niedziela, 11 maja 2014

10. Ocena lustro-zludzen


Uwaga: ocena skopiowana ze starej ocenialni
Dzisiaj bez części fabularnej (ta i tak pewnie opisywałaby upadające, płonące więzienie i krzyczących w środku więźniów, których zapomniano przed burzeniem budynku wyprowadzić), ale za to ze wstępem do czytelników.
Przez ostatnie dwa miesiące miałam naprawdę niewiele czasu, jednak sytuacja powoli zaczyna się zmieniać – a w dodatku niedługo zaczną się wakacje. Jestem w stanie zapewnić, że ocenię wszystkie blogi w mojej kolejce, choć póki co pozostanie ona zamknięta. Ocena bloga malcadicta-fantasy jest już prawie ukończona i ta prawdopodobnie również pojawi się na Gaolu, natomiast nie jestem pewna, gdzie zostaną umieszczone kolejne  ale gdzie bym się nie przenosiła, to uspokajam, że razem z obecną kolejką.

Rozpatrujący wniosek: Claudinella
Więzień: Shauu_ [lustro-zludzen]

Szablon nie jest przystosowany do różnych rozdzielczości, ale zawsze pozostaje czytelny. Mam tutaj na myśli przede wszystkim rozmieszczenie elementów, których położenie jest ustalone względem lewej krawędzi ekranu i nagłówek, który nie skaluje się do wielkości okna, jednak dzięki dobremu dopasowaniu do tła nie jest to szczególnie rażące. Jeśli chodzi o funkcjonalność i zakładki, to nie ma na co narzekać; wszystko na swoim miejscu i wiadomo, gdzie czego szukać.
Co do samego szablonu mam mieszane uczucia; z jednej strony chciałabym pochwalić dobór kolorów, obrazu w tle, ciekawe wkomponowanie napisu i całkiem przyjemny, jeśli mówimy o właściwej rozdzielczości, układ, a z drugiej – zupełnie nie rozumiem wyboru czcionek. Na samej stronie głównej mamy ich sześć, włączając w to wersje pogrubione. Zupełnie niepotrzebnie, według mnie wprowadza to tylko bałagan, potęgowany tylko przez różne niedoskonałości. Menu po lewej stronie jest prawie niewidoczne, zawartość ramek po prawej przydałoby się wyjustować, a rozwiązanie z przezroczystym tłem i odgraniczeniem ramki z notkami od reszty za pomocą trzech linii do mnie nie przemawia. Dla mnie wyglądają one tak, jakby autor nie mógł się zdecydować, jaki efekt chce osiągnąć, jak bardzo mają być widoczne i czy rzeczywiście mają coś odgradzać. Jeśli miałabym powiedzieć, co podoba mi się najmniej, to byłyby to właśnie te linie i to, że obraz został dokładnie ucięty, żeby nie widać było podpisu autora. Mam dziwne wrażenie, że nie został zapytany o zgodę.

Historia opowiada o… hm, właściwie jeszcze nie opowiada o niczym, bo jak dotąd na blogu pojawił się jedynie prolog i trzy rozdziały, dzięki którym mam mgliste pojęcie o świecie, jaki stworzyłaś, o wątkach, jakie chcesz przedstawić oraz o postaciach, o których prawie nic jeszcze nie wiem.
Najwięcej mam do powiedzenia w kwestii stylu, ale tym zajmę się zgodnie ze zwyczajem na końcu oceny. Na początek wspomnę tylko, że to główny powód, dla którego ciężko było mi płynnie przebrnąć przez opowiadanie, którego nie nazwałabym nieciekawym, ale za to nieco dłużącym się przez zupełnie zbędne w moim odczuciu sceny.
Pierwsza część fragmentu z kursywą w prologu mnie zaintrygowała, nawet jeśli nie jest to tekst szczególnie oryginalny czy dobry, natomiast druga zupełnie zawiodła. Spodziewałam się, że pociągniesz temat, a nie przeskoczysz nagle do negowania potrzeby nadziei na… coś i enigmatycznych stwierdzeń o nieoszukiwaniu się i strasznie ważnych rzeczach. Nie znam rytuałów religijnych, jakie opisujesz, ale skoro istnieją kapłani, to znaczy, że ludzie w coś wierzą. Jeżeli wierzą, to za obietnicę życia po śmierci albo po prostu uniknięcia nadchodzącej katastrofy oddadzą własne dzieci na rzeź, często bez mrugnięcia okiem. Nie przekonuje mnie też opisywanie nadziei jako „zamkniętego w pozytywce piękna” i nie wiem, o co chodzi w tym zdaniu: „To krzyczą kapłani, brodząc w krwi naiwnych niewiniątek” – dlaczego naiwnych? Prawdę mówiąc, wygląda to tak, jakbyś potrzebowała po prostu wstawić jakikolwiek przymiotnik i padło akurat na ten; później wielokrotnie mam wrażenie, że chcesz coś doprecyzować nie dla podzielenia się ważną informacją z czytelnikiem, a dla samego stworzenia bardziej rozbudowanego opisu – zwłaszcza gdy przymiotniki nie pasują do reszty akapitu.
Później również nie dowiedziałam się wiele więcej o religii w Twoim świecie; w komnacie cesarza pojawił się wprawdzie krzyż, ale nie wiem, do czego on służył – może był zwykłym ornamentem. Szkoda, bo znajomość realiów wiele wniosłaby do interpretacji tekstu przez czytelnika.
Podobnie nie mam pojęcia, czemu służy ta żartobliwa w zamierzeniu historyjka o Echo i dlaczego nawiązałaś do mitu o Narcyzie. W znanej nam historii to Narcyz zakochuje się w swoim odbiciu w tafli wody, ponieważ został ukarany za odrzucenie Echo; nie używa się tych imion zamiennie do opowiedzenia jednego mitu o człowieku usychającym z tęsknoty za własnym odbiciem. Rozumiem jeszcze samo nawiązanie, ale nie wiem, dlaczego odwołujesz się do wierzeń z naszego świata, umieszczając akcję swojego opowiadania w całkiem innym.
Zresztą ogólnie mam pewne problemy ze światem przedstawionym. Zacznijmy od tego, że, podobnie jak w przypadku dominującej w nim religii, nic o nim nie wiem, bo na razie informacji jest za mało, by z tekstu wyłonił się obraz spójnego, fantastycznego świata. Z tego, co opisujesz, wnioskuję, że pod względem politycznym przypomina średniowieczną Europę, jednak stylistyka, moda i pewne zdobycze technologiczne sprawiają, że bardziej pasuje do naszego baroku, czy nawet oświecenia (albo nowożytności w ogóle). W końcu pojawiły się takie cuda jak okulary (co nie dziwi w obliczu sugestii, że byle kamienice miały szyby w oknach, choć tego nie jestem pewna), a mieszczańskie dzieci rozrzucają wszędzie papier, guziki, wstążki, tasiemki i farbki (!). Nie chcę nic mówić, ale farby w tubach pojawiły się na rynku dopiero w drugiej połowie XIX wieku, co spowodowało rewolucję w sztuce (możliwość malowania en plein air, impresjoniści, koniec zamówień, sprzedajemy, co udało nam się nabazgrolić w czasie ładnej pogody; te sprawy). Wcześniej malarz musiał mieszać pigmenty na miejscu, a te były droższe, niesyntetyczne, więc nie była to zabawa dla zajęcia czymś całkiem małych mieszczan. Nie mówiąc już o tym, że dzieci to nie barbizończycy, z braku takich rzeczy nie umrą z głodu; powszechność farb w tubach wzrosła dopiero koło osiemdziesięciu lat temu, więc widzisz, jak bardzo ten drobny szczegół w postaci głupich farbek wpływa na świat przez Ciebie stworzony. Bo skoro mamy farbki, to chemia stoi na wysokim poziomie – w końcu znamy się na hydrogenizacji. Zatem trochę wstyd, że wszyscy biegają z mieczykami, podczas gdy lepiej byłoby się przestawić na broń palną, która była wynaleziona znacznie wcześniej, niż w ogóle zaczęto się zastanawiać nad uwodornianiem tłuszczów (to dopiero początek XIX wieku).
Możliwe, że wszystko dałoby się łatwo wyjaśnić, gdyby rola czarodziejów była lepiej znana czytelnikowi, jednak póki co jedyne, co można skomentować w tej kwestii, to Tamir, który chodzi i wzbudza sympatię. Nie potrafię ocenić, czy powinnam to wszystko traktować jako poważne niedociągnięcia czy coś, co wkrótce znajdzie uzasadnienie.
Rozczarował mnie jeszcze jeden tekst, który pokazuje, że nie za bardzo zastanawiasz się nad sensem tego, co piszesz:
„- Więc jak? Zgrabna jakaś, dobre biodra, mocne geny?” – GENY? Sugerujesz, że w tym świecie istnieje wiedza na temat GENETYKI?

Trudno mi się wypowiedzieć również na temat warunków życia i miejsca akcji (przyroda!) z powodu pewnego niejednoznacznego fragmentu:
„Były indycze udźce w ostrej panierce z małymi papryczkami i cytryną, były dwa duże kręgi sera, dzbany mleka i wody, sałatki z awokado, pieczone, kruche ciasteczka z miętą, bochny chleba, śmietana słodka i kwaśna. A w samym środku stał duży, wysmażony dzik z jabłkiem w paszczy, wokół którego kręciła się sałata, surowe warzywa i mnóstwo przypraw” – śmiem wątpić, czy aby miejsce, w którym żyją dziki i jedzą sobie jabłka, było tym samym, gdzie dobrze czują się drzewka z awokado i jakieś papryczki czy cytrusy. Import w takich warunkach do biednego, podrzędnego królestwa również nie wchodziłby w grę.
Dlaczego podrzędnego?
Córka Vincentusa, która niewątpliwie panną na wydaniu jest, podczas dość uroczystej uczty nosi „iskrzący się morskimi kolorami” diadem z białego złota. Coś zubożały ten ród królów czy książąt, skoro nawet na szczere złoto ich nie stać; w końcu białe złoto to złoto zawierające domieszki innych pierwiastków chemicznych.
Jednak co ciekawe, w pewnym sensie podejmujesz kwestię złota w pewnym fragmencie dotyczącym cesarza, co bardzo gryzie mi się z noszeniem przez niego korony z białej stali. Nie mógłby zamówić jakiejś porządnej, czy nosi taką z jakiegoś ważnego powodu? Zobacz tylko: „Teras. Mroźne Teras, cesarstwo, któremu lud dał kiedyś koronę, a który chce teraz ją zdjąć. Krwawa, bezlitosna tłuszcza umierająca z głodu i bezsilności na uliczkach i zaułkach, podczas gdy wyżsi od nich stanem toną w złocie, umierają z sytości, sypiają na atłasach, okrywają się jedwabiem”. Cesarz chyba się aż zanadto z ludem utożsamia, bo w złocie nie tonie.
Mam wrażenie, że nieświadomie stworzyłaś świat, w którym stalowa korona jest znacznie cenniejsza od złotej i świadczy o prestiżu władcy, ponieważ złoto każdy ma w ogródku i dzieci zamiast puszczać kaczki z kamyków, powinny wrzucać do jeziora złote samorodki, o które wszyscy się potykają. Wprawdzie powyższy fragment temu przeczy, ale takie nagromadzenie stalowych koron i diademów z białego złota w tekście najłatwiej byłoby mi wytłumaczyć w ten sposób.

Problem stalowej korony przypomina mi też, że wyposażyłaś księcia Vihaegara w białą zbroję łuskową, przez co czytelnik może dojść od wniosku, że po prostu za bardzo skupiłaś się na tym, jak co wygląda, a nie czy byłoby funkcjonalne i reprezentacyjne. Nie zastanawiasz się nad właściwościami materiałów, z których co zostało wykonane i potem mamy różne dziwne fragmenty:
„- Wasza wysokość? – pyta jeden, ubrany jak reszta w grafitowe zbroje” – grafitowe zbroje?
Radziłabym poważnie przemyśleć sprawę wprowadzanych do tekstu materiałów, bo często tu wychodzi na jaw Twoja niewiedza – wzbudzających wątpliwości fragmentów jest zbyt dużo, by można było je jakoś obronić.

Istnieje jednak znacznie poważniejszy problem, który niestety bardzo mnie zniechęcił do czytania: kompletnie nie obchodzi Cię, kto nosi jaki tytuł. A różnica między księżniczką i królewną jest taka jak między księstwem a królestwem; nie można używać tych pojęć zamiennie. Jeśli nazywasz dzieci króla księżniczkami i książętami, to warto odnieść się do danych rejonów w obrębie królestwa, krain geograficznych – zawsze to jakieś dodatkowe informacje, które pomogą lepiej wyobrazić sobie świat, a skoro już używamy tego tytułu, to warto wymienić konkretne miejsca. Brak informacji na temat jednostek administracyjnych bardzo przeszkadza, bo wygląda to tak, jakby nie było istotne, kto ma jaki tytuł w państwie i jakbyś używała pojęć „księżniczka” i „królewna” zamiennie, nie zastanawiając się, z jaką władzą się one wiążą – a o tym na pewno dzieci króla by myślały.
Dobiło mnie również to, że Vincentus dał swojej pijanej teściowej wrzeszczeć naprawdę ohydne rzeczy na temat wnuczki i paru innych osób, w tym na temat króla (?) Cypriana, który chciał wydać swoją córkę za Aatosa.
„Z takim królem obok też bym wydała jak najszybciej córkę, póki ojciec jej nie rozdziewiczy! Bo każdy dobrze zna skłonności Cypriana gdy ten sięgnie po antałek…” – serio? Vincentus naprawdę pozwolił jej wrzeszczeć o tym, że władca sprzyjającego im królestwa, z którym zamierzają zawrzeć sojusz przez małżeństwo dzieci, ma skłonności do alkoholu i dobierania się do córki? Swoją drogą ten drugi zarzut jest co najmniej dziwny; tu jeszcze nie wiadomo, jak zły jest Cyprian, a to, że lubi brutalne gwałty zbiorowe, nie oznacza, że zaraz zgwałci córkę i w ten sposób pozbawi się szansy na atrakcyjny sojusz. Zwyrodnialec nie musi być idiotą.
Później Krevia rzuca jeszcze parę innych dziwnych uwag.
„- O co prosisz, córeczko? O kłamstwo? Chyba Vilha, a tym bardziej Amarylis wie czym jest cnota, dziewictwo, a seks?” – zdziwiło mnie użycie słowa „seks”; prędzej spodziewałabym się obejścia tego wyrazu lub zastosowania wulgarnego zamiennika, ale powiedzmy, że zwyczaje tego kraju pozwalają na używanie tak suchych, nienacechowanych w żaden sposób określeń na… seks.
„Popatrzyła w stronę Amarylis, uśmiechnęła się do niej uroczo, zakręciła siwymi kosmykami. – Taki skarb, taka piękność. A skończy zapewne u jakiegoś grubego, rozleniwionego księcia, który będzie brał ją każdej nocy, nawet gdy będzie to grzeszne i wbrew prawu” – jak wbrew prawu, jeżeli sugerujemy małżeństwo?! W ogóle… jakie jest prawo, może różni się od tego, co można zakładać, znając średniowieczne czy nowożytne europejskie realia, może nie dopowiedziałaś czegoś, o czym czytelnik powinien wiedzieć? I dlaczego miałaby skończyć u kogoś grubego i starego, skoro jej ojciec jest królem i może wybrać kogokolwiek? Jeśli będzie miał możliwość zawrzeć korzystny sojusz przez wydanie córki za starego grubasa lub równie korzystny za młodego mężczyznę, to chyba wybierze tego drugiego? Wbrew romantycznym opowieściom, dawniej w małżeństwach żona bardzo często była tylko kilka lat młodsza od męża, więc nie zakładajmy od razu tragedii.
„- Matko, ja również już jako nie król, ale ojciec tych dzieci nalegam, byś przestała mówić. Zapewniam cię, że Amarylis nie wydam nigdy za kogoś, kto jej nie pokocha i kogo ona w stanie nie będzie kochać” – no świetnie. Król w trosce o swój honor powinien uciszyć księżną, nie mówiąc już o tym, że chyba olałby, czy ktoś kochałby córkę i raczej zatroszczyłby się o jej przyszłość materialną; problemy sercowe to to, z czym Amarylis musiałaby się sama uporać, gdyby nie czuła się dobrze u boku męża.
Tu widać wyraźnie w jak chory sposób działa Krevia, ale co po jej wybuchu mówi Vincentus?
„Ale pamiętał też, że człowiek ma prawo popełniać błędy, ma prawo do emocji. Był sprawiedliwy” – pozwolił szargać reputację swojej rodziny, pokazując skłonności babci do alkoholu i agresywnych tekstów o nieprzyzwoitym wydźwięku. To najgorszy król, o jakim słyszałam.

Zastanowił mnie jeszcze jeden fragment:
„- Myślisz, że piękno to dar od bogów? Że królewska krew czyni ją lepszą? Nie, to skaza, spaczenie! Klatka, rozumiesz, królu Vincentusie? Zamknięty w klatce słowik, piękny, radosny słowik, który rozczula wszystkich śpiewem,  który zadziwia każdego wokół. Ale sam siebie nie może zadziwić, uratować, uwolnić. Tym jest ona, jej przeznaczenie!” – najpierw pomyślałam: „pewnie, lepiej urodzić się brzydką chłopką”. Później jednak stwierdziłam, że nawet nie wiem, czy w Twoim świecie chłopi istnieją, a Krevia wiele świata nie widziała i w sumie skoro tak kocha wnuczkę, może reagować emocjonalnie. Dzięki późniejszym wspomnieniom księżnej jestem w stanie rozumieć jej poglądy dotyczące przyszłości Amarylis, jednak o tych elfickich korzeniach rozpisałabym się bardziej niż na temat brzydkich kafelków w sali – w końcu to znacznie ważniejszy temat, od którego zależy interpretacja tej postaci.
Zresztą z większością bohaterów mam ten problem, że jak już jakiegoś polubię, to w następnej scenie się nie pojawia i niewiele mogę na jego temat powiedzieć. Poznaję co prawda kolejnych, a tamci co jakiś czas pojawiają się ponownie, ale to ciągle za mało, by wypowiadać się na temat psychologii postaci..
O prowadzeniu akcji mało mogę powiedzieć, bo tych kilka scenek nie obrazuje zbyt dobrze Twoich umiejętności – nie miałaś zbytnio czym się wykazywać, pisząc je. Dialogi nie są złe, poza okazjonalnymi wpadkami („To, mówię ci, Wasza Miłość, minie”), wypadają dość naturalnie, a to najważniejsze.
Wydaje mi się, że zależy Ci na tym, by klimat opowieści był jak najmroczniejszy, najbardziej ponury. To zadziała dopiero wtedy, kiedy pozostałe elementy nie będą pozostawiać aż tyle do życzenia, styl będzie nieco bardziej strawny, a tekst zyska lepszą konstrukcję.
Zresztą mam duży problem z Twoim stylem: nie robisz błędów ortograficznych, interpunkcyjne tylko czasami i pod względem poprawności nie jest źle, choć nie wiem, dlaczego raz piszesz poprawnie od półpauz (–), a raz od dywizów (-), co już jest błędem. Używasz edytora tekstowego, który zamienia tylko drugą kreskę?
Widzę, jak bardzo się starasz, tworząc rozwleczone na wiele linijek opisy, a jednocześnie chwilami miewam wrażenie, że bardzo męczy Cię pisanie w ten sposób i nie wiem, czy to nie powód, dla którego od ponad roku stworzyłaś tylko prolog i trzy rozdziały opowiadania – jakbyś miała zarys pomysłu na historię w głowie, ale samo jej pisanie Cię przerastało. Czytelnikowi wcale nie jest łatwiej; wrzucasz go na głęboką wodę, rozrzucając cechy wyglądu postaci po całym rozdziale, każąc mu szukać i zapamiętywać kogoś, kto swojej roli jeszcze nie odegrał i nawet nie wiadomo, czy jest postacią epizodyczną, czy nie. Chwilami z kolei opisujesz bardzo dokładnie bohaterów, jednak mimo to trudno mi sobie ich wyobrazić, bo skupiasz się na szczegółach, nie przekazując, jakie oni sprawiają ogólne wrażenie.
Dość dobrze byłam w stanie wyobrazić sobie Amarylis, choć trudno mi przyjąć do wiadomości, by trzynastolatka mogła mieć takie same „wysokie kości policzkowe” jak jej matka – rozumiem, że odziedziczyła po niej szereg cech, które wymieniłaś, ale w tym wieku ciągle ma się delikatne rysy, które dopiero zaczynają się wyostrzać, więc o ile kształt oczu czy ust byłby do przyjęcia, to ogólne wrażenie rysów twarzy nieszczególnie. Oczywiście gdyby rozebrać na części pierwsze cały opis dziewczyny, to zauważyłabyś sporo błędów lub niedociągnięć, jednak był jednym z lepszych w całym tekście. Podobał mi się również opis Vihaegara (pomijając jego strój) czy Tamira – na zasadzie kontrastu do pięknych, męskich rycerzy, choć wyraźnie czuło się, że nie masz serca go doszczętnie oszpecić i chcesz uczynić go charakterystycznym, ale mogącym się podobać; takim typowym cwaniakiem, do którego wspaniała uroda wcale by nie pasowała. Opisy Vilhi i Aatosa były względnie dobre; w żaden sposób nie mogłam sobie jednak wyobrazić Tariana, Vincentus został scharakteryzowany wyjątkowo niezgrabnie, Krevia sprawia wrażenie karykatury oświeceniowej kobiety, a Nil karykatury jakiejkolwiek nieśmiałej osoby – pąsowiejąc i wracając do normalnych kolorów w zależności od tego, czy akurat ktoś na nią zerknął. Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę na to, jak często opisujesz oczy bohaterów i piszesz o oczach w ogóle; w całym krótkim tekście dwanaście razy zostaje wymieniony ich kolor lub odcień, a dwadzieścia pięć razy pojawiają się oczy w różnych kontekstach (kolor, kształt i związki wyrazowe).
Odnoszę wrażenie, że zwykle Twoje porównania zamiast przybliżyć wzrost, kolorystykę lub inne cechy wyglądu postaci, dezorientują.

Często zupełnie niepotrzebnie rozwodzisz się nad rzeczami oczywistymi, które płynnie przechodzą w różne absurdy tylko dlatego, że nie wiesz, kiedy skończyć opisywać daną postać lub zjawisko. Widać to chociażby na przykładzie przedstawienia Vincentusa:
„Król nie przypominał króla. Statystycznie przeciętny koronowany jegomość był wysokim, barczystym grubasem bądź chudzielcem, z brodą krzaczastą lub skromnie ściętym wąsem, wokół którego szczebiotało kilkanaście dam dworu, ze czterech służących, trzech urzędników, dwa tuziny rycerzy i jeden ambasador wschodniego państwa” – statystyczny król był gruby lub chudy, z brodą lub bez niej. To raczej nie to, co chciałaś przekazać.
„Panował tutaj król skromny, wyższy od zwykłego rolnika, niższy od starego rycerza; o oczach przypominających wzburzone morze, ze względu na dynamikę odcieni i zacięte, groźne spojrzenie, ukryte pod gęstymi brwiami (…)” – że wyższy od przeciętnego rolnika, to normalne, bo zaraz dowiadujemy się, że pochodził ze starego rodu (czyli miał szansę być dobrze karmiony w dzieciństwie), nie wiem jednak, o jakim starym rycerzu mówisz i co on ma czy miałby do rzeczy.
Stworzyłaś długi opis wyjaśniający, dlaczego ten akurat władca wyróżnia się na tle innych – z tego opisu nic jednak nie wynika, bo jego wzrost mamy sami sobie wymyślić, kolor oczu także (zresztą nie wiem, jaki musiałby być, by król się wyróżniał – nie znając Twojego świata, trudno domyślać się takich rzeczy), gęste brwi o niczym nie świadczą i na koniec jest wspomniane, że podobno protoplastą rodu, z którego pochodzi ten pan, był syn smoka w ludzkiej postaci i czarodziejki. Większość rodów ma swoje legendy, więc nie rozumiem, w czym rzecz; podobnie jak wtrącone na początku opisu zdanie: „W Volhynii zwyczaj był inny” – bo o jakim zwyczaju mówimy?

Opis cesarza nie wygląda pod tym względem wiele lepiej:
„Bo przez ogród szedł władca Cesarstwa Teras  Tarian Vireański, którego czarny płaszcz powiewał na letnim wietrze, a blada skóra zdawała się cierpieć pod dotykiem słońca (…). Mężczyzna ten był wysoki, o wiele wyższy od krzewów malin, które rosły tak blisko klonu” – Wikipedia twierdzi, że krzewy malin dorastają do dwóch metrów wysokości, a wcześniej nie zostało powiedziane, jakie są te z ogrodu, więc Vincentus naprawdę mógł być wyyysooookiiiii. Tyle że w takim razie nie wiadomo, po co ta wzmianka o malinach.
„Było więc dziwne, że w tak kolorowym i gorącym raju znajduje się człowiek, przypominający samą śmierć; człowiek, którego oczy były stalowe i zimne, wargi wąskie i mocno ściśnięte, a brwi cienkie i ściągnięte w dół. Gdyby ktoś mijał go w pośpiechu to tylko dwie rzeczy przykułyby jego uwagę: wiklinowy koszyk pełen malin oraz korona z białej stali” – ja bym zwróciła uwagę na dwie rzeczy: po pierwsze to władca, w dodatku zachowujący się nieco dziwnie. Po drugie – kwestia białej stali.

Podam tu jeszcze jeden przykład nieidealnego opisu; na podstawie tych trzech zwróć uwagę na ilość nieadekwatnych do opisu określeń, które wtrącasz.
„Książe Vihaegar o blond włosach do pasa, związanych w połowie skórzanym paseczkiem, w białej łuskowej zbroi z herbem smoka na środku, w długiej, błękitnej pelerynie, z wygrawerowanym mieczem wiszącym przy prawym biodrze – przypominał anioła. Tym bardziej, że jego rysy twarzy były wyjątkowo delikatne, a oczy duże, migdałowate, zielone” – BIAŁA zbroja łuskowa i na środku herb? Nie mam nic przeciwko, o ile to jedynie zbroja dla ozdoby, nie do walki, choć w sumie trochę to dziwne. A ze zdania wynika, że na pelerynie wygrawerowano miecz. I jak ten miecz wisiał, luzem?

Wpadki językowe zdarzają Ci się właściwie w każdym akapicie, jakbyś budowała zdania na podstawie skojarzeń, nie za bardzo zastanawiając się, czy dany wyraz pasuje do reszty, a raczej, czy całość po prostu dobrze brzmi; na niektóre bardziej poetyckie określenia czytelnik nie reaguje źle, ale w pozostałych wypadkach po prostu widać brak wyczucia językowego.
Wbrew pozorom widziałam bardziej denerwujące teksty, jeśli chodzi o takie używanie niepoprawnych wyrażeń w złym kontekście, jednak u Ciebie jest to o tyle złe, że po prostu widać, jak bardzo się starasz, używając różnorodnego słownictwa i skomplikowanych zdań… zwłaszcza że zdarza Ci się nie pamiętać ich początku:
„I gdy któregoś ciepłego dnia po dwugodzinnej nauce historii, po przestudiowaniu czternastu map, wyuczeniu się na pamięć starych rodów, granic Volhynii i państw sprzymierzonych, przeszedł się nad rzekę i pod starym dębem zaczął rozmyślać” – niby wystarczy wyciąć „i” na końcu, ale i wtedy zdanie nie będzie płynne, bo czytelnik może poczuć się zdezorientowany.

A co do wydłużania zdań za wszelką cenę… doceniam, że chcesz, by rozdziały były długie, niemniej właściwie żaden z nich nie skończył się jakimś zwrotem akcji, który trzymałby czytelnika w napięciu. Nie potępiam tego, bo to dopiero początek historii, jednak nie mogłam się wyzbyć wrażenia, że piszesz je, kierując się zasadą „im dłuższy, tym lepszy”. Często miałam wrażenie, że to, co czytam, nie ma nic konkretnego na celu i właściwie nie wiadomo, dlaczego się w tekście znalazło.
„Duży i drogi, pomyślał minstrel, ten młodszy, zwący się Fabianem” – jedna z tych konstrukcji, które wydają się po prostu wydłużyć zdanie i niczemu innemu nie służyć. Bo czemu nie po prostu „pomyślał młodszy minstrel o imieniu Fabian”?
„Kamienie w stonowanych, granatowych kolorach” – nie można po prostu „granatowe kamienie”? Poza tym „stonowany granat” to coś nie bardzo...
Tu z kolei coś, co budzi zdziwienie:
„Zamoczyła swobodnie usta i uśmiechnęła się” – brzmi to tak, jakby królowa zamiast się napić, wsadziła głowę do kielicha, po czym popatrzyła na męża w oczekiwaniu, że ten pochwali bezsensowny dowcip. Bo czemu „swobodnie”? Tego zdania pewnie nie czepiałabym się, gdyby było pomiędzy normalnymi, jednak kiedy po tysiącach dziwnych konstrukcji natykam się na coś takiego, zaczynam się zastanawiać nad sensem każdego przysłówka.

Twoją dokładność, precyzję w opisywaniu normalnie pochwaliłabym, bo bardzo lubię szczegółowe opisy pomagające lepiej wyobrazić sobie pomieszczenia, postaci oraz całą akcję. Niestety, Twój tekst ma zupełnie zachwiane proporcje, jeśli o to chodzi: akcji nie ma praktycznie wcale, bo fabuła obejmuje ledwie wprowadzenie czytelnika do świata, opisy postaci są dziwne – nawet nie mam na myśli, że oryginalne, ale mało pomocne – ale najgorzej wypada tło. Tło, które za każdym razem przed wprowadzeniem choćby ptaków pod dachem starasz się zarysować jak najdokładniej, by nie pominąć żadnego elementu. Ważnego, nieważnego, to bez znaczenia.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że w żaden sposób nie pomogłaś mi zbliżyć się do wyobrażenia sobie otoczenia: w rozdziale pierwszym długo opisywałaś historyjkę związaną z jeziorem (czy tam sadzawką – błędnie używałaś tych słów zamiennie, podczas gdy jezioro jest naturalnym zbiornikiem wodnym, natomiast sadzawka sztucznym), po czym przeszłaś do reszty ogrodu. W sobie tylko znanym celu wymieniałaś mnóstwo gatunków roślin, w tym mnie nieznanych, więc zaraz sprawdziłam je sobie na Wikipedii; wystarczyłoby opisać kilka krzaczków, jakiś tatarak przy stawie i na tym poprzestać. Zaraz jest jakaś krótka akcja i „W tych dźwiękach był niepokój i stres, ból i panika, krzywda. A w powietrzu, prócz zapachu dzikich kwiatów, bzu, pokrzyw i czarnych jagodzianek, zaczął się unosić przykry i metaliczny zapach świeżo rozlanej krwi” – dlaczego pokrzywa pachnie tak intensywnie jak bez? Kto czułby to wszystko naraz? Raczej nie bohaterowie, którzy stoją daleko.
Tyle rozpraszających elementów, które kazały mi się nad czymś zastanowić, że po chwili zapomniałam, że akcja w ogóle miała miejsce nad stawem. Dobrze, że po chwili przeniosłaś ją do wnętrza zamku (pałacu?). Brakowało mi płynności, która sprawiłaby, że przeczytałabym ten tekst bardzo szybko i dzięki której pamiętałabym, co się wydarzyło po kolei. Przy dwukrotnej lekturze tego problemu już nie było, ale to może znacznie utrudnić Ci pozyskanie nowych czytelników.
Nieco później przestałam się sobie dziwić, że często nie potrafiłam się skupić na tekście. Nim dochodzisz do meritum, jakiejkolwiek akcji czy choćby dialogu, potrafisz godzinami pisać o niczym, a ja zastanawiam się, o co chodzi i dlaczego to miałoby być istotne dla tekstu.
„Służba kończyła układać zastawę do posiłku. Posiłku godnego króla.
Stało w srebrnych misach i tacach tak wiele, że zwykły człowiek nie wiedziałby od czego zacząć. Były letnie ziemniaczki, złociste i parujące, z których ściekało masło i zsypywał się koperek (...)” – dobra, po ziemniaczkach jest jeszcze sporo różnych dań, jednak ten akapit jest dość dezorientujący; najpierw mówimy o zastawie – jakby nie można po prostu napisać, że podano posiłek – a to sugeruje, że dopiero przygotowano talerze i łyżki. Zaraz okazuje się, że coś stało w srebrnych misach, a dopiero kolejne zdanie informuje o ich zawartości. Często komplikujesz sobie i czytelnikowi życie takimi długimi, niepotrzebnymi opisami, bo o ile ja bardzo lubię opisy kulinarne, to takie zwykłe wymienianie co kiedy zostało przyniesione, męczy. Zwłaszcza po długich wstawkach z chodzącą tam i z powrotem służbą; co to wnosi? Wszystko dałoby się opisać znacznie krócej i ciekawiej.
Nie wiem, czy dobrze wnioskuję, ale odniosłam wrażenie, że za teksty dobre czy wybitne uważasz te, przy których klimat buduje się przede wszystkim za pomocą bardzo długich, często wzniosłych opisów będących dopiero wstępem do opowieści, ale w rzeczywistości rzadko kiedy to się sprawdza. Trzeba zachować równowagę.

To, co mi się jeszcze nie podobało w Twoim stylu, to to, że masz skłonność do używania bardzo podobnych konstrukcji w obrębie rozdziału, a chwilami nawet w dwóch zdaniach obok siebie:
„Symon miał ciepły głos, chociaż nie pozbawiony twardego, wyuczonego żołnierskiego akcentu. Twarz miał naznaczoną zmarszczkami, niezbyt przystojną, choć sympatyczną”.
Ta uwaga odnosi się także do tych momentów na początków rozdziałów lub po gwiazdkach, gdy przez długi czas opisujesz bezimiennego mężczyznę zajętego czymś, otoczenie, w jakim się znajduje, próbując zbudować klimat tajemnicy (chyba), po czym dopiero po kilku akapitach podajesz imię bohatera.

Tu trochę podobny problem:
„Nie widział jego twarzy, wiatr jakby  na złość próbował ją zakryć niesfornymi kosmykami włosów, ale Mallians wiedział. Wiedział, że króla coś trapi.
- Po prostu się boję. – Uśmiechnął się.
Blado” – tutaj użyłaś dwa razy podobnej konstrukcji („wiedział. Wiedział, że…”, „Uśmiechnął się. Blado”) i o ile raz użyte, działa, to za drugim razem już nieszczególnie. Ja zdecydowałabym się zostawić jedno z tych zdań (sugeruję pierwsze).

Na tle tych wszystkich dramatycznie rozwlekłych i często patetycznych opisów bardzo wybija się sposób, w jaki przedstawiłaś Tamira. To klasyczny przykład postaci, którą da się polubić nie tylko ze względu na to, jaka jest, ale za kontrast na tle innych bohaterów – nie został opisany w tak patetyczny sposób, czuć, że jest ciepłym, przyjaznym człowiekiem, którego życie nie do końca potoczyło się tak, jakby sobie tego życzył. Poza tym bardzo spodobał mi się fragment, w którym Vilha podziwia jego ładne oczy; to na swój sposób urocza, zgrabnie opisana scenka i moim zdaniem nic by się nie stało, gdyby więcej takich pojawiło się w tekście. Wręcz uważam, że wiele by na tym zyskał. Zresztą sama dziewczyna wzbudza sympatię dzięki pojawianiu się w takich lżejszych scenach; bardziej polubiłam ją niż chociażby naprawdę sympatyczną Amarylis, a to tylko ze względu na otoczkę. W przypadku scenek ze starszą siostrą bardziej skupiałam się na tle niż na niej samej, co świadczy tylko o tym, że czas przystopować z opisami, ale o tym już wiesz.

Pamiętaj również o sprawdzaniu powtórzeń, bo w niektórych miejscach to spory problem:
„Sadzawka była dość spora, a woda w niej czysta. Wokół górnej części wyrastały tataraki, ładnie kontrastujące z niebieską i iskrzącą się od słońca taflą wody. Było też przy nich mnóstwo kamieni i kamyczków, trudne było jednak do określenia kto je tam poustawiał. A poustawiał ktoś na pewno, bo porozrzucane były precyzyjnie, w odpowiedniej odległości od siebie, kolorami nienachodzące na siebie. Niedaleko kwitły też wiązówki błotne i pierwiosnki, a także liliowce ogrodowe, zwane smoczymi łuskami, bo kolor potrafiły przybrać intensywnie czerwony, niemal krwisty. Było też kilka innych gatunków, choć rzadkich i nazwą niezbyt wpadających w pamięć. I chociaż sama sadzawka stanowiła atrakcję to roztaczający się wokół niej krajobraz pachniał intensywnie baśnią i magią. Bo wszędzie był trawiasty raj, nierzadko przejawiający między listkami kwiaty czysto białe, radośnie żółte, kusząco czerwone czy różowo urokliwe”.

Błędy

Orzeczenia oddziela się przecinkiem:

„(...) która nie mogąc wytrzymać dłużej w powozie postanowiła zatrzymać się” – brak przecinka po „powozie”.

„Było też przy nich mnóstwo kamieni i kamyczków, trudne było jednak do określenia kto je tam poustawiał” – brak przecinka przed „kto”.

„Stojąc tyłem od dziecka różniły go jedynie siwe krótkie włosy i naznaczona wiekiem twarz” – tu po „tyłem”. Poza tym podmiotem w tym zdaniu są „siwe krótkie włosy i naznaczona wiekiem twarz”, które różnią jakiegoś „go” od dziecka. Należałoby napisać „Gdy stał tyłem” albo coś podobnego.

„Widzi jak karze się za niedopatrzenie, widzi czołganego po ziemi przez strażników ciemnoskórego chłopca” – brak przecinka po „widzi”. Poza tym: czołganego? Chyba ciągniętego...

„A chciał mówić, miał do powiedzenia bardzo wiele tej małej smarkuli, przemądrzałej księżniczki, która myślała, że jeśli nie urodziła się w chlewie to była lepsza” – brak przecinka po „chlewie”. Poza tym „księżniczce”.

„Poznając jednak Cypriana o dość wątłej urodzie lecz wręcz świętej reputacji od razu znalazła w nim kogoś (…)”. – przed „od”.

„Gdyby ktoś mijał go w pośpiechu to tylko dwie rzeczy przykułyby jego uwagę”. – przed „to”

Problemy z odmianą przez przypadki:

„Aatos wyjął z sakiewki jednego wielkiego, błyszczącego się kamienia. Całego zielonego” – raczej „wyjął kamień”. Zielony. Inaczej można mieć skojarzenie z pewnym hitem internetu sprzed paru lat.

„Nakazano grać głośniej, bo wszedł król, głowa państwa, prowadząc kobietę w nieco już podeszłym wieku, w siwych włosach, związanych i utrefionych w bujnego i imponującego koka” – w bujny i imponujący kok.

„Powietrze ochłodzone delikatnym wiatrem robiło się coraz przyjemniejsze, mimo tego królowa nie zamierzała zrezygnować z parasola chroniącego jej przez słońcem” – ją. Przed.

„Przycupnęła na największą poduszkę” – na największej poduszce.

„Jego wieżyczka przypominająca rozpadającego się kalosza” – rozpadający się kalosz.

„Przez wydeptaną ścieżką powozem jechała młoda baronówna” – ścieżkę.

Problemy z podmiotem:

„W jednej chwili poprawił beret, który niechcący zsunął się na jego nos i uśmiechnął się” – można zrozumieć, że to beret się uśmiechnął.

„To doświadczenie nauczyło go pokory, szacunku do ludzi ubogich i prostych, życzliwości i naturalności, dzięki której zdobył popularność i miłość poddanych w wieku lat dwunastu, zostając królem Volhynii” – z tego zdania można zrozumieć, że zdobył miłość dwunastoletnich poddanych.

„Nakazano ustawić się w szeregu, bardom narzucono melodyjkę, która wyjątkowo nie spodobała się Vilhi, określającą ją jako „tańce dla ślimaczków” ze względu na powolne i ciągnące się w nieskończoność zwrotki” – określającej. Inaczej zdanie oznacza, że to melodia nazywa Vilhę tańcem dla ślimaczków.

Inne:

„Królewsko ścięty trawnik” – bezsens tego określenia mnie rozśmieszył.

Pamięci boskiej męczennica, święta Lihtenna Vireańska poczęta z krwi Słowików, oddana na łaskę Bożej Matki, Obrończyni wiary, Wielka Cesarzowa.
Pod spodem zaś małymi runami wypisane było:
Rozczłonkowana i rozpruta w bożej ofierze” – nie wiem, jak w tym świecie postrzega się kwestie religijne, ale jeżeli tak poważnie, jak sugerują pierwsze słowa z prologu, to raczej słowa „boska” i „boża” pisała od wielkiej litery. Tak jak, wiesz, tytuły Marii z Nazaretu. W ogóle nie rozumiem kropki na końcu oraz układu przecinków (na przykład braku między „Vireańska” i „poczęta”), bo mimo że to nie jest niepoprawne, to w epitafiach wszędzie się wrzuca przecinki, gdzie tylko można. Poza tym chyba „rozpruta i rozczłonkowana” (kolejność)?

„Cieni było wiele i były najróżniejsze: kolorowe, jasne, błyszczące się, szlachetne, okazane w pełnej krasie leciały, trzepocząc zdawałoby się nerwowo i gwałtownie szeroko rozwartymi  skrzydłami” – cienie… co? Myślałam, że cienie… Ech, nie rozumiem poezji.

„A poustawiał ktoś na pewno, bo porozrzucane były precyzyjnie” – to raczej nie były porozrzucane, skoro znajdowały się w określonej odległości od siebie.

„W odpowiedniej odległości od siebie, kolorami nienachodzące na siebie” – powtórzenie, a poza tym o co chodzi z tymi kolorami?

„Kilka małych piór, które upuściły tańczyło na rosie, lśniło się, bało” – po prostu lśniło (bez „się”).

„Niedaleko kwitły też wiązówki błotne i pierwiosnki, a także liliowce ogrodowe, zwane smoczymi łuskami, bo kolor potrafiły przybrać intensywnie czerwony, niemal krwisty” – a co to ma do smoków?

„- Wasza Wysokość, strzał wyśmienity – powiedział mężczyzna w jasnym berecie, wełnianych spodniach i kamizelce w kolorach brązu i beżu , zginając się w ukłonie pełnym szacunku” – szalona spacja przed przecinkiem.

„Było ich dwoje” – dwóch, bo mowa o cesarzu i służącym.

„Dzięki, Mallians, choć jestem pewny, że wyszedłem z prawy” – wprawy.

„(…) ale nie oczy; te były żywe, intensywnie szare i naturalnie mądre” – nie jestem przekonana, czy cokolwiek może być „intensywnie szare”.

„Był już stary, niski, a przy tym chudziutki” – był już niski?

„Zobaczył ściany w kolorze krwi obwieszone obrazami poprzedników cesarza, największych władców i dyplomatów w pozach sztywnych, jakby w ogóle nie chcieli się znaleźć w tak szlachetnym miejscu” – sugerowałabym słowo „portrety” zamiast „obrazów”, bo „obrazy poprzedników” sugerują jedynie to, że poprzedni cesarzowie byli właścicielami – nie modelami.

„Gdyby w nadchodzącym mariażu nie uczestniczyły te smoki, te zapchlone, prorokowane smoczyska, które rozkładają swoje jaja wszędzie” – jak smoki mogą być zapchlone, skoro notkę wcześniej powiedziano, że mają łuski?

„To proroctwo, szczegółowe, które zostało podzielone na dwie części” – e? [słowo: „szczegółowe” znikąd]

„Cesarz wstał, opuszkami palców przejechał po okładce, z dziwną czułością popatrzył na znikające litery i podszedł do okna. Patrzył się długo” – po prostu „patrzył długo”, bez „się”.

„Dziewczynka w ciemnych, poplątanych włosach roześmiała się” – raczej „dziewczynka z ciemnymi, poplątanymi włosami”.

„Padały na nie jasne promyki gorącego, lipcowego słońca, wyłaniające się z dwóch na oścież otwartych okien, okrytymi falbaniastymi zasłonami” – okrytych.

„- O czym, Wasza Wysokość, mówi?” – skąd te przecinki?

„- Przepraszam najmocniej za brata, Wasza Miłość, w zadość uczynienie czy mógłbym zagrać i zaśpiewać ci coś specjalnego?” – „zadośćuczynienie” pisze się razem. I raczej nie „w zadośćuczynienie” tylko „w ramach zadośćuczynienia” albo jakakolwiek inna konstrukcja. Pomijam bycie na „ty” z władcą.

„- Och – wymsknęło mu się, gdy na salę weszła księżniczka Amarylis, w błękitnej sukience, pełnej koronek i wcięć na ramionach. W białych rękawiczkach, stosownie podwiniętych, w srebrno-złotych lokach, upiętych iskrzącym się morskimi kolorami diademem z białego złota.  Dziewczynka miała trzynaście lat, niebieskie oczy, drobną posturę i malutkie piersi. I była nad wyraz piękna” – podwójna spacja między zdaniami. Zbędny przecinek przed „w błękitnej sukience”. Nie rozumiem, co oznaczają „wcięcia” na ramionach. Poza tym trudno wyobrazić mi sobie taki odcień blondu; ani zimny (srebrny), ani ciepły (złoty).

„Ubrana była w śliwkowe szaty i kamienie” – chyba z kamieniami, a nie w kamienie?

„Zawsze czekała najwyżej 2 sekundy na odpowiedź” – dwie (słownie).

„Tylko ciche melodie i dźwięk srebrnych sztućców przerywały ciszę jaka nastała” – raczej dźwięk, jaki wydają, gdy się ich używa. Plus brak przecinka przed „jaka”.

„Aatos bardziej spokojny od swojej siostry, która za cel obrała sobie rozmowę z uprzejmym bardem, i któremu zaczęła opowiadać dowcipy i anegdotki ze swojego życia” – był/wydawał się spokojniejszy. Poza tym dziwny przecinek przed „i”.

„Vilha przejęła się białym motylem, który właśnie wleciał, bo zdawał się być zaczarowany” – zdawał się (bez „być”) zaczarowany.

„Słyszała w głowię” – głowie.

„Wiedziała już co będzie, co będą mówić o niej i o jej matce, o ich krwii” – krwi.

„–Zaśmiała się, dokładnie przyglądając się wnuczce” – brak spacji po myślniku.

„W końcu z dumą i radością mogła mówić, że nienawidzi go najbardziej na świecie i jedyne czego w życiu pragnie to bezpieczeństwo, miłość i śmierć jej króla, jej Cypriana.
Uśmiechnęła się, wspominając daną jej obietnicę.
Nie miała pojęcia czym zapłaci za ten niespisany pakt” – jaka obietnica, jaki pakt? Pakt potrzebuje co najmniej dwóch stron, a małoletnią córkę ciężko uznać odpowiednią do takich rzeczy.

„Nie słychać było nawet ćwierkających ptaków, zazwyczaj siedzących na starych belach przy suficie, obok małej, nieszczelnie załatanej dziury, przez którą przebijało się słońce” – dziura w dachu świątyni? Trudno mi sobie to wyobrazić, biorąc pod uwagę piękne ozdoby i to, że ludzie czynnie do niej uczęszczają. Wiesz, w razie deszczu świątynia zostałaby zalana.

„Potem otworzył oczy, intensywnie zielone, błyszczące się, piękne” – zbędne „się”.

„Gdy wreszcie zatrzymał się, a konie przestały już niezręcznie bawić się żwirem (...)” – zastanawia mnie słowo „niezręcznie” – znaczy, woźnica się zażenował, konie oszalały i przesypywały żwir między kopytkami, co wychodziło im niezdarnie, a może same poczuły się niezręcznie?

„O tym, że podróżniczki przyjechały z  Sarthenii zdążył poinformować mały, grubaśny herold” – dziwnie czytać bardzo patetyczne opowiadanie i nagle natknąć się na słowo „grubaśny”. Poza tym przecinek po „Sarthenii”.

„Młodej, czternastoletniej Nil policzki jarzyły się purpurą, ale nikt nie mógł zgadnąć czy od słońca czy od wstydu” – brak przecinka przed drugim „czy”.

„Tamir nienawidził tego wszędobylskiego i kłamliwego opisu czarodziejów” – definicja słowa „wszędobylski”: „osoba, która się do wszystkiego wtrąca, wszędzie zajrzy, jest wszędzie obecna; wścibski, ciekawski”.

„Zwłaszcza, że najwięcej do powiedzenia mieli ci, którzy sami nigdy czarodzieja na oczy nie widzieli, a sugerowali się tylko opowieściami o tych największych i najsławniejszych, mieszkających w pałacach z białego marmury, z własnymi posągami i fontannami jak cała jego wieżyczka” – zwłaszcza że; białego marmuru; fontannami jak cała wieżyczka? Wygląda na to, że zabrakło jakiegoś słowa (dużymi?). Poza tym to samo, co przy obrazach – własne posągi sugerują właściciela, a nie postacie.

„Nie Tamir, który przywiązany był do każdej głębszej i mniej rysy w drewnianym, posklecanym stole” – raczej głębszej i… e… płytszej?

„Książe Vihaegar o blond włosach do pasa, związanych w połowie skórzanym paseczkiem (…)” – książę.

„– Mi nie wolno kochać, babko” – mnie; księżniczka – czy tam królewna – powinna wiedzieć, że na początku zdania używa się dłuższych form zaimków.

Podsumowując, Twoje opowiadanie miałoby bardzo duży potencjał, gdybyś tylko zechciała nad nim pracować. Czarno to widzę, jeśli piszesz cztery notki w roku, jednak jeśli tylko zechcesz poświęcić trochę czasu na pisanie kontynuacji i poprawienie starych błędów, myślę, że wyjdzie z tego całkiem ciekawa opowieść. Póki co opieram się tylko na drobnych poszlakach porozrzucanych po Twoim tekście, a że pojawiły się postacie, które polubiłam i wobec których losów nie pozostałam obojętna, to trochę ten tekst mnie wciągnąć, a to już dobry znak. Podoba mi się, że próbujesz podejmować trudne tematy, ale sposób przedstawienia tych wydawałoby się poważniejszych wątków pozostawia wiele do życzenia. Do tej pory pojawiło się naprawdę dużo scen opisujących wiele różnych postaci, jednak nie zapadają one w pamięć; zazwyczaj kończą się, zanim czytelnik zdąży się wczuć w daną historię, żeby pokazać coś zupełnie innego. Niektóre wydają mi się też po prostu mało wyraziste, bo odniosłam wrażenie, że niektóre sceny – takie jak ta z szalejącą babcią – powinny wywierać dużo większe wrażenie, bo i mają do tego potencjał. Rozumiem, że jest to dopiero wstęp do większej powieści, ale brakuje mi zdecydowanie wątków, które już na tym etapie interesowałyby, zachęcały do dalszego czytania. Zupełnie nie mogę zrozumieć wyboru momentów, w których opisywane wątki urywasz, żeby zmienić temat, bo ma to efekt prawdopodobnie odwrotny do zamierzonego; zamiast zatrzymać czytelnika na dłużej, by zapoznał się z dalszą częścią historii, zniechęcają go, bo nie pozwalają dostatecznie wczuć się w klimat opowiadania.
Niestety, największym problemem, jaki miałam z „Lustrem złudzeń”, jest styl, który w żaden sposób do mnie nie przemawia, choć na pewno zrobiłby na mnie lepsze wrażenie, gdyby nie ogrom błędów różnego rodzaju. Chwilami tekst jest przyjemny i ma swój urok, ale wciąż nieporadny i choć widać, że się starasz, to przede wszystkim da się odczuć, że nie masz wprawy w pisaniu i musisz jeszcze trochę poćwiczyć. Wiele więcej nie mogę powiedzieć na podstawie tylko tych kilku notek, ale życzę powodzenia w dalszym pisaniu, bo mimo wszystko widzę, że zależy Ci na tym tekście.
Dzisiaj dostajesz ode mnie dwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy