piątek, 14 lutego 2014

9. Ocena siostra-czarownika


Uwaga: ocena skopiowana ze starej ocenialni, stąd więzienny wstęp fabularny
Rozpatrujący wniosek: Claudinella
Więzień: Złodziejka Książek [siostra-czarownika]

Adres całkiem ładny i ciekawy, bez polskich znaków; zaraz po nim rzuca się w oczy napis na belce, co niestety zepsuło pierwsze wrażenie, przynajmniej w moim przypadku. „Nie tylko nocą budzą się demony...” – jest to dość słabe. Bynajmniej nie dlatego, że źle brzmi, ale dlatego, że w jednej z podstron umieściłaś następującą adnotację:
„PS 2: cytat na szablonie podkradłam z Miasta Kości. Napis na belce wymyśliłam sama”. Mnie skojarzył się on z najbardziej znaną hiszpańską myślą i najbardziej znaną grafiką wszech czasów:


Napis na biurku: „El sueño de la razón produce monstruos”, po polsku: „Gdy rozum śpi, budzą się demony”. Biorąc pod uwagę doświadczenia Goi i powód dla którego to namalował, jakoś jemu bardziej ufam w kwestii demonów.

Pierwsze wrażenie dotyczące szablonu jest... przeciętne. Nic nie razi, nic nie zachwyca, ale jest czytelnie i wiadomo, gdzie czego szukać. Zabrakło tylko uzupełnionego spisu treści, bo na chwilę obecną brakuje tam linków do dwóch rozdziałów.
Jak na mój gust białe litery treści notek za mocno kontrastują z czarnym tłem, a te ciemnoczerwone, jakimi zapisana jest data, są słabo widoczne, ale nie jest to jednak coś, co wymagałoby natychmiastowej zmiany i szczególnie raziło.
Wszystkie teksty są wyjustowane, co cieszy, a poza tym wyglądają zwyczajnie schludnie, poza jedynie drobnymi mankamentami. Przeszkadzają tylko akapity, które tworzysz przez wstawienie pewnej ilości spacji na początku wiersza; nie jest to profesjonalne, ale już pal licho sposób ich wstawiania, problem polega na tym, że ich szerokość jest różna, bo zmienia się ilość tych nieszczęsnych spacji. Lepiej byłoby posłużyć się kodem na automatyczne akapity.

Zdecydowałaś się zgłosić do mnie z ff książki, której nie czytałam, właśnie dlatego, że jej nawet nie kojarzę – żeby się przekonać, jak odbierze je ktoś, kto kanonu nie zna. Szczerze mówiąc, wcześniej o czymś takim jak „Dary anioła” nie słyszałam, a przed oceną nie zapoznałam się z żadnymi informacjami dotyczącymi tego dzieła. Zobaczmy, czy udało Ci się stworzyć opowiadanie, które uda mi się bez problemów zrozumieć bez znajomości pierwowzoru.
Miałam już okazję oceniać inne Twoje opowiadanie, więc w jakimś stopniu mogłam zaobserwować, na ile się rozwinęłaś od tego czasu. Od razu powiem, że pozytywnie mnie zaskoczyłaś.
Historia zaczyna się od krótkiego przedstawienia Nikoli Kruk (12 l.) i jej codziennego życia. Tym razem sporo czasu poświęciłaś na wprowadzenie, przedstawienie świata i pozwalasz czytelnikowi „na spokojnie” poznać główną bohaterkę, wokół której wszystko będzie się kręciło. Inaczej niż w przypadku Twojego poprzedniego fan fiction, w którym najgorzej wypadł właśnie zbyt chaotyczny i nieszczegółowy początek, tutaj stworzyłaś solidne podstawy dla dalszej fabuły, a to dobrze wróży. Dziewczyna prowadzi raczej normalne życie, chodzi do szkoły, ma dwie bliskie koleżanki, a rodzice specjalnie się nią nie interesują (mimochodem wspominasz o ich zawodach oraz ogólnej sytuacji rodzinnej i finansowej). Poza tym poznajemy jej hobby, upodobania muzyczne, ulubiony sposób spędzania wolnego czasu oraz stosunek do nauki. I to jest dobre – nie przechodzisz od razu do akcji, tylko nakreślasz tło w sposób nienachalny, bardzo naturalny, co więcej, budujesz podstawy, na których świat się opiera, obrazując stopniowe poznawanie przez główną bohaterkę swoich nadprzyrodzonych zdolności. Nie mam zastrzeżeń; wszystko to udało Ci się zmieścić w prologu i dwóch rozdziałach, a mimo to nie mam poczucia, że akcja niesamowicie gna do przodu, a ja za nią nie nadążam. Tempo jest takie, jak być powinno.
W sumie zaskoczyła mnie tylko jedna rzecz: spodziewałam się, że część akcji ma miejsce w typowej, małomiasteczkowej szkole, gdzie wszyscy w jakimś stopniu się znają – chodzi mi o tę scenę rodem z „Carrie”, gdzie przez paranormalne wybryki Nikoli zawala się pół podstawówki – podczas gdy przez cały czas był to Kraków. Nie żeby to był jakiś kardynalny błąd, bo nie o to chodzi; brakuje mi po prostu tej informacji nieco wcześniej niż już na lotnisku, kiedy żegnamy to miejsce prawdopodobnie raz na zawsze (przynajmniej przez wszystkie kolejne rozdziały, jakie widnieją w tym momencie na blogu, bohaterka tam nie wraca). Wygląda to tak, jakbyś umiejscowiła tam początek opowiadania, ponieważ szybko potrzebowałaś jakiegoś miasta z lotniskiem. To jednak tylko drobna uwaga, bo pod względem nakreślenia tła jest naprawdę dobrze i mam wrażenie, że dowiedziałam się wszystkiego, czego na tym etapie powinnam.
Mimo że teoretycznie akcja ma miejsce w świecie równoległym, to na razie od naszego się specjalnie niczym nie różni – pomijając oczywiście istnienie różnego rodzaju istot nadprzyrodzonych. Podstawy mamy zatem dobre, co należy docenić o tyle, że w przypadku ff wiele osób idzie na łatwiznę i ogranicza opisy znanego już czytelnikom świata.
Przechodząc do fabuły, muszę zacząć od tego, że jest ona najsłabszą składową Twojego opowiadania, przynajmniej jak na razie. W żaden sposób nie zamierzam tu nawiązywać do sposobu przedstawiania istot fantastycznych i ich umiejętności, bo zakładam, że to akurat zaczerpnęłaś z „Darów anioła”. Chodzi mi raczej o to, jak postanowiłaś przenieść dwunastoletnią krakowiankę do samego centrum Nowego Jorku bez pomocy dorosłych, żeby poznała swojego brata i jego magiczną świtę. Nie mam pojęcia, jak poprowadzisz dalej akcję, bo dopiero zdążyłaś zarysować świat i o rozwinięciu fabuły nie może być mowy, ale już pojawiło się kilka elementów o zupełnie różnym wydźwięku. Histeria Nikoli po przypadkowym, ale jakże efektownym zniszczeniu szkolnej dyskoteki, jest jak najbardziej uzasadniona. Za wiarygodną można uznać także ucieczkę z domu – w porządku, Nikola pewnie jest osobą, która z premedytacją zabrałaby 90% zawartości lodówki ze sobą, jednocześnie uznając, że rodzicom nie warto zostawiać liścika pożegnalnego (lub chociaż wyjaśniającego zajście i opuszczenie rodzinnego gniazda). Aha, to akurat najmniej ważna kwestia, ale muszę po prostu o niej wspomnieć: zaraz po zrobieniu kanapek dziewczyna wrzuca je do plecaka, a że ta pierwsza czynność opisana jest dość dokładnie, to z braku jakiejkolwiek informacji o tym, że je w cokolwiek zapakowała, wyobraziłam sobie, że wrzuca je luzem. Pewnie owinięcie ich w jakiś papier śniadaniowy powinno być w domyśle i większość osób nie zwróci na to uwagi, ale cóż – sama zdecyduj, czy powinno się tam znaleźć jakieś dodatkowe zdanie.
Wracając jednak do mojej poprzedniej myśli, zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego zamiast do kogoś zaufanego, dziewczyna wybiera się akurat na dworzec, a gdy wiatr przywiewa w jej stronę kartkę z zaproszeniem na przyjęcie w Nowym Jorku, ta automatycznie podejmuje decyzję o wybraniu się tam. Dwunastolatka, zupełnie sama, do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej!
Już sam sposób, w jaki zdobyła bilet lotniczy, wydaje mi się mocno naciągany, ale od biedy można go uznać za dobry o tyle, że jakoś sygnalizuje, że Nikola powoli uczy się kontrolować swoje magiczne moce (lub sygnalizuje wpływ Bane’a zza oceanu; trudno mi powiedzieć). Mimo wszystko wolałabym, żeby trochę się pomęczyła z jego zdobyciem (brat też by mógł, jeśli tak mu zależy na jej deportacji – bo później okazuje się, że mu zależy). Tymczasem piętnastominutowy stres zostaje nagrodzony otrzymaniem do ręki biletu. Zapewne to jakaś magiczna siła Nikoli, ale nie mam pojęcia, na jakiej zasadzie ona działa – sytuacja sprzed paru godzin pokazywała raczej jej brak doświadczenia w zabawach z czarami i niekontrolowane podpalanie przedmiotów dłońmi. Naprawdę trudno mi ocenić zgodność z kanonem w tej scenie, ale fabularnie nie było to zbyt atrakcyjne.
Później mamy dość długi opis perypetii związanych z lotem samolotem, dzięki czemu krok po kroku poznajemy działania bohaterki. W tym momencie należy pochwalić płynność akcji – czytelnik nie będzie się czuł zagubiony ani na chwilę, bo jest jasne, co się dzieje, a język, którego używasz, jest prosty i bardzo precyzyjny. Trochę gorzej na tym tle wypada natomiast logika, i to nie nawet przy samym opisie lotu. Zaczyna się dość normalnie: Nikola zdobywa bilet niecałe dwie godziny przed odlotem (odprawa przy lotach transatlantyckich rozpoczyna się trzy godziny przed odlotem, kończy czterdzieści pięć minut przed), potem kupuje sobie plecak, od razu przepakowuje do niego wszystkie rzeczy, następnie jednak olewa odprawę i idzie coś zjeść, co jej chwilę zajmuje; w efekcie zbiera się dopiero przy komunikacie o ostatniej chwili na przybycie na odprawę. I to mi się podoba – jest niezorganizowanym dzieckiem, a jednocześnie bardzo rozgarniętą osobą. Później następuje pierwszy zgrzyt:
„Wygrzebała z torby dwie kanapki i sięgnęła po termos wypełniony ciepłym kakaem” – pasażer samolotu może mieć przy sobie posiadać pojemniki z płynami, ale pojedynczy może mieć maksymalnie 100 ml objętości, więc ostentacyjne picie czegokolwiek z termosu mogłoby źle skutkować, nawet jeśli z jakiegoś powodu udało jej się przemycić to ciepłe kakao. Poza tym wydaje mi się, że w kieszeni bluzy przez cały czas miała scyzoryk taty – podczas odprawy bramki zaczęłyby pikać, gdyby z nim przechodziła, a o tym nie wspominałaś. Największy zgrzyt następuje jednak tutaj, po trzech gwiazdkach:
„Tymczasem Nikola siedziała już w samolocie lecącym do Nowego Jorku. Powiedziała, że leci do swoich wujków i że rodzice o tym wiedzą”.
Uwielbiam ludzi, którzy sprawdzili jej paszport, pozwolili przejść ze scyzorykiem i piciem do samolotu. Tak, uwielbiam polskich pracowników lotniska, niemniej rozśmieszyło mnie, że nikt się tak głupim tekstem nie przejął; brzmiałoby to przecież co najmniej podejrzanie.
Potem jest mniej płynnie – jakiś kantor, jakieś zakupy i wystrojona w skórzaną kurtkę, botki (chyba na wysokim obcasie) i czarną skórzaną miniówę dwunastolatka idzie na spotkanie z przeznaczeniem. Muszę przyznać, że ten fragment mi się nie podoba. Po wylądowaniu Nikola zaczyna mówić po angielsku i to chyba odbiera jej zdolność logicznego myślenia, bo zamiast przestraszyć się tym, że właśnie podjęła dość ryzykowną decyzję, wielkim obcym miastem i dziwną sytuacją, w jaką się wpakowała, po prostu idzie na ZAKUPY. Chyba po to, żeby po prostu się czymś zająć i zapomnieć o tym, że może mieć spory problem, ale traci tym samym pieniądze, za które mogłaby kupić bilet powrotny. Potem już tylko udaje się do tajemniczej posiadłości, kierowana intuicją, jakimś niejasnym przeczuciem i takie tam. Trochę to jednak głupie z jej strony, że ubrana tak wyzywająco dzwoni do drzwi jakiegoś mieszkania i pozbawiona refleksji po prostu idzie za gospodarzem, który okazuje się dość ekstrawagancko ubranym młodym mężczyzną.
Na szczęście wszystko się układa, bo Bane nie okazuje się szalonym gwałcicielem, który wysyła dzieciom zaproszenia do swojego domu w Ameryce, a jej przyrodnim bratem. Tutaj pierwszy raz przedstawione są stworzenia inne niż ludzie i wszystko wskazuje na to, że zacznie się nowy wątek, gdzie będziemy mogli zapomnieć o logice z naszego świata. Ostatni rozdział jednak koncentruje się właściwie tylko na rozmowie z Bane’m, z której bohaterka dowiaduje się wiele o swoim pochodzeniu i zdolnościach; tu kończy się fabuła, która, jak już mówiłam, dopiero zaczyna się rozwijać.
Podoba mi się, że starasz się uwiarygodnić sytuację nie tylko za pomocą przemyśleń Nikoli w danej sytuacji, ale również przez reakcję otoczenia – na przykład scena z taksówkarzem, który podejrzliwie spoglądał na samotne jadące na lotnisko dziecko (bardziej spostrzegawczy niż obsługa lotniska), czy rozważania koleżanki głównej bohaterki na temat jej tęczówek.
Zresztą sama Nikola nie jest zła, bo ma charakter, może jeszcze nie do końca sprecyzowany, ale już na obecnym etapie można sporo o niej powiedzieć. Po pierwsze – jest bardzo zaradna jak na dwunastolatkę, a mimo to popełnia typowe dla swojego wieku błędy, wynikające może nie tyle z głupoty, co z braku doświadczenia. Ma zainteresowania, które stara się rozwijać, kombinuje, co zrobić ze swoim życiem i nie czeka na księcia, który ją uratuje – sama bierze sprawy w swoje ręce (co na tle dzisiejszych opowiadań jest dość rzadką zaletą). Niezbyt spodobała mi się w scenie, gdy dowiedziała się, że ma ciekawe korzenie.
„Jesteśmy pół demonami, urodzonymi przez gwałt popełniony na kobiecie przez demona. Dzieje się to albo wbrew woli człowieka, albo demon przybiera postać męża czy kochanka” – nie dość, że dowiaduje się o tym, że jej ojcem nie jest ten, którego do tej pory podejrzewała, a jakiś demon, to jeszcze za chwilę słyszy z ust Magnusa słowa „zabiłem swoich rodziców”. Nie wiem, jak  je interpretować, bo chyba właśnie dowiedziała się, że zabił jej ojca. Najgorsze są jednak te dwa fragmenty:
„- Rzadko kiedy jeden demon decyduje się zgwałcić dwie kobiety, dlatego czarowników na świecie jest tak mało. Naszemu... ojcu - Bane wypowiedział to słowo z widoczną pogardą - było jednak chyba zbyt mało rozrywki”.
„Dziewczyna poczuła też irracjonalną złość na matkę, za to, że nie zwróciła uwagi, z kim śpi. Czuła jednak w głębi serca, że nie powinna obwiniać o to matki. To przecież tak naprawdę nie jej wina, a demona” – nie ma to jak obwiniać matkę, że została ofiarą gwałtu. Rozumiem, że bohaterka może dość dziwnie czuć się pod wpływem tych wszystkich rewelacji, ale ciężko znaleźć w tym zarzucie logikę. Bane mówi jej, żeby się nie martwiła, bo nie miała na tę sytuację wpływu, a z ust Nikoli lecą kolejne oskarżenia:
„- Ale moja matka miała! Dlaczego nie powtrzymała tego demona? 
- Mówiłem ci już, że mogła nawet nie wiedzieć, że to demon. Jeśli przybrał postać jej męża, to w jaki sposób miała go rozpoznać? - zauważył Bane. Miał rację, ale Nikoli łatwiej było obwiniać matkę o to, kim jest” – muszę: śmieszne, że na takie tematy wypowiada się dwunastolatka, która w stroju pretty woman wybrała się do obcego mężczyzny w obcym kraju, żeby u niego nocować po wydaniu prawie wszystkich oszczędności. Nie wie wiele o ostrożności, choć jej akurat krzywda się nie stała.
Nie mam pojęcia, dlaczego główna bohaterka wyraża się o matce w ten sposób, ale być może reakcja matki na zniknięcie córki ma coś na rzeczy – skoro po tylu godzinach nawet nie próbuje się z nią skontaktować, to nie wydaje się wyjątkowo troskliwym rodzicem.
Jakie by to podejście Nikoli nie było kontrowersyjne, to również tworzy jej charakter. Znamy też mniej więcej jej wygląd i muszę powiedzieć, że to dość dobrze wykreowana postać, przynajmniej w przeciwieństwie do każdego innego człowieka-taksówkarza, który pojawia się gdzieś w tle. Dobrze natomiast, że cokolwiek mówisz nawet o tych najbardziej epizodycznych bohaterach.
Bane’a oceniać nie będę – całe życie myślałam, że to ten brzydki łowca nagród z „Gwiezdnych wojen”, ale okazał się panem w Twoim nagłówku – i ogólnie mogę o nim powiedzieć bardzo niewiele; zachowuje się dość sztucznie i drętwo, po spotkaniu z Nikolą zaczyna snuć opowieść o tym, kim ona naprawdę jest i jakie ma zdolności, a sam nie przejawia żadnych cech charakteru. No, wiadomo przynajmniej, że jest bogaty i może nawet przystojny, chociaż mnie osobiście opis jego wyglądu odrzucił. W jego przypadku mam wrażenie, że zawiniło wprowadzenie postaci z kanonu, w przypadku której zakładasz, że czytelnicy już ją znają.

Z poszczególnymi technicznymi kwestiami jest nie najlepiej. Nie mówię, że się nie starasz, bo w oczy rzuca się wręcz ogromna staranność dotycząca sposobu przedstawiania akcji; chwilami wręcz z tym przesadzasz.
Dialogi są poprawne, ale właściwie nie można o nich poza tym powiedzieć wiele dobrego; nie zawsze wypadają naturalnie, a wręcz sztucznie i widać po nich, że brakuje Ci jeszcze doświadczenia w pisaniu. Po pewnym czasie powtarzający się schemat, którego używasz do zapisu w większości przypadków, zaczyna męczyć, ponieważ ciągle korzystasz z tych samych konstrukcji; dodatku widoczny jest brak równowagi pomiędzy wypowiedziami, zachowaniem rozmówców i tłem konwersacji. Przeszkadza mi, że prawie zawsze dopowiadasz coś do kwestii postaci (że stwierdziła, że zaprotestowała, że oświadczyła bądź wykonała jakąś czynność), podczas gdy prawie zawsze wypowiadają się naraz dwie osoby i przy dłuższej wymianie zdań takie rozwiązanie jest bardzo niepraktyczne, bo taki zabieg stosowany bez potrzeby zaburza płynność. Wciąż pojawiają się imiona postaci uczestniczących w rozmowie i chociaż faktycznie nie da się pomylić, kto wypowiada daną kwestię, to dochodzi to w pewnym momencie do przesady, kiedy w dłuższych fragmentach w nieskończoność pojawia się Nikola/Kinga/Nikola/Kinga/Nikola/Kinga...
Poza tym nadal używasz dywizów (-) w miejsce pauz (—), co mnie trochę dziwi, a czasowniki użyte w dialogach wydają się czasem mało adekwatne, tak jak wtedy, gdy Kinga protestuje, mówiąc „ale to tylko rysunek”.
„- Myślałam, że idziesz dziś na szkolną dyskotekę - odparła dziewczyna, która chodziła do innej szkoły niż Nikola” – to jeden z momentów, gdy niewiele znacząca informacja zostaje wtrącona do dialogu; nie jest to najlepsze rozwiązanie, bo tracisz na płynności, a naprawdę mam wrażenie, że nie potrzebuję wiedzieć o tym, że ktoś chodził do innej szkoły.

Opisy nie są złe, jest ich całkiem dużo, ale pewne problemy sprawiły, że ciężko nazwać je dobrymi i mam do nich kilka uwag. Po pierwsze wszystkie wyglądają podobnie, jakbyś nauczyła się jednej konstrukcji i korzystała z niej przez cały czas; z tego powodu opowiadanie przypomina chwilami szkolne wypracowanie. Po drugie uwielbiasz kolory; w porządku, ale to jednak nie znaczy, że w każdym opisie powinnaś wymienić ich kilkanaście! Koncentrujesz się głównie na nich i to nie jest samo w sobie złe – problem w tym, że kolory przedmiotów dookoła bohaterki to praktycznie jedyny opis otoczenia w wielu fragmentach. Większość z nich byłaby całkiem w porządku, gdyby dodać choć jedną inną cechę dotyczącą wyglądu, albo nie powtarzały się ciągle te same konstrukcje, a teraz niektóre opisy wyglądają naprawdę dziwnie:
„Po kilku minutach Nikola wyjęła z szafki wskazanej przez Magnusa zielony, delikatny ręcznik, i podeszła do dużej, białej wanny” – ten opis jest chyba najbardziej kuriozalny. Mamy tu przymiotnik + przymiotnik (określenie koloru) + rzeczownik dwa razy obok siebie, co nie wygląda za dobrze. To w kwestii konstrukcji; teraz przejdźmy do kolorów:
„Kindze przerwało dopiero rozpoczęcie lekcji, kiedy to razem z Nikolą i wszystkimi dziewczynami z klasy weszła do szatni z niebieskimi ścianami oraz ławkami ustawionymi wzdłuż nich. Nikola powiesiła swoją czerwoną torbę na jednym z nielicznych nieurwanych wieszaków i wyjęła z niej strój do ćwiczeń - krótkie spodenki w tej samej barwie, co torba oraz białą koszulkę. Obok niej Kinga, która niedbale wsunęła swój plecak pod ławkę, ubierała się już w czarną bluzkę oraz dresy o tym samym kolorze”.
„Bo jej koleżanka, zazwyczaj ubrana w dość kolorowe ciuchy, miała na sobie ciemne jeansy i bluzkę w odcieniu burgundy. Najdziwniejsze były jednak właśnie ciemne okulary, zakrywające oczy brunetki. (...) Owinęła się szczelniej nowym, białym płaszczykiem i podeszła do Nikoli, stukając przy tym swoimi wiązanymi nad kostkami koturnami w tym samym kolorze”.
Za bardzo skupiasz się na kolorach strojów. Zdecydowanie za bardzo – można przecież podkreślić fakturę materiału, nietypowe dodatki, kształty, cokolwiek, a nawet zostawić gdzieniegdzie miejsce bez jakiegokolwiek przymiotnika. Takie monotematyczne podejście do opisów jest trochę nużące dla czytelnika.

Tu mamy wyjątkowo nieudaną zbiorową histerię:
„- Aaa! Wiedźma, wiedźma! - wrzasnął rudowłosy, niski chłopak w za dużej, czarnej bluzie.
- Wiedźma, pomocy! - zawtórowała mu mała dziewczynka z jasnymi warkoczykami, ubrana w czerwoną sukienkę w białe groszki”.
Wyjątkowo nieudaną głównie przez nadmiar przymiotników. Trochę psuje to ogólne proporcje akapitu, który powinien koncentrować się na reakcjach ludzi, a nie na ich wyglądzie. Oczywiście popieram stosowanie epitetów, ale raczej mimochodem, by czytelnik mógł sobie sytuację mniej więcej zobrazować, a nie tylko na tym skupiać. W przytoczonym fragmencie te szczegóły wydają się zupełnie zbędne.
A tak poza tym wyszło całkiem zabawnie – to na plus.

Opisy magicznych kolegów:
„Miał na sobie błyszczącą, rozpiętą, fioletową koszulę i granatowe jeansy z poszarpanymi nogawkami. Jego powieki były w tym samym kolorze, co koszula, a umalowane usta świeciły się na złoto, tak samo jak jego oczy. (…) Dziewczyna dostrzegła, że każdy paznokieć Bane'a ma inny kolor i na każdym jego palcu znajduje się pierścień. W jednym z uszu mężczyzna miał kolczyk w kształcie błękitnej kropli wody”.
„Gdy Nikola szła za Bane'm w kierunku jakichś jaskrawozielonych drzwi, została potrącona przez kobietę o długich, srebrnych włosach i zielonej skórze, której uszy były lekko szpiczaste, zaś ubrana była w białą jak śnieg suknię. Przy jednej ze ścian Nikola ujrzała trójkę czarnowłosych mężczyzn popalających papierosy i prawie krzyknęła, gdy jeden z nich wyszczerzył do niej białe, ostro zakończone kły”.
Naprawdę nie widzę powodu, by w jednej chwili przedstawiać każdy detal stroju dziwnych, nowo poznanych istot – to mimo wszystko postacie dopiero co wprowadzane, czytelnik zaraz o nich zapomni. Lepiej byłoby je zarysować w paru słowach, a skupić się na jakichś drobnostkach nieco później, gdy Nikola będzie dostrzegać coraz to więcej dziwnych elementów. Rozumiem natomiast wtrącenie o nietypowym kolorze skóry i włosów jednej z kobiet, bo na pewno dla kogoś, kto czegoś takiego w życiu nie widział, byłoby to czymś niezwykłym i rozumiem, że dziewczyna zwróciła na to uwagę; ten drugi opis wcale nie byłby tak zły, gdyby nie to, że znów jest skoncentrowany prawie tylko na kolorach. W tej formie też nie byłby co prawda najgorszy, ale tylko wtedy, gdyby wcześniej nie było milionów barw dookoła na każdym milimetrze sześciennym w pomieszczeniu.
Dziwi natomiast nagłe i dokładne przedstawienie elementów raczej dobrze znanych bohaterce, takich jak jej własna matka:
„W ostatniej chwili wyskoczyła, bo drzwi już się otworzyły i ukazała się w nich twarz jej mamy - szczupłej kobiety o pociągłej twarzy, po której Nikola odziedziczyła kolor włosów”
Zupełnie tak, jakby to rzeczywiście była jakaś kobieta o pociągłej twarzy, którą ta widzi pierwszy raz w życiu.
Twój styl ma także parę przeszkadzających w czytaniu wad, które zapewne również wynikają z braku doświadczenia i myślę, że z czasem będzie Ci coraz łatwiej pisać długie, spójne i przede wszystkim płynne teksty. W „Siostrze czarownika” bardzo często używasz wielu zdań pojedynczych pod rząd, które ciężko się czyta, a kiedy już pojawia się jakieś złożone, jest na tyle długie i pokręcone, że trzeba przeczytać je kilka razy, żeby się w nim połapać.
Poza tym, to już na koniec: nie podoba mi się, że czasem jako synonimu do imienia danej postaci używasz określeń typu „brunetka”, naprawdę źle to wygląda.

Błędy

Wiem, że kiedyś oceniałam już Twojego bloga i zwracałam Ci uwagę na to, byś nie pisała dialogów od dywizów, więc nie będę się powtarzać, ale czytelność znacznie traci na jakości z ich powodu. Zwłaszcza że robisz gdzieniegdzie akapity – czasami przed wypowiedzią, a czasami jakby specjalnie nie.

„Obie dziewczyny siedziały na kamiennym murku znajdującym się na szkolnym dziedzińcu. Wokół nich zieleniła się, jeszcze tak niedawno przysypana białym puchem” – ale co się zieleniło? Rodzajnik nie pasuje do dziedzińca (zgubiłaś trawę?).

„Tak naprawdę nie było tych brązowych kropeczek tak dużo, lecz brunetka wiedziała swoje i zawsze korzystała z okazji, aby się opalić, przez co piegi stawały się nieco mniej widoczne” – chyba nie jesteś z tych, co latem unikają słońca, by nie mieć piegów… Jeśli Nikola już je miała i jej nie odpowiadały, to raczej nie wystawiałaby się na promienie UV, żeby zrobiło się ich więcej.

„Podejrzewała, że gdzieś wśród jej przodków był ktoś zagranicznego pochodzenia, prawdopodobnie ktoś z Turcji lub Azji” – Turcja przecież też leży w Azji. Lepiej byłoby napisać o pochodzeniu „tureckim lub arabskim” czy o kimś „z Turcji lub Bliskiego Wschodu”; bo chyba to miałaś na myśli.

„(...) jak jeszcze na początku nauki przed ten okropny hałas wypuściła z rąk drugie śniadanie” – przez.

„. No, może poza głosem nauczycielki matematyki, przez której głos, zdaniem Nikoli, nawet muchy zasypiały w locie” – powtórzenie nie wygląda zbyt dobrze, lepiej byłoby napisać po prostu „przez który”.

„Uważnie przyjrzała się postaci. W jednym z jego uszu tkwiły dwa małe kolczyki” – straszny błąd to to nie jest, ale znienacka zmieniłaś rodzajnik.

„Te dwie lekcje upłynęły już Nikoli bez żadnych przygód, i ona sama powoli zapomniała o rysunku, który zrobiła na matematyce” – zbędny przecinek przed „i”.

„Oczywiście, może pożegnać się z radiem, które wyglądało, jakby się spaliło” – źle wyglądu tu ta zmiana czasu.

„- Hej, co porabiasz? - spytała wesoło Iza, młodsza o pół roku blondynka mieszkająca w domu tuż obok Nikoli. Była wesołą osobą pełną charyzmy”.

„Mimo sportowej pasji i treningów prawie każdego dnia, dziewczyna była odpowiedzialna zawsze znajdywała czas na zabawę ze swoimi pupilami i świetnie o nie dbała” – zamiast pierwszego czerwonego „i” powinien być przecinek, choć wydaje mi się, że to niezamierzone powtórzenie; zdanie brzmi niezbyt dobrze.

„Idealnie lawirowała między basenem, tenisem i jazdą konną a spacerami z psem i kotem i dbaniem o mieszkanko chomika” – straszny nadmiar „i”; widać to nie tylko tutaj, więc radziłabym używać różnych spójników i tak układać zdania, aby uniknąć takiego powielania.

„- Musimy się spotkać - od razu powiedziała Nikola” – „powiedziała od razu”.

„- Zdążę, a to, co chcę ci pokazać, jest ważniejsze niż dyskoteka - stwierdziła brunetka” – „stwierdzenie” średnio pasuje do wymuszania jakiejś reakcji. „Przekonywała”? Albo po prostu „oznajmiła”…

„Nikola podeszła do biurka i podniosła szczątki radia, które właściwie wcale radia nie przypominały, które były stopione, jakby dotknęły ognia” – dziwna składnia.

„- Cześć! To idziesz na tą dyskotekę? - rozległ się głos Kingi” – „rozległ” powinno się zaczynać wielką literą. Do tego mam wątpliwości, czy „tą” jest zamierzone.

„- To ja będę lecieć - stwierdziła Iza, która z niewiadomego powodu zrobiła się nagle dziwnie przestraszona, i założyła swoją jeansową kurtkę, po czym żwawo udała się w stronę drzwi, zerkając co chwila zza ramienia na brunetkę, a tymczasem Nikola, nie zwracając uwagi na niecodzienne zachowanie koleżanki, pobiegła do łazienki, aby się uczesać i zrobić lekki makijaż” – to jest jedno zdanie i dowód na to, że musisz popracować nad płynnością tekstu.

„Nikola zerknęła na budził stojący na regale” – budzik.

„Nie musiała się martwić o to, że jej fryzura zostanie zaburzona” – zburzona.

„Nie uważała przy tym, i cicho zaklęła, gdy potknęła się o jakąś dziurę” – zbędny przecinek przed „i”.

„Ktoś mógłby pomyśleć, że w dwudziestym pierwszym wieku ludzie nie potępiają innych za oryginalne oczy. I nastolatki - a przynajmniej ich większość - tolerowałyby tą odmienność, a może nawet by ją akceptowały, ale na pewno tak tolerancyjni nie byliby starsi, wychowani w dwudziestym wieku ludzie” – z tego wynika, że osoby mające ponad dwadzieścia lat to ludzie starsi. Do tego mam pewne wątpliwości, bo oczy nie są po prostu „odmienne”, a w ogóle niespotykane; tu nie chodzi o tolerancję, a o strach, że ktoś właśnie zamienił się w węża i mamy do czynienia z paranormalnym zjawiskiem.

„(...) zaś tata dziewczyny był strażakiem, i najwyraźniej wezwali go do pracy właśnie teraz”

„Nie miała pojęcia, co zabiera się ze sobą, uciekając z  domu” – wielka przerwa po „uciekając z”.

„Chwyciła biały t-shirt z ognistym napisem co mnie nie zabije... niech lepiej ucieka oraz czerwone, ciepłe legginsy i pobiegła do łazienki. Po trzech minutach wyszła i do kieszeni czarnej bluzy obitej miękkim futerkiem włożyła komórkę”

„Dziewczyna sięgnęła po nóż i ukroiła kilkanaście kromek chleba z zamiarem zrobienia kanapek. Wyjęła z lodówki masło, dżem wiśniowy, wędlinę, ser, ogórka i dwa pomidory. 
Zerknęła na zegar. Zrobienie kanapek zajęło jej niecały kwadrans, wybiła osiemnasta. Niebawem mogą wrócić rodzice, Nikola wsypała kanapki do plecaka”

„Zamówiła trzy naleśnika z dżemem” – naleśniki.

Pojawia się informacja, że Nikola ma w portfelu ponad dwa tysiące złotych; nie wiem, jak to się ma do prologu, w którym dowiadujemy się, ze dostaje dziesięć złotych tygodniowo i „wszystkie jej wydatki mieszczą się w tej granicy”. Czyli... albo musiała jednak nie wydawać ani złotówki od siódmego roku życia, albo dostaje kupę pieniędzy na różne okazje, a jednak dziwi się koleżance, której nie wystarczają sumy otrzymywane od rodziców.

„Mężczyzna niewątpliwie miał azjatyckie pochodzenie, widać było to po kształcie jego oczu oraz ogólnych rysach twarzy. Nikola czuła jednak, że na pewno nie jest w pełni Azjatą. Jego skośne oczy miały w sobie coś, co nadawało mu wygląd Amerykanina” – nie bardzo rozumiem; wyglądał na metysa z rodziny anglosasko-azjatyckiej? Ja nie wiem, jak można z czyichś oczu wyczytać pochodzenie z bardzo niespójnego etnicznie, wielokulturowego kraju zamieszkiwanego przez imigrantów z całego świata.

„Nie po raz pierwszy ponosiła konsekwencje swoich czynów, lecz po raz pierwsz n konsekwencje mogły być aż tak duże”

„Nie minęło wiele czasu, a Nikola wysiadła już z samolotu i odebrała swój bagaż - na szczęście, nienaruszony” – zbędny ostatni przecinek.

„- Doskonale. - Na twarzy policjanta pojawił się złowrogi uśmiech.  - Chodź.  Będziesz zeznawać na komendzie - powiedział, po czym zwrócił się do dziewczynki z warkoczykami: - ty też chodź. Twoi koledzy również” – dwie ogromne przerwy złożone ze spacji.

„Nic im nie powiedziała, będą się martwić... może by tak do nich zadzwonić?” – z samolotu? Brzmi to tak, jakby zastanawiała się, czy nie wyciągnąć telefonu i nie zadzwonić.

„Że jest czternasty październik” – października.

„Ponad dzień został do przyjęcia, na którym być może odnajdzie tajemniczego mężczyznę z rysunku” – to tak, jakby miało się odbyć następnego dnia, a nie wieczorem.

„Rozejrzała się, po czy, podeszła do jakiegoś chłopaka, na oko gdzieś siedemnastoletniego.
- Excuse me, what time is it? - spytała. Siedemnastolatek zerknął na komórkę” – po czym (bez przecinka); poza tym skąd ta pewność, że chłopiec faktycznie miał siedemnaście lat?

Policzmy: Nikola wylatuje z Krakowa o godzinie dwudziestej drugiej czasu polskiego letniego. Leci do Nowego Jorku bez przesiadek, a więc zajmuje jej to około dziewięciu godzin, po drodze zaliczając strefę czasową, więc zegarek powinna przestawić o sześć godzin do tyłu. Zaraz po wylądowaniu niespodzianka: przechodzień mówi, że jest piąta rano.
Wiemy, że z bagażem uwinęła się dość szybko („Nie minęło wiele czasu, a Nikola wysiadła już z samolotu i odebrała swój bagaż”), więc wydaje mi się, że lot trwał nieco za długo; tymczasem dotarłaby około pierwszej w nocy.

„Zamówiła spaghetti bolosagne - oczywiście, po angielsku” – trochę nie rozumiem tego wtrącenia, ale „bolognese”.

„Nikola cieszyła się, że tu nikt nie zwraca uwagi na jej odmienne oczy - widać takie rzeczy były w Nowym Jorku codziennością, tak, jak w Krakowie były nią kolczyki w uszach i karmienie gołębi na ulicach” – uwielbiam to, że karmienie gołębi to wynaturzenie na równi z demonicznymi oczami, ale w sumie w Krakowie rzeczywiście się zgadza... Nikt nie lubi tych plugawych, grubych, latających beczek ze skrzydłami.

„W końcu jednak, z jednego ze sklepów wyszła z czarną, krótką spódniczką, skórzaną kurtką o tym samym kolorze oraz krwistoczerwoną koszulą. Pasujące buty znalazła szybciej, bo już w sklepie obok na witrynie postawione były wysokie, czarne botki” – swoją drogą, botki mają to do siebie, że są krótkie. Chodzi o wysoki obcas?

„W przedsionku, w którym śmierdziało kocią karmą i czymś jescze, jedynym źródłem nikłego światła była żarówka wisząca na sznurku”.

„- No, no - powiedział, ku zdumieniu Nikoli, po polsku, chociaż z lekkim angielskim akcentem” – chyba amerykańskim? W każdym razie po akurat takiej wypowiedzi (no, no) ciężko byłoby wywnioskować, że ktoś mówi po polsku.
„Skoro mieszkasz w Anglii, to dlaczego gdy mnie zobaczyłeś, odezwałeś się po polsku? Skąd wiedziałeś, że to stamtąd jestem?” – przed chwilą byli w Nowym Jorku...
Po tych dwóch fragmentach mam wrażenie, że zapomniałaś czegoś dopowiedzieć. Nic nie wiem o Anglii i angielskim akcencie, a może jako czytelnik powinnam?

„- Wchodź i chodź za mną, chyba, że zamierzasz tak stać z otwartymi ustami” – chyba że (bez przecinka).

„Nikola dopiero teraz uświadomiła sobie, że ms uchylone usta. Zarumieniła się lekko i szybko je zamknęła, po czym weszła za mężczyzną, który ruszył po. schodach w górę i gestem nakazał jej, by poszła za nim. Mieszkanie Bane'a było na samej górze wysokich i krętych schodów. Gdy Nikola w końcu tam weszła, zatrzymała się, zszokowana, i rozejrzała się” – mieszkanie było na górze schodów? Swoją drogą wtrącenie słowa „zszokowana” i oddzielenie go przecinkami jest może niezbyt dobre, ale wciąż poprawne; to jeden z bardzo nielicznych przykładów poprawnie postawionego przecinka przez „i” w całym tym tekście.

„Bane spojrzał na nią oczami bez wyrazu” – jak „spojrzał”, to można się domyślić, że „oczami”; zazwyczaj używa się „spojrzał bez wyrazu” i wszystko jasne.

„W pierwszej chwili dziewczyna pomyślała, że jest w swoim pokoju i to wszystko naprawdę było tylko realnym, zwariownym snem, ale gdy otworzyła zaspane oczy (...)” – zwariowanym i raczej „realistycznym”.

„W pierwszej chwili zamknęła oczy na wskutek światła” – raczej zamknęła je, bo ją raziło – na skutek (wpadającego) silnego światła, a nie ogólnie wskutek światła, które... jest?

„Czytasz = komentujesz. Naprawdę, to nie jest trudne. Napisz chciaż, czy rozdział Ci się podobał i co Ci się w nim podobało/nie podobało. Jeśli naprawdę nie umiesz kontruktywnie skomentować, wystarczy zwykłe ,,przeczytałam''” – „chociaż”, „konstruktywnie”, do tego niepoprawny cudzysłów. Do tego fragmentu mam też inne zastrzeżenie: wygląda jak rozkaz i na miejscu czytelnika wcale nie czułabym się zachęcona do zostawienia po sobie czegoś, skoro autor ma tak roszczeniową postawę.

Zdecydowanie rozwinęłaś się od czasu, gdy oceniałam Twojego poprzedniego bloga. Widać, że myślisz o tekście jako całości, a nie o miejscu, gdzie dopisujesz pomysły czy jakieś na bieżąco wymyślane anegdotki, a jak do tej pory, nie mam nic do zarzucenia konstrukcji. Tak samo mam wrażenie, że z Twoim stylem jest coraz lepiej, a to, co ciągle w jakiś sposób zgrzyta, jest łatwe do poprawienia.
Tekst czyta się ciężko jednak nie tyle ze względu na brak wprawy, co na to, że co i rusz pojawiają się literówki i błędy, których nie poprawiasz, mimo że ludzie wielokrotnie zwracali Ci na nie uwagę w komentarzach – to mnie trochę dziwi, bo z jakiegoś powodu namawiasz ich do zostawiania swoich opinii, a takie uwagi powinny pomagać Ci w pisaniu. Wiele błędów, które wypisałam, dałoby się łatwo poprawić, gdyby tylko przeczytać tekst drugi raz – na pewno nie miałabyś problemów z wyłapaniem większości rażących literówek, a te zdarzają się nader często. Niestety, z tego powodu odniosłam wrażenie, że Twoja praca nad tekstem kończy się w momencie opublikowania notki i głównie właśnie na tym traci „Siostra czarownika”, bo tekst z wierzchu niezły, sprawia wrażenie zaniedbanego przez to Twoje niechlujstwo.
W kwestii błędów rozpisałam się wyżej, ale podkreślę jedynie, że zdecydowanie za często stawiasz przecinki przed „i”, podczas gdy większość z nich trudno uzasadnić wtrąceniami. Opisy składają się na ten moment głównie z kolorów, co po jakimś czasie zaczyna drażnić, bo mimo że są dość obszerne, to ciężko na ich podstawie cokolwiek sobie wyobrazić.
Fabuła, która powinna być głównym czynnikiem decydującym o tym, czy tekst jest warty uwagi, dopiero się rozwija. Nie rzuciłaś czytelnika w wir wydarzeń, ale zrobiłaś dobre i dość ciekawe wprowadzenie; na chwilę obecną jednak właśnie ten wstęp stanowi większą część tekstu, który dałaś mi do oceny i po prostu nie mam pojęcia, co zamierzasz zrobić z tym dalej. To jest ten moment, w którym masz już podstawy, by napisać ciekawe opowiadanie o dziewczynie posiadającej nadprzyrodzone moce, ale nie wiadomo, co z tego wyniknie i trudno mi przez to doradzić Ci coś konkretnego – zgłosiłaś się za wcześnie, bym mogła szerzej porozmawiać z Tobą o świecie przedstawionym oraz o jego mocnych i słabych stronach.

Cieszy mnie oczywiście, że wstęp Ci się udał – wygląda na przemyślany – jednak od razu pojawiło się kilka dość poważnych problemów, natomiast sam styl może nie woła o pomstę o nieba, ale na pewno byłby lepszy, gdybyś go dopracowywała po napisaniu danego rozdziału. Biorąc pod uwagę wszystkie te wady i zalety tekstu, dostajesz ode mnie ocenę 2,5. Na pewno wystawiłabym Ci wyższą notę, gdybyś uporała się wcześniej ze wszystkimi łatwymi do poprawienia elementami, jednak ich ilość jest w tym momencie przytłaczająca. Swoją drogą, coś chyba mi skali brakuje na te oceny – trzecia z nieoficjalną „połówką” – tak zresztą je wpisuję na swojej podstronie…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy