel?

„Tuż obok leżała kartka z prędko nakreślonym krótkim tekstem” – naprędce. Skąd Julia wie, że nie zostało to dokładnie przemyślane przez Daniela w nocy i dopiero napisane?

Dodam jeszcze jeden fragment związany z prowadzeniem narracji, który nie jest błędny, ale może być nieczytelny:
„Zaskakująco śmiało popatrzyła w jasne oczy chłopaka, które w otaczających ciemnościach przypominały jej dwa mieniące się kamienie szlachetne. Wcześniej nie odważyłaby się tak pewnie i tak blisko skonfrontować z młodzieńcem. To spojrzenie ani trochę nie przypominało jej dotychczasowego, zawsze spłoszonego i pełnego zażenowania wzroku” – najpierw opisujesz spojrzenie Daniela, a potem znienacka Julii. Ten przeskok dezorientuje.

Inne, drobniejsze problemy i sugestie, czepianie się…

„Siedząc na lodowato zimnym, acz pięknie ozdobionym skalistymi kwiatami tronie (...)” – mam wątpliwości, czy kwiaty miały rzeczywiście być „skaliste”.

„Och, ależ korciło ją, by sprawdzić, co kryje w sobie tajemnicze światło!” – zdanie to odnosi się raczej do tego, co znajduje się za przejściem... a nie do tego, co światło ma w sobie.

„To, co się wydarzyło dalej, trwało zaledwie kilka sekund, a było najbardziej niefortunną reakcją łańcuchową o najpoważniejszych konsekwencjach, jakie tylko można sobie wyobrazić:” – po tych słowach zaczyna się kolejny akapit opisujący wydarzenie, więc zamiast dwukropka dałabym kropkę.

„Ten nagły przypływ pozytywnych emocji spowodował pewność siebie, której nastolatka dawno nie czuła” – spowodował pewność siebie? Nie razi mocno, ale coś innego (na przykład „wzbudził w niej”) bardziej by tu pasowało.

„Wyszli na ciemny korytarz blado oświetlany przez nieliczne pochodnie” – pochodnie mają to do siebie, że oświetlają ciepło i punktowo, a nie blado.

„Czuła na swoim karku kilkadziesiąt par oczu i miała wrażenie, że razem z ławką wędruje głęboko pod ziemię” – trudno związek frazeologiczny „chcieć zapaść się pod ziemię” zmienić w takie ozdobne zdanie; to brzmi, jakby Julia co najmniej umierała.

„Bezpośrednio naprzeciwko wrót, z muru zwisały ciężkie ciemnoczerwone zasłony” – zbędny przecinek.

„Dostrzegła srebrny pierścień, z którego turkusowego kamienia poraził ją błysk światła” – ciężko to zdanie zrozumieć od razu, a „turkusowy kamień pierścienia” brzmi dziwnie.

„(...) nie dające schronienia nawet przed czymś tak prozaicznym jak padający śnieg. Owe wnęki oraz zadaszenia dały jednak dom stadom dzikich czarnych ptaków” – niedające.

„Przerażona hukami wrona hałaśliwie odleciała” – hałaśliwie? Z wrzaskiem? Kracząc?

„Jeszcze nie minęły echa walonego gruzu z akompaniamentem kraczącego chóru” – walącego się?

„«Aeis, Aeis!» Tłum zaczął deklamować to imię niczym mantrę” – przydałaby się półpauza albo przecinek po cytacie (wówczas „tłum” z małej), poza tym czasownik „deklamować” nie pasuje do sytuacji, bo chodzi przecież o jedno słowo.

„Zrozpaczona patrzyła na biegnącego w jej stronę Daniela, który chyba jako jedyny zdołał zachować świadomość umysłu i nie zachowywał się jak w transie” – powtórzenie, a „świadomość umysłu” nie brzmi według mnie najlepiej. Może „trzeźwość myśli”?

„Julia usiadła na konstrukcji z siana, kilku szmat i futrzanej narzuty, która robiła za łóżko” – chyba wszystkie elementy „robiły za łóżko”?

„– Wyciągnął z kieszeni złożoną kilka razy kartkę, po czym wręczył dziewczynie” – wręczył .

„Żółty płomień tańczył wesoło na knocie świecy miedzianego kandelabru” – knot świecy miedzianego kandelabru? To zdanie jest troszkę nieczytelne; lepiej byłoby napisać, że świeca była umieszczona w kandelabrze.

„Próbowała oswoić się z nowo zaistniałą sytuacją” – po prostu z zaistniałą sytuacją.

„A brzmiało to, jakby streszczał jakiś film klasy B gatunku science-fiction: że to zupełnie inny świat, którego nie znajdzie się na mapie („Równoległe uniwersum bądź inny wymiar, jak wolisz” – określił); że przejścia między nim a naszym są tylko jednostronne i otwierają się jedynie w specjalnych miejscach o określonych porach” – science fiction? A mnie to przypomina fantasy, które piszesz.

„Chociaż momentalnie zrobiło się jej jeszcze bardziej głupio, skoro sama do wczoraj nie rozróżniała go z Patrykiem” – nie rozróżniała ich (dwóch chłopców) albo nie odróżniała go od Patryka.

„A teraz Julia stała się kolejnym brzemieniem, które młodzieniec musi dźwigać przez całe dwa miesiące” – raczej „będzie musiał”; czas teraźniejszy tu nijak nie pasuje.

„Jedyne doświadczenie występów scenicznych dziewczyna wyniosła ze szkoły i chociaż nie miała problemów z odgrywaniem swoich rólek, zawsze przy tym ważyły się losy najwyżej jej oceny, ale nigdy życia” – „losy oceny” nie do końca pasują w tym kontekście; wiem oczywiście, co chciałaś w ten sposób przekazać, ale lepiej byłoby ująć całość inaczej, by nie było wątpliwości.

„Jasne oczy posłańca płonęły, a poliki i nos pokryły się rumieńcem” – „poliki” to regionalizm i nie każdemu spodoba się to słowo.

„– Przewidywałem, że zje cię trema. Łyknij to przed wyjściem. – Wręczył jej białą tabletkę zawiniętą w chusteczkę higieniczną” – naprawdę miał ze sobą chusteczki? Higieniczne? Ze swojego świata? O NIE.

„Kamienna podłoga przyjemnie grzała w stopy” – ciężko jest mi wyobrazić sobie kamienną podłogę, która w takich warunkach grzeje.

„Młodzieniec również wyglądał odświętnie” – jego strój mógł wyglądać odświętnie, nie sam młodzieniec.

„Płaszcz przyozdobił elementami ze złota o ptasich motywach” – elementy ze złota o ptasich motywach? Nie wiem, jak to sobie wyobrazić i w ogóle o co chodzi.

„Wcześniej nie odważyłaby się tak pewnie i tak blisko skonfrontować z młodzieńcem” – chodzi o to, że Julia popatrzyła na Daniela – bez przesady.

„Z bezwiedną przyjemnością pozwoliła mu się prowadzić wzdłuż korytarzy krużganków, aż zeszli na ostatnie piętro” – szli wzdłuż, a zeszli na dół. Choć to może jeszcze ujdzie, ale naprawdę nie wiem, co to za przyjemność, jeśli jest bezwiedna.

„Podał chłopakowi zwinięty rulon papieru” – rulon z natury rzeczy jest zwinięty. W rogala zwinął?

„W końcu Julia to tylko zwykła nastolatka, w dodatku częściowo naćpana tutejszym specjałem” – myślałam, że naćpała się tabletką, a nie smakołykiem.

„Oraz, co było najbardziej szokujące, że czas płynie tu inaczej. I wcale nie chodzi o ośmiogodzinne doby czy widoczne przyspieszenia ruchów ludzi lub przedmiotów” – obserwator znajdujący się w świecie, w którym czas płynie odmiennie niż w naszym, nie obserwowałby żadnych przyspieszeń ruchów. Tak tylko mówię…

„Przy takiej prędkości zmieniającego się oświetlenia ruchy tej ciemnej, dziwacznej postaci zdały się oczom Julii spowolnione” – częstotliwość, szybkość migania – w porządku, ale nie „prędkość oświetlenia”, bo to nie ma większego sensu.

„Nagłe pojawienie się prawdziwej dziewoi traktują jako cud” – jak cud. Chyba że użyłaś świadomie tego słowa.

Twoje opowiadanie nie zrobiło na mnie tak dobrego wrażenia, jakie mogłoby zrobić, gdyby nie wszystkie większe i mniejsze potknięcia; ma duży potencjał i jest dość oryginalne na tle wszystkiego, co widziałam w blogosferze, choć nie da się ukryć, że korzystasz z popularnych motywów. Pomimo licznych problemów językowych piszesz całkiem sprawnie, budowa tekstu jest dobra, tekst  raczej zachowuje płynność, dialogi są dopracowane. Problemem „Aeis: Fałszywej duszy” jest przede wszystkim fabuła, która mnie w żaden sposób nie przekonała, głównie przez ogrom zbiegów okoliczności i różnego rodzaju problemów logicznych. Jednak nawet na takie niedociągnięcia można przymknąć oko, kiedy opowiadanie ma jakieś mocne zalety, dzięki którym z niecierpliwością czeka się na kolejne rozdziały – u Ciebie zabrakło mi tego decydującego elementu, który przyciągnąłby mnie na stałe i niestety nie zyskałaś we mnie czytelniczki.
Jestem jednak ciekawa, jak pociągniesz dalej akcję i czy pojawią się jakiekolwiek poboczne wątki, a w takim przypadku jak wypadnie ten świat, do którego nasi bohaterowie właśnie wyruszają z klasztoru na odludziu. Być może zupełnie zmieni to wydźwięk całości, poza tym na pewno pojawi się okazja, by wreszcie stworzyć konkretny nastrój odmienny od intryg, które dotychczas pokazywałaś czytelnikowi.
Wygląda na to, że cały czas pracujesz nad tekstem, poprawiasz również stare rozdziały – niedawno pisałaś mi maila o drobnych zmianach, które wprowadziłaś, by lepiej się czytało – doceniam to i domyślam się, że moje wskazówki mogą okazać się pomocne w dalszym pisaniu.

To wszystko trochę za mało, żeby wystawić złagodzenie wyroku czyli szkolne czterymimo że brakowało niewiele. Sama zastanawiam się, jak odebrałabym Twoją historię, gdyby nie te nieadekwatne opisy architektury, nieszczęsne kolumny, świątynia burząca się od jednego dmuchnięcia i wszystkie dezorientujące błędy językowe; wiem tyle, że w obecnej formie Twoje opowiadanie mnie nie przekonało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy