poniedziałek, 21 lipca 2014

11. Ocena malcadicta-fantasy


Uwaga: ocena skopiowana ze starej ocenialni

Na początek chciałabym bardzo przeprosić Cię za to całe opóźnienie; kazałam Ci czekać zdecydowanie za długo i nie mam nic na swoją obronę. Mam nadzieję, że szczegółowa ocena Ci to choć trochę wynagrodzi, bo wiadomo – miałam sporo czasu na przemyślenia.
Ze spraw technicznych – zamierzam otworzyć własną ocenialnię, jednak minie trochę czasu, zanim będę miała naprawdę czas się tym zająć. Jeszcze nie mam pojęcia, gdzie zostanie to ogłoszone, ale póki co świetnie się bawię, dobierając odpowiedni szablon do tematyki bloga oraz rozpisując zasady jej działania. Niestety, teraz został jeszcze miesiąc nauki i w związku z tym kolejna moja ocena pojawi się jakoś wraz z początkiem wakacji.

Rozpatrujący wniosek: Claudinella
Więzień: Malcadicta [malcadicta-fantasy]

Tekst zdążyłam przeczytać już pod koniec lutego i wtedy też zapisałam wszystkie swoje uwagi, natomiast dopiero jakieś dwa tygodnie temu znalazłam czas, żeby wrócić do notatek i przeredagować wszystko do formy zrozumiałej dla innych. Jest w tym pewna mała zaleta, bo teraz, kiedy przypominam sobie cały tekst, dokładnie widzę, co wysuwa się na pierwszy plan. Być może z tego powodu forma oceny będzie trochę inna niż zazwyczaj.
Najpierw jednak, standardowo, omówmy stronę graficzną.

Szablon nie należy niestety do najbardziej dopracowanych, ale nie mam nic do zarzucenia w kwestii czytelności i funkcjonalności. Bardzo nie lubię jednak tekstów, które trybem rozkazującym zwracają się do czytelnika, każąc mu zostawić komentarz, zwłaszcza jeśli używają argumentów typu „klawiatura nie gryzie”. To ostatnie widuję po prostu zbyt często w różnych zestawieniach, a pierwsze jest zwyczajnie mało uprzejme: nikt nie lubi, kiedy się mu rozkazuje.
Zarówno gadżety po prawej, jak i wszystkie podstrony mają problem z niewyjustowanym tekstem i brakiem akapitów. Z jakiegoś powodu nie ma tam również ani poprawnych pauz, ani cudzysłowów, nie brakuje za to literówek i błędów wszelkiego rodzaju, co ciężko mi zrozumieć, zwłaszcza że teksty te nie wyglądają na napisane w ostatniej chwili; naprawdę nie znalazłaś czasu, żeby je poprawić?
Gadżet „o mnie” wydaje mi się zbędny – jest odpowiednia podstrona i to wystarczy. Podobnie z archiwum, bo linki w spisie treści i zakładce „opowiadania” wystarczają do poruszania się po blogu.
Mam w zwyczaju dokładnie analizować grafikę, więc cieszy mnie, kiedy szablon nie jest ściągnięty z sieci i mogę zwracać się bezpośrednio do jego autora; niestety, w tym wypadku głównie będę narzekać. Na tle przedstawiającym czyjąś rozrzuconą bez kultury korespondencję znajduje się obrazek ze starą otwartą księgą, która została wklejona bez zachowania przezroczystości – szczególnie na rogach widać białe fragmenty wskazujące, że warstwa ma prostokątny kształt. Prawdziwym problemem jest jednak to, co zostało napisane na tej księdze, bo od błędów wręcz się roi. Po pierwsze – zamiast poprawnego cudzysłowu, są dwa przecinki na początku i znak " na końcu, po drugie – cytat nie powinien kończyć się kropką, a po trzecie – brakuje przecinka. „Czasem, kiedy twój świat staje na głowie i zaczyna tańczyć, nie ma innego wyjścia niż wirować razem z nim” – na czerwono zaznaczyłam ten, którego brakuje. Ja rozumiem, że błędy tego typu mogą się zdarzyć w tekście, który będzie można za chwilę edytować, ale w nagłówku, w dodatku takim, który wisi od przynajmniej roku? Nie zachęca to do zapoznania się z treścią opowiadania. Do tego sam tekst jest pisany literami tak wielkimi w stosunku do wielkości strony, że w linijkach niektóre słowa występują pojedynczo, zostawiając po prawej stronie wielkie dziury. Wizualnie to rozwiązanie nie prezentuje się za dobrze.
Na lewej stronie znajduje się tytuł opowiadania, „Córa”, pisany gotykiem. Nie byłabym sobą, gdybym się do tego szczegółu nie przyczepiła: nie rozumiem kreski w „ó”. Nie wygląda na wykonaną tym samym piórem, a w dodatku wychodzi poza górną linię pisma za bardzo, żeby sądzić, że oryginalnie się tam znajdowała. Czepiam się, wiem.

„Córa” jest mocno jednowątkową, ciągłą i spójną opowieścią o dziewczynie imieniem Mal, która pragnie poznać swoją tajemniczą przeszłość. Tekst koncentruje się przede wszystkim na niej i jej problemach z łączeniem w całość chaotycznych wspomnień, poszukiwaniach informacji o tym, kim naprawdę jest, a także kto jest jej prawdziwym ojcem. Główny wątek jest przez cały czas bardzo mocno zarysowany, a te poboczne oczywiście pojawiają się całkiem naturalnie, jednak szybko znajdują powiązanie z główną osią fabuły, ewentualnie szybko kończą się, aby mógł nastąpić powrót do problemu wspomnień z poprzedniego życia. Wrażenie to jest tylko pogłębiane przez specyficzną konstrukcję tekstu, która sprawia, że większa część akcji rozgrywa się w jednym pomieszczeniu.
Jest to jeden z tych niewielu przypadków, kiedy wciąż pojawiające się w tekście opisy przebudzenia/zasypiania bohatera nie wydają się czymś uciążliwym i nie sugerują braku umiejętności autora, który nie wie, w jaki sposób rozpocząć akcję; zabieg wydaje się od pewnego momentu nadawać opowieści określony rytm i łatwo da się go uzasadnić, biorąc pod uwagę, że fabuła opowiada również o codzienności bohaterki, chociaż jak zwykle mam wiele zastrzeżeń do samego wykonania.

Pierwszymi rzeczami, które przychodzą mi do głowy, kiedy myślę o tej historii, jest pan Śmierć – męska personifikacja śmierci, pokój Mal – ten, w którym ma miejsce większość akcji, a także bardzo nieudany wątek miłosny. Główna bohaterka szukająca tożsamości w najlepszym razie ląduje dopiero na czwartym miejscu; wydawałoby się, że przy takiej konstrukcji to ona powinna wybijać się na pierwszy plan, jednak tak niestety nie jest. Winę za to ponosi moim zdaniem jej nie do końca udana kreacja, ale o tym, jak i o wielu innych kwestiach, zaraz się wypowiem.
Zabierając się do lektury Twojego opowiadania, byłam nastawiona bardzo pozytywnie. Trzydzieści cztery rozdziały – czy może raczej części, choć umówmy się, że będę stosowała te nazwy zamiennie; mam nadzieję, że nie będzie nieporozumień – to już wystarczająco dużo, aby wiele wątków dostatecznie się rozwinęło. Cieszyło mnie, że nie będę musiała domyślać się tego, co autor dalej chce zrobić z tekstem, który zazwyczaj w takim przypadku zaraz i tak zostawał porzucony, i że nie muszę snuć domysłów, do czego dążą ledwo zasugerowane wątki, a mogę za to obszernie komentować zastosowane rozwiązania. Cóż, cieszę się do tej pory, jednak muszę tutaj napisać o tym, że mój entuzjazm mocno przygasł, kiedy zobaczyłam pierwsze dwie linijki „Części pierwszej”.
„- Wychodzimy Mal! – zawołał ktoś z dołu. – Zadzwoń jak wrócisz!

- Dobrze! – odkrzyknęłam i zaraz dodałam – Ciociu!”
Zwracam uwagę, że to są dwie pierwsze linijki tekstu, które widzi czytelnik rozpoczynający lekturę. Wołacze bez przecinka, brak potrzebnych dwukropków… no, nie robi to dobrego wrażenia i naprawdę nie mogę zrozumieć, dlaczego nie poprawiłaś tego typu błędów i literówek, mimo że zostały ci już przez kogoś innego wytknięte.
To oczywiście jeszcze w żadnym wypadku nie przesądza o tym, jak prezentuje się cały tekst, jednak jestem pewna, że ludzie bardziej wyczuleni na błędy nie zechcą czytać dalej. Uważam też, że gdybym odwiedziła Twojego bloga wcześniej i nie odstraszyłby mnie nagłówek, z pewnością wyłączyłabym go, widząc brak uszanowania dla podstawowych zasad interpunkcji w pierwszym zdaniu.

No, ale zajmijmy się najpierw fabułą jako taką.
Jak wspomniałam, główna bohaterka straciła pamięć. Nie miała zupełnie żadnych wspomnień sprzed czasów, kiedy w wieku szesnastu lat znalazła się w szpitalu, gdzie nikt nie był w stanie ustalić jej tożsamości. Mal trafiła więc do rodziny zastępczej, dostała nowe dokumenty i nic już nie wskazywało na to, żeby była w stanie poznać swoją przeszłość, aż do czasu, kiedy spotkała na swojej drodze Śmierć – męską kostuchę.
Podczas mojej krótkiej przygody z ocenianiem, zdarzyło mi się już raz recenzować bloga, którego głównym wątkiem było odkrycie własnej tożsamości przez nastoletnią dziewczynę po tym, jak straciła pamięć – wnioski niech każdy wyciągnie sam. Niemniej pomysł, by poznać swoją przeszłość poprzez częste rozmowy ze Śmiercią wydał mi się bardzo interesujący; może ze względu na to, że zaciekawiło mnie już samo to, jak przedstawisz personifikację śmierci. Liczyłam na to, że nadasz jej oryginalne cechy, z którymi się jeszcze nie zetknęłam w literaturze (niestety, fanką Pratchetta nie jestem, nic nie wiem o tym, jak on ją przedstawiał – po „Kocie w stanie czystym” obiecałam sobie, że nie sięgnę po „Świat dysku” do co najmniej 2015 roku). Poniekąd tak się stało… ale od początku.
Konstrukcja tekstu ma swoje wady i zalety. Początkowo, czyli przez piętnaście rozdziałów, akcja toczy się bardzo powoli i mimo małej liczby opisów od pierwszych słów z całkiem niezłym skutkiem starasz się wprowadzić do swojej opowieści jakiś klimat – aż do przełomowego momentu, w którym Mal przenosi się do świata równoległego. W „naszym” świecie przedstawiasz dokładnie sytuację rodzinną bohaterki, relacje Mal z innymi ludźmi, jej znajomych ze szkoły, właściwie całe środowisko, a przede wszystkim ją samą. Akcja rozwija się bez pośpiechu i w miarę płynnie, choć tak naprawdę wtedy nie widać jeszcze, do czego dążysz; pierwszym poważnym zgrzytem są wydarzenia związane ze szkołą magii.
Ta część tekstu, w której Mal przenosi się do innego świata, jest chyba najgorszą pod względem opisu wydarzeń, klimatu i ciągłości. Tworzy tym samym całkiem duży kontrast w stosunku do poprzednich rozdziałów, bo wątek wygląda tak, jakbyś przesadnie spieszyła się z doprowadzeniem go do końca. Akcja rozwija się zdecydowanie za szybko, nie pozostawiając bohaterce czasu na jakiekolwiek przemyślenia, bo świat praktycznie podejmuje decyzje za nią – nie wiem, czy zauważyłaś, jak bardzo rzeczywistość jest przychylna dla głównej bohaterki, praktycznie podsuwając jej pod nos kolejne rozwiązania. Ot, akurat przypadkiem otrzymała wszystkie potrzebne informacje, które były jej niezbędne do powrotu, jakbyś nie chciała tracić czasu na niepotrzebne rozwlekanie całości, odbierając wydarzeniom jakąkolwiek wiarygodność. Raziło mnie również to, że Mal bez mrugnięcia okiem decyduje się na wyprawę do Lasu Szeptów, jakby nagle straciła jakikolwiek instynkt samozachowawczy – według jej towarzysza to najbardziej ryzykowna trasa, jaką można wybrać. Cóż, słowo się rzekło i podczas przechodzenia przez las bohaterka postanawia nagle zapytać nowo poznanego kolegę, jakie jest najbardziej wypasione zaklęcie wśród magów, a ten natychmiast zaczyna się rozwodzić nad tym, jak niewyobrażalny prestiż przynosi… przywołanie Śmierci. Dodaje też, że zdarzyło się to tylko raz w historii, więc przeprowadzenie takiego przywołania jest prawie niewykonalne. Zaraz po tym Mal łapią driady zdenerwowane rozpalaniem ognia, ale nie robią jej krzywdy, ponieważ okazuje się jakąś „wybraną”, nazywają ją też „nadzieją” (co okazuje się mieć później związek z tajemniczą przepowiednią...) i pomagają spokojnie opuścić las, dzięki czemu bohaterowie bezpiecznie docierają do szkoły magii.
No błagam. Jeśli wcześniej główna bohaterka nie miała cech Mary Sue, to w tym momencie pobiła wszelkie rekordy.
Ledwo Mal i Merrick przychodzą do szkoły magii, a spotykają ich kolejne przychylne zbiegi okoliczności; magowie „naginają zasady” dotyczące gości ze względu na talent magiczny Mal (o którym tylko usłyszeli!), a ta odstawia szopkę i ogłasza, że pomoże w wykonaniu najfajniejszego istniejącego zaklęcia dla zaawansowanych. No a arcymag, pchnięty do tego chyba przeświadczeniem, że ma do czynienia z główną bohaterką jakiegoś opowiadania, nagle stwierdza, że to świetny pomysł i wszelkie protesty ucina podkreślaniem, że to on ma władzę i może robić, co mu się podoba. Cóż… nie dość, że sama Mal nie mogła mieć pewności, bo i skąd, że to rzeczywiście zadziała, to jest dla magów tylko nieogarniętą – bo nieznającą kompletnie realiów świata, w którym się znalazła – nastolatką wygadującą głupoty, a oni chcą tracić czas i energię na jakieś szalone przedstawienie?
Całe szczęście, że z momentem powrotu do naszego świata akcja znów się uspokaja i tekst na powrót przyjmuje strawną formę, bo przyznam, że nie miałam na to wielkich nadziei – odniosłam wrażenie, że coraz mniejszą uwagę przywiązujesz do tego, jak opisujesz akcję.
Co prawda później pojawia się jeszcze fragment z przepowiednią, którego wolałabym, żeby nie było wcale; zupełnie nie rozumiem jej sensu, jako że jest jedynie dziwacznym tekstem opisującym jakąś bliżej nieokreśloną damę, co jest czarna jak noc i blada jak księżyc, a oprócz tego nie zawiera żadnych ciekawych informacji, które uzasadniałyby jej istnienie jako przepowiedni właśnie – bo kto miałby ją powtarzać? Do tego skoro Śmierć pofatygował się specjalnie na spokojną rozmowę z martwą wieszczką, żeby dowiedzieć się, kogo naprawdę tekst dotyczy, to... chyba nie powinien opowiadać Mal o „problemach z tłumaczeniem” ostatniej linijki, co do której ponoć nie ma pewności, czy nie powinna zaczynać się od „nie”, skoro mógł otrzymać taką informację z pierwszej ręki? Nie mam pojęcia, jak mam to interpretować, ale mam nadzieję, że wpadłaś na jakieś fajne rozwiązanie.
Muszę przyznać, że o tym wątku w ogóle nie pamiętałam, biorąc się po dłuższej przerwie za ocenę „Córy”. Ani trochę nie zapadł mi w pamięć z raczej oczywistych powodów – nie jest ani zbyt odkrywczy, ani nie wiąże się z żadnymi innymi wątkami, ani przepowiednia nie była przedstawiona w ciekawy sposób. Przy tym wcale nie uważam, że to najgorsza rzecz w tym tekście: po prostu motyw przepowiedni na ten moment wydaje się zupełnie zbędny.

Główna bohaterka wypada bardzo blado, a to naprawdę źle w przypadku tekstu o takiej budowie. W idealnej sytuacji czytelnik odkrywałby Mal razem z nią i angażował emocjonalnie w podejmowane przez nią decyzje, a na obecną chwilę dostaje mało wiarygodną, raczej nieciekawą, słabo opisaną postać bez wyraźnych cech charakteru, której w dodatku wciąż przypisuje się różne zalety niemające odzwierciedlenia w treści.
Wydaje mi się, że Twoim celem było stworzenie bohaterki z pozoru zwyczajnej, jak najbardziej przeciętnej – takiej, z którą łatwo byłoby się utożsamić większości nastoletnich czytelniczek. Nie wiem, jak jest naprawdę, ale Mal zdaje się pokrywać się z wyobrażeniem o typowej bohaterce powieści dla nastolatek – nieidealna, starająca się jakoś sobie radzić w życiu, grzeczna, ale stanowcza, z pewnym dystansem do siebie, jednak ciągle naiwna. Łatwo wyobrazić sobie jej reakcje, co oczywiście należy uznać za zaletę tekstu, ale jednocześnie przez swoją przeciętność jest szalenie nudna. Nie powiem, żeby była przez to postacią jednoznacznie negatywną – podoba mi się jej relacja z przybraną rodziną i zachowanie podczas wypadów z Sebastianem, ale to wcale nie czyni jej w jakikolwiek sposób interesującą. Poza tym mam problem z kilkoma rzeczami. Po pierwsze – ładnie to tak umawiać się z dwoma chłopcami naraz, podejrzewając, jakie są ich intencje? Nie twierdzę, że grała na dwa fronty, ale powinna była od razu ostrzec Sebastiana, który przez całą znajomość wyraźnie z nią flirtuje, żeby sobie za wiele nie wyobrażał, a dopiero potem spotykać się z nim jako koleżanka. Zanim zaczniesz jej bronić – na miejscu Mal wyobraź sobie chłopca, który w piątek umawia się z jedną nowo poznaną koleżanką, a w sobotę, wciąż chcąc utrzymywać kontakty z pierwszą, spotyka się z inną, która jest w nim zakochana. Wyziera spod tego niewinnego incydentu jej nieszczerość i chęć poprawienia sobie samooceny.
Zupełnie nie rozumiem też innej kwestii; w momencie, kiedy Hubert pokazuje Mal zdjęcie Kuby przytulającego jakąś inną, Bogu ducha winną dziewczynę, bohaterka wpada w szał. Owszem, słowa Huberta i jego oczywiste intencje to jedno, ale zauważ kilka rzeczy: nie wiadomo, kiedy zdjęcie było zrobione, nie wiadomo, czy Kuba był wcześniej w związku, nie wiadomo, jaki fotka ma wydźwięk (może to jego siostra? Poza tym czy byłoby w tym coś nieodpowiedniego, gdyby pozując do fotografii, Sebastian przytulił Mal?), ale jeden rzut oka wystarczy: MAL ZOSTAŁA ZDRADZONA. Potem nasza bohaterka denerwuje się przez dwa dni i zamiast po słynnym meczu wyjaśnić sprawę ze swoim chłopakiem, ona woli zrobić awanturę w miejscu publicznym i nawet nie biorąc pod uwagę żadnych wyjaśnień ze strony Kuby, wrócić do domu. No, ale jakie są zalety tej sytuacji: po drodze całuje się z Sebastianem na otarcie łez.

Bohaterka nieidealna byłaby całkiem pozytywnym zjawiskiem, ale mam wrażenie, że akurat Mal dopadł syndrom Belli – nudziara, która nie jest może szczególnie zła, ale też nie posiada wiele zalet, a jest obiektem fascynacji dwóch chłopców i samego pana Śmierci. Zacznijmy od przemyśleń Sebastiana, bo te akurat miałyby prawo idealizować dziewczynę, którą jest zauroczony:
„Nie była to jakaś oczywista uroda, ale taka bardziej wyrafinowana. Szczupła, blada twarz nie miała żadnych piegów czy pryszczy. Czarne, gładkie włosy rozsypały się na ziemi. Kilkakrotnie narzekała, że są zbyt długie” – wyrafinowana uroda, szczupła sylwetka, idealna cera, super! Tylko tego narzekania Mal na zbyt długie włosy nie potrafię zrozumieć, bo to trochę absurdalne.

Jednak to, co chcę przekazać, najlepiej obrazuje fragment, w którym Śmierć opisuje Mal; ten, który mnie niezmiernie zdziwił.
„Co prawda, teraz, im dłużej przebywał koło niej dostrzegał pewne znajome cechy. Na przykład upór. Odwagę. Inteligencję. Elastyczność. Zdolność racjonalnego myślenia w sytuacjach zagrożenia. Umiejętność dopasowania się do sytuacji. Pewne drobne szczegóły, czasem wrażenie, którego nie potrafił nazwać”. Ostatnie zdanie sugeruje jakąś magiczną otoczkę wokół Mal, czego – poza łamaniem praw fizyki w scenach walki – kompletnie nie zauważyłam i zastanawia mnie, na jakiej zasadzie Śmierć miałby zauważyć, będąc istotą nadprzyrodzoną i o bardzo ważnej roli w co najmniej dwóch światach. W żaden sposób nie jestem w stanie uwierzyć, że akurat ona jest lepsza od dziesiątek Safon, z którymi na pewno miał do czynienia, jak długo istnieje. Poza tym gdzie dało się w niej zobaczyć inteligencję choć trochę powyżej przeciętnej? W całym tekście nie potrafię wskazać jednej takiej sceny, przy czym mogę przywołać kilka, w których Mal zachowuje się jak idiotka. „Elastyczność” też nie jest jej mocną stroną, nie mówiąc już o „zdolności racjonalnego myślenia w sytuacjach zagrożenia” – przy bójce z Kasandrą ograniczyła się do bycia powaloną na podłogę i machania rękami. No, chyba że skłonność do dźgania puginałem obcych mężczyzn zalicza się do tej kategorii. Z oporem akurat mogę się zgodzić, no i jeszcze pod odwagę można podciągnąć pytanie nowego nauczyciela, czy przypadkiem nie jest czymś innym niż człowiekiem (w końcu gdyby nim był, to pewnie dostałaby uwagę do dzienniczka za sugerowanie, że nauczyciel jest jakimś… paraczłowiekiem), choć to równie dobrze mogła być głupota. Ta „umiejętność dopasowania się do sytuacji” to stuprocentowa prawda, ale zobrazowałaś to w formie całkowicie kuriozalnej. Większe niedowierzanie towarzyszy jej w momencie, gdy dowiaduje się, że jej chłopak zrobił sobie zdjęcie z jakąś dziewczyną, niż w sytuacji, gdy obcy dziwak przedstawiający się jako „Śmierć” zaczyna za nią chodzić i obserwować ją, gdy ta śpi, je, uczy się, chodzi na randki... Swoją drogą zastanawia mnie to założenie – on jest w stanie pół dnia łazić za obcą nastolatką, podczas gdy, hej, ludzie próbują umrzeć! To ten moment, w którym już wiesz, dlaczego Rasputin czy święty Sebastian tak długo się męczyli; wcale nie byli tacy super, po prostu Śmierć poszedł podglądać uczące się siedemnastolatki.
Potem mamy jeszcze taki fragment:
„Wsłuchał się w rozmowę Mal ze sowimi rodzicami i zobaczył ją tak wyraźnie, jakby stała obok niego – roześmianą, beztroską, nienaganną uczennicę i wzorową córkę” – nie rozumiem, dlaczego Śmierć przejmuje się akurat tym, jaką uczennicą jest Mal, a do tego znów wydaje mi się to przesadzone; już zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że sam był świadkiem tego, jak zupełnie nie nauczyła się na sprawdzian z historii. Niby obie zalety bohaterki można gdzieś wtrącić, ale po pierwsze – bez zbędnej egzaltacji, bo w czytelniku rodzi się bunt: bo przecież Mal nie jest wcale tak idealna, jak ją przedstawiasz, po drugie naprawdę przeszkadza mi, że w taki sposób myśli o niej właśnie Śmierć (dla mnie to najpoważniejsza niespójność w jego kreacji i po prostu nie jestem w stanie uwierzyć, że tak zachwycałby się właśnie nią).

Kiedy mówię o cechach, które nie znajdują potwierdzenia w tekście, odnoszę się głównie do tego, jak przedstawiłaś Mal na samym początku. Scharakteryzowałaś ją kilkoma ogólnymi określeniami i napisałaś między innymi, że uwielbia czytać, ale to zwyczajnie nie wystarczy – trzeba to jeszcze pokazać! Chciałabym chociaż raz zobaczyć, jak faktycznie czyta dla przyjemności, a nie po to, by poznać swoje pochodzenie; od czasu do czasu bohaterka trzyma w rękach jakąś książkę, ale tylko dlatego, że akurat z jakiegoś powodu musi i nie ma czerpie z tego żadnej radości. Sposób, w jaki usiłujesz ją przedstawić czytelnikowi, jest bardzo naciągany, bo zwyczajnie nie odczuwam tego, co Śmierć ma do powiedzenia na jej temat; to wszystko puste słowa niemające odzwierciedlenia w tekście.
Wspominałam już o tym, że pokój Mal jest wyjątkowo ważnym pomieszczeniem. Nie jestem pewna, czy było to zamierzone, nawet nie wiem, czy sama zwróciłaś na to uwagę; możliwe, że nie miałaś zupełnie takiej intencji, ale jednak to właśnie tam główna bohaterka spotyka się ze Śmiercią i w związku z tym większość ważnych scen ma miejsce również właśnie tam. To z tego powodu przeszkadza mi, że ciężko sobie to miejsce wyobrazić – nie jest w żaden sposób charakterystyczne, opis ogranicza się do wymienienia kilku mebli, bez których właściwe opisanie akcji byłoby niemożliwe (fotel, żeby Śmierć miał gdzie siedzieć, łóżko, żeby Mal miała gdzie zasypiać i szafa… żeby była nad nią tajna skrytka). Jak brzydka scena teatralna, a nie pokój, który jednak powinien choć trochę odzwierciedlać właściciela – ten mógłby w nim rozrzucać książki, papierki po cukierkach, rozstawiać wszędzie odkurzacze, bo jest ich kolekcjonerem, albo mieć szafę pełną jednego typu ubrań. Masz okazję opisać mnóstwo szczegółów, którymi można scharakteryzować postać, ale póki co wychodzi na to, że Mal pozbawiona jest duszy i zainteresowań.
Również między innymi dlatego naprawdę dziwi mnie to, dlaczego ktokolwiek ma ochotę przebywać z Mal; wydaje się nie znosić towarzystwa kogokolwiek poza Śmiercią, a kontakty z koleżankami traktuje jako pewnego rodzaju przymus i denerwuje się w myślach na to, że śmiały ją gdziekolwiek zaprosić. Nie jest interesująca, a już na pewno pod żadnym względem nie można jej nazwać sympatyczną i dlatego nie rozumiem, dlaczego ktokolwiek chce z nią rozmawiać, skoro wręcz jasno daje do zrozumienia, że nie przepada za innymi ludźmi. Widać to choćby w tej sytuacji, kiedy z trudem powstrzymuje się przed wpisaniem Nadii do telefonu jako „jędza”, ponieważ ta pomaga koleżankom Mal ze scenografią, miała iść do liceum plastycznego i użyła słowa „dryndnijcie”. Nic więcej o tej dziewczynie nie wie, a pozwala sobie na takie oceny – niby dlaczego? Nie będę nawet rozpisywać się, że Nadia wzbudziła we mnie więcej sympatii niż Mal ze względu na kilka wyrazistych cech i zainteresowania… To raczej dość oczywiste.
Ten cytat znowu chyba najlepiej oddaje, co mam na myśli, pisząc o prawach i przywilejach:
„- Śmierć, mogę ci zadać pytanie? – Faktycznie zawsze najpierw pytam o pozwolenie. Głupi nawyk.

- Czy kiedyś powiedziałem, że nie możesz? – Za to z drugiej strony on zawsze odpowiada podobnie. Mogłam to uznać za taki nasz mały zwyczaj. Tak. Taki mój mały zwyczaj, kiedy rozmawiam ze Śmiercią. Brzmiało, jakbym była nienormalna” – komentarze do tego fragmentu mnie załamały. Kiedy już bohaterka wykazała się dobrym wychowaniem i kulturą, czując dystans, jaki dzieli ją, nastolatkę i Śmierć, pana życia i śmierci, zaraz zaczyna się zaraz potem zastanawiać, po co właściwie to zrobiła, bo to przecież takie bezsensowne… Mam nadzieję, że wiesz, co chcę Ci przekazać i dlaczego tak bardzo krytykuję tę bohaterkę. Ona po prostu nie ma żadnych predyspozycji do wzbudzania sympatii czy utożsamiania się z nią.

Z bohaterami mam ten problem, że wyraźnie widać, których kreujesz na tych „do polubienia” i pozostałych (oraz Kubę), nie dając czytelnikowi czasu na osąd. Tę tendencję widać zwłaszcza w przypadku Mal i Kuby, trochę mniej przy Sebastianie i Śmierci, co zaraz wyjaśnię w przypadku każdego bohatera z osobna. Nie musi ona irytować Twoich odbiorców czekających z tygodnia na tydzień na nowe odcinki, ale dla mnie było to nieprzyjemne – czytałam tekst jednym ciągiem – i podejrzewam, że podobne wrażenia może mieć wiele osób, które zapoznają się z Twoim opowiadaniem na obecnym etapie jego istnienia (trzydzieści cztery rozdziały to jednak dość sporo).
Mam wiele zastrzeżeń do tego, w jaki sposób wykreowałaś postać Kuby; oto przedstawienie chłopca, który początkowo według czytelnika ma szansę stać się jednym z ważniejszych bohaterów:
Ledwie zdążyłam to powiedzieć zza rogu wyłonił się obiekt westchnień, wysoki, wysportowany i ciemnowłosy Kuba”.
„Miał piękne, przejrzyste niebieskie oczy, ale ciemniejsze, prawie granatowe i krótkie, zmierzwione, jasnobrązowe włosy” – trochę źle, że chłopiec idealny w ciągu akapitu zmienia postać.
Już samo to, że go tak niekonsekwentnie opisujesz, podając zaledwie kilka cech wyglądu bez żadnych charakterystycznych elementów, pokazuje, że tak naprawdę było Ci wszystko jedno, kim on jest – i w tym momencie domyśliłam się też, że to raczej nie miłość życia Mal, tylko postać-marionetka, przywoływana do intryg miłosnych i niczego więcej. Co prawda pozwoliłaś mu pojawiać się w nieco większej ilości scen, niż można by się tego spodziewać, jednak w pewnym momencie zniknął po zranieniu Mal i tyle go widziano. Mimo że jest „jakiś” i da się go określić w paru słowach, jak dla mnie to najbardziej pokrzywdzona postać ze wszystkich przez Ciebie stworzonych. Od początku miałam wrażenie, że chcesz, by wypadł słabo na tle innych męskich postaci (Sebastian ujmujący otwartością oraz bardzo introwertyczny Śmierć, który bardzo wiele zyskuje poprzez swoją funkcję), robiąc z niego nie tyle nieśmiałego chłopca, co wysportowanego, dwulicowego (niczym Mal) półgłówka. Dlaczego? Dalszy opis:
„Oczywiście w towarzystwie kolegów, bo jakżeby inaczej, zawsze otaczało go kilkunastu mniej, lub bardziej dziwnych typków, chyba przyjaciół. Nie do końca rozumiałam, jak się można przyjaźnić z kimś o tak niskim ilorazie inteligencji. Udawać nie udawali, bo nikt nie gra tak dobrze” – w kwestii technicznej: trzy zdania obok siebie, a aż tyle informacji. Reszta: po pierwsze – ci chłopcy zachowują się jak stereotypowe uczennice w wieku nastoletnim, które biegają wszędzie razem i chichoczą. Po drugie – w pierwszej chwili zrozumiałam, że to nie jego koledzy są inteligentni inaczej, a sam Kuba, bo konstrukcja zdania jest niejednoznaczna.

Dalej miałam okropne déjà vu, a chodzi mi o tę scenkę:
„- Cześć Mal. – Przywitał się sztywno.

- Hej.

Milczeliśmy, a na jego twarz powoli wypływały czerwone rumieńce. Czy tylko miałam wrażenie, czy gdzieś z boku doszły mnie przytłumione śmiechy? Nieważne. I tak uważałam, że uroczo jest, gdy się facet wstydzi. Powinien oczywiście, bo perspektywa zagadania do mnie ma go onieśmielać. No, ale nie powinien się też jąkać, bo ucieknie zanim zdąży wykrztusić z siebie zaproszenie. Dlatego uśmiechnęłam się zachęcająco.

- Wiesz… - przerwał i wziął głęboki oddech. – Jacięchciałemzaprosićnadyskotekę.

Wyrzucił z siebie potok słów tak szybko, że nie do końca zrozumiałam, o co mu chodziło. Oczywiście mniej więcej miałam pojęcie, ale lepiej się upewnić, żeby nie wyjść na głupią.

- Co? – spytałam nieelegancko.

- Znaczy, chciałem spytać, czy nie mogłabyś pójść na dyskotekę ze mną? To znaczy wiem, że to już niedługo i może trochę za późno…

- Oczywiście. – przerwałam mu i posłałam kolejny uśmiech.

- Spotkamy się o dziewiętnastej. – Spróbował zrobić się stanowczy jak na twardziela przystało. W każdym razie jego zdaniem.
– Pa!
- Do zobaczenia. – mruknęłam”.

Mnie przychodzi tylko jedno na myśl:
„— Eee... Cho! Mógłbym zamienić z tobą słówko?
Chichotanie powinno być zakazane, pomyślał ze złością, patrząc na otaczające Cho dziewczyny. Ale Cho odpowiedziała tylko: „Oczywiście” i odeszła za nim od grupy koleżanek.
Harry spojrzał na nią i żołądek podskoczył mu dziwnie, jakby opuścił stopień, zbiegając po schodach.
— Ee — bąknął.
Nie był w stanie tego z siebie wydusić. Nie potrafił. Ale przecież musi. Cho stała z nieco zdziwioną miną i przyglądała mu się uważnie.
Słowa same wyleciały Harry’emu z gardła, zanim zdołał uporządkować je językiem.
— Chcesziśćzemnąnabal?
— Słucham?
— Czy ch-chciałabyś iść ze mną na bal? — zapytał. Dlaczego sie ̨ zaczerwienił? Dlaczego?
— Och! — Cho też się zaczerwieniła. — Och, Harry, naprawdę mi przykro — i zrobiła taka minę jakby naprawdę było jej przykro. — Już powiedziałam komuś, że z nim pójdę.
— Och — powiedział Harry”.
(fragment z książki „Harry Potter i Czara Ognia”)

Mamy tutaj zawstydzonego chłopaka, który wymawia wszystko jednym tchem, śmiechy towarzystwa, które stoi w tle, jąkanie się, zdezorientowanie dziewczyny. To trochę nieprzyjemne i faktycznie żywcem wyjęte z opowiadań dla nastolatek. Baaaardzo typowa scenka.
Wracając do Kuby, dalej Mal odbywa z nim bardzo nudną randkę, przerwaną w połowie przez Sebastiana, z którym to ona wraca do domu (biedny Jakub sportowiec). Jakiś czas później Mal postanawia dać Kubie jeszcze jedną szansę, żeby się wykazał i wypadł świetnie. Nie zrobił ani jednego, ani drugiego, ale gdy tylko w jakimś akapicie pojawia się jego imię, obowiązkowo musi paść określenie „motyle w brzuchu”, więc nie jest źle, bo przynajmniej bohaterka ma pozytywne wrażenia do czasu rzekomej zdrady. Jeśli faktycznie nawiązał romans w czasie tego miesiąca (!) ich związku, to gratuluję mu życzliwych kolegów. Naprawdę nie mógł z tym poczekać, aż mu się obecna dziewczyna znudzi, jak każdy normalny człow… znaczy drań? Chyba że to Mal była tą drugą, bo tego nie mogę wykluczyć.
Jednym zdaniem – Kuba to bardzo jednowymiarowa postać i widać, że to tylko narzędzie. Rewolucja w tym momencie i tak wypadłaby nienaturalnie, więc na tym poprzestańmy. Martwi mnie jednak to, że związek Kuby z Mal wypadł tak płytko, bo wydaje mi się, że wyraźny wątek miłosny wyszedłby temu opowiadaniu tylko na dobre. Tymczasem naprawdę widać, że przywiązujesz do niego bardzo małą wagę, a sama Mal przypominała sobie najwyżej od czasu do czasu o tym, że wypadałoby wysłać do chłopaka jakiegoś esemesa, a o nim samym myślała tyle, co o panu Janku ze sklepu spożywczego. Żadnego napięcia, strona emocjonalna potraktowana tak po macoszemu, że aż boli, zero zaangażowania z jednej lub drugiej strony.
Kolejnym bohaterem, o którym chcę co nieco opowiedzieć, jest Sebastian. To w sumie całkiem pozytywna postać i mam wrażenie, że dasz sobie spokój ze swataniem Mal z ludźmi i zostaniesz przy elfie. Poza wcześniej wspomnianą otwartością i jakimś optymizmem, w Sebastianie bardzo podoba mi się jego odwaga i zasady, jakimi się kieruje w życiu. W porządku, motyw z „przypadkowym” czy „spontanicznym” (na pocieszenie?) pocałunkiem był tani, ale gdybym wszystkie postacie rozpatrywać tylko pod kątem opisywanych przez Ciebie romansów, to chyba każda wypadłaby gorzej, niż na to zasługuje. Sceny romantyczne są zdecydowanie przesadzone i to jak dla mnie najsłabsze fragmenty Twojego opowiadania, głównie przez to, że posługujesz się bardzo popularnymi motywami, nie dając nic od siebie. Podkochiwanie się w koledze, odwzajemnienie uczucia, pierwsza nieudana randka, szansa, kolejna randka, pierwszy pocałunek, a potem nagła zdrada i kolejny chłopiec – wszystko to już było, a w tych historyjkach zupełnie brak jakiejś intymności czy poczucia, że są wyjątkowe. Póki co właśnie Sebastian ma szansę odegrać większą rolę, ale znowu jeden tekst… „Nie możemy się spotykać, jestem elfem”. Zmień słowo „elf” na „wampir” i dostaniemy bardzo podobną historyjkę z podobną główną bohaterką. Powyższy przykład chyba najlepiej obrazuje, co miałam na myśli, pisząc, że będę oceniała postacie w oderwaniu od romansów. W końcu Sebastian wykazywał się pozytywnymi cechami wielokrotnie: miał sporo zainteresowań, realizował pasje, później zaprzyjaźnił się z Mal i tu pojawiło się parę sytuacji, które faktycznie pozwoliły mu się wykazać. Spotkał Śmierć – ukłonił się i rozmawiał z nim odpowiednio, a nie jak równy z równym (patrz: przypadek Mal). Podobał mi się też w scenie po próbie ocucenia głównej bohaterki, kiedy chciał ją lekko spoliczkować w jedynej moralnie uzasadnionej sytuacji, kiedy można bić innych ludzi po twarzy – po tym, jak dziewczyna standardowo dostała ataku, nie wybiegł z mieszkania, tylko został przy niej, wiedząc, że inaczej może się wpakować w kłopoty. Czyli nie działa impulsywnie, co jest miłym kontrastem dla pozostałych bohaterów.
Śmierć. Abstrahując od jego wyglądu, w tym przypadku nie mogłam się na początku przyzwyczaić do używania przez Ciebie męskiej formy czasowników w odniesieniu do tej postaci. Zresztą trochę zdziwiło mnie, że przedstawiłaś go jako mężczyznę; rodzaj żeński w języku polskim dla tego słowa, jakieś dzieła literackie typu „Rozmowa Mistrza Polikarpa ze Śmiercią” raczej nastawiały mnie na to, że kostucha powinna być kobietą lub płci nie mieć. Jak już się przyzwyczaiłam do Twojego pomysłu i pisania „Śmierć mi powiedział”, zauważyłam parę zalet takiego przedstawienia mrocznego żniwiarza, ale też doszłam do paru nieprzyjemnych wniosków.
Podoba mi się, jak on się zachowuje w naturalnych sytuacjach – jest istotą bardzo spokojną i odpowiadającą lakonicznie. Niezbyt tajemniczą, ale dającą się lubić. W relacji jego i głównej bohaterki doceniam kontrast: powściągliwość Śmierci jest jeszcze przyjemniejsza, kiedy długo czytało się o rozwydrzonej Mal, poza tym bardzo spodobała mi się niespodziewana propozycja, która brzmiała: no to teraz gramy w szachy! – było to dość zaskakujące. Nie mogę się jednak pozbyć wrażenia, że jego relacje z Mal są chwilami BARDZO niepokojące – w końcu, jak wspomniałam, on obserwuje ją, gdy ta zasypia, budzi się, chodzi na randki (kolejny Edward) i mam szczerą nadzieję, że to rzeczywiście ze względu na jakąś obietnicę daną komuś dość istotnemu, a nie osobiste dewiacje. Nie wyobrażam sobie jego romansu z Mal, wolałabym znacznie, żeby był jej ojcem, co w sumie nie jest aż tak nieprawdopodobne.
Bardzo rozśmieszył mnie opis posiadłości Śmierci. Otóż mieszka on w „wielkim, wzniosłym, ciemnym, strzelistym, trochę gotyckim” dworze; to takie stereotypowe. Czy on co epokę zmienia design posiadłości, by wpasować się w wyobrażenia śmiertelników o tym, w jakim miejscu powinien spędzać wolny czas? Może ta posiadłość wcale nie jest gotycka, tylko neogotycka?
Poza tym Śmierć zniechęcił mnie do siebie tymi swoimi żalami i uznałam, że bardzo nie lubię, kiedy wpada w depresyjne stany:
„Jestem, kim jestem i nikim innym być nie mogę, bo to, że istnieję wynika z funkcji”.
Całe szczęście, że Mal mu współczuje:
„Zrozumiałam. W sumie, mogłam na to wpaść. To, co mówił było smutne i w tym momencie pomyślałam, że Śmierć jest pewnie jedną z najbardziej samotnych istot we wszechświecie. Dobry nastrój gdzieś się ulotnił, zastąpiony zamyśleniem.
- Jestem bardzo szanowany w drugim świecie – kontynuował. - Choć szanowany, to niezbyt właściwe słowo. Większość osób jest przerażona i wita mnie zgięta w ukłonie, przejęta takim zaszczytem, jakim było moje pojawienie się w skromnych progach jego domu. Mogę powiedzieć, że się przyzwyczaiłem. Zazwyczaj mi to nie przeszkadza, ale czasem…” – wiem, że chciałaś ukazać drugą stronę wszystkich jego przywilejów, ale ten monolog wypadł dość sztucznie w obliczu jego wcześniejszych wypowiedzi.
Nie podoba mi się też, że Śmierć znosi panoszenie się Mal, pozwalając jej mówić do siebie w dowolny sposób. Warknięcie „- Weź sobie to i zabierz sprzed moich oczu!” i rzucenie w niego brudnym sztyletem (co uczyniła, nawet na niego nie patrząc, taka jest super) raczej nie było zbyt miłe, ale jak wiadomo, głównej bohaterce wszystko ujdzie płazem. Tak samo dziwiło mnie, jak on ją przepraszał po zasugerowaniu, że znalezionego kotka można oddać do schroniska. Reakcja Mal chyba miała sugerować, że schronisko dla kota byłoby tym, czym sierociniec, w którym chwilkę przebywała, dla niej, jednak to według mnie naciągane, bo Śmierć nie miał nic złego na myśli i po prostu nie sądził, że przybrani rodzice Mal zgodzą się na przygarnięcie zwierzęcia. W ogóle całe to podkreślanie, że ona nie ma rodziców, jest dość denerwujące; taka wizyta u weterynarza – ja wiem, że ona przybranych rodziców nie musi traktować jak rodzonych, ale biologicznych w ogóle nie pamięta. Kiedy pani weterynarz zapytała o to, czy rodzice wiedzą, że Mal znalazła kotka i chce go wziąć do domu, to raczej oczywiste, że chodziło jej o opiekunów prawnych – bohaterka nie musi się obcym ludziom zwierzać ze swojego sieroctwa, bo to nie ich sprawa. Nie będę się jednak już rozwodzić nad tym, jak irytujące jest to podkreślanie, jak twarda potrafi być Mal, a wrócę do Śmierci.
Jeżeli chciałaś uzyskać efekt w postaci bohatera o słabym charakterze, mającego skłonność do melancholii, który po prostu wychodzi, kiedy nie chce mu się kłócić, to udało Ci się, jednak mam wrażenie, że cel był inny. Być może chciałaś pokazać tę „ludzką” stronę Śmierci – jeśli tak było, poszło to moim zdaniem w złą stronę, odbierając tej postaci potencjał. Sądzę, że wystarczyłoby, gdybyś zmieniła wydźwięk przywoływanych przeze mnie fragmentów, a Śmierć wypadłby znacznie lepiej, bo w przeciwieństwie do Kuby, którego kreacja jest zła od podstaw, w tym przypadku o ocenie bohatera decydują nieprzemyślane szczegóły.
Ogólnie rzecz biorąc, najlepszy przyjaciel Mal jest wciąż dość ciekawy i przyjemny, dopóki czytelnik nie próbuje się wgłębiać w jego psychikę.

Obecnie niektórzy bohaterowie w tle robią znacznie lepsze wrażenie niż ci pierwszoplanowi, a to jedna z gorszych rzeczy, jakie temu tekstowi mogły się przydarzyć.
Chciałabym też zwrócić uwagę, że początkowo polubiłam Mal; zanim okazało się, że to Mary Sue w typie Belli Swan, cieszyłam się choćby z tego, że wreszcie ktoś przedstawił uczennicę w szkole, która nie jest w tej placówce tylko po to, by powyzywać wszystkich nauczycieli dookoła. Z biegiem czasu okazuje się ona jednak coraz mniej ciekawą postacią, za to przez trzydzieści cztery rozdziały nie zawiodłam się w ogóle ani na Lizzy, ani na przybranej matce Mal. Mało tego, podobała mi się nawet melodramatyczna historia tej drugiej; szczerze mówiąc nawet nie spodziewałam się, że będzie o niej coś więcej powiedziane. Wrażliwa i pomocna Lizzy naprawdę dobrze wypada przy Mal, wręcz wydawałaby się lepsza do roli postaci pierwszoplanowej. Całkiem epizodycznych bohaterów już tutaj pominę, bo było ich zbyt wielu i raczej nie pełnili żadnej na tyle ważnej funkcji dla tekstu, żebym mogła się nimi szczegółowo zająć.

Świat przedstawiony jest nijaki. Z jednej strony wokół domu głównej bohaterki pojawił się park, gabinet weterynaryjny, sklep zoologiczny, szkoła, herbaciarnia, kawiarnia – tyle że ja nie mam pojęcia, w jakim kraju akcja ma miejsce. Jedynymi wskazówkami wydają się niektóre nazwiska, np. kierowcy autobusu (Jabłoński) i nauczyciela (który co prawda oryginalnie pochodzi z Rumunii, ale nie przeszkadza mu to mówić biegle w języku polskim i uczyć historii pod przybranym nazwiskiem Włodzimierz Drewiński – tak dla niepoznaki). Zakładając, że książka Brama Stockera naprawdę istnieje w Twoim uniwersum, to należy przyjąć, że wydarzenia toczą się w naszym świecie, a powyższe nazwiska sugerują, że w Polsce. Gorzej z imionami, bo o ile swojski Kuba i podobnie brzmiący w każdym języku Sebastian przejdą, to zachwyt nad oryginalnością imienia „Mal”, wskazujący, że to pełne imię, jest co najmniej dziwny – w Polsce istnieje ustawa, której treść jasno mówi, że imię powinno wskazywać jasno na płeć dziecka; „Mal” sugerowałoby płeć męską, bo nie kończy się na „a”, a nie należy do klasycznych wyjątków typu Beatrycze czy Miriam. Nic też nie podpowiada czytelnikowi, że to skrót – na przykład od Malwiny. To samo z Lizzy: może i faktycznie dziewczyna chciałaby, żeby w ten sposób zdrabniać imię Eliza, jednak przy nieokreślonym tle brzmi to lekko kiczowato.
Polskie autobusy szkolne nie są żółte, tylko pomarańczowe*. Poza tym zastanawiam się, w jakim celu jakikolwiek pojawił się w tekście – szkolne autobusy występują tylko na terenach wiejskich, a obecność parku sugerowała raczej miasto, nie mówiąc już o pijalni herbaty czy czekolady, które potrzebują klientów, by przynosić zyski. Mam takie dziwne wrażenie, że miejscem akcji jest polska wieś na środku amerykańskiego miasta.
*Edit. Xilmandr donosi, że autobusy szkolne w Polsce spotyka się także w innych kolorach.
Ogólnie świat przedstawiony wyglądałby znacznie lepiej, gdybyś podała wprost podstawowe informacje o nim – widać, że na jego szczegóły masz dużo pomysłów, które przedstawiasz, gdy zaistnieje taka potrzeba, jednak trudno je sobie zobrazować bez znajomości realiów, w jakich ma miejsce akcja.
Teraz przyjrzyjmy się wątkowi dotyczącemu zwierząt. Nie jest to może sprawa najistotniejsza, ale moją uwagę zwrócił pewien szczegół.
Przeciw psom nie miałam nic szczególnego przeciwko, ale irytowała mnie trochę ich bezwarunkowa miłość do właściciela. Żadna istota tak się normalnie nie zachowuje, więc psy mają po prosty wyprane mózgi” – tak zaczyna się wypisywanie wad psów i zalet kotów. Trochę absurdalne jest porównywanie zwierzęcia żyjącego w grupach do takiego, które ma słabo rozwinięty instynkt stadny, bo to równie bez sensu jak zakładanie, że każdy pies czy każdy kot ma identyczny charakter, ale powiedzmy, że Mal ma jakiś uraz do psów i obserwujmy, jak rozwija się sytuacja.
„Teraz, trzymając kota w ramionach, stwierdziłam, że jeśli miałabym wybierać, wybrałabym właśnie to zwierzę – mądre, aroganckie, tajemnicze i samolubne, ale potrafiące darzyć człowieka sympatią. Tak, miałam skłonność do patosu i ciut mrocznych klimatów, ale to chyba nieuleczalne” – miałaś skłonność do bycia pretensjonalną i do niedojrzałych zachowań, Mal. Tu oczywiście wypadałoby zauważyć, że bohaterka ma prawo do dziwnych opinii, również na temat zwierząt domowych, problem polega na tym, jak wygląda to później. W ciągu całego opowiadania kot zachowuje się bowiem zupełnie jak wesoły, szukający towarzystwa piesek, a przecież ona wcześniej długo uzasadniała, że nie lubi psów z powodu ich konkretnych cech… I jak tu  traktować poważnie?
Do samego przebiegu akcji „Mal znajduje kota” mam już więcej zastrzeżeń. Po pierwsze, bohaterka zauważa kota w krzakach i od razu zakłada, że powinna go zabrać do domu. Przez myśl jej nie przeszło, że kot może być czyjś, że może kilka metrów dalej siedzi jego kocia matka (nie znamy dokładnego wieku zwierzęcia, ale ponoć jest „bardzo malutkie”, więc mogłoby to pasować), tylko decyduje, że będzie jego właścicielką. No dobra, po prostu działała pochopnie.
Po uzyskaniu zgody rodziców na jego zatrzymanie biegnie z nim do weterynarza, a tam kolejne zdziwienie, bo zachowania „właścicielki weterynarii” (tak jest napisane) nie mogę zrozumieć. Zabiera ona kota w nieokreślone miejsce na pół godziny, żeby po całym tym czasie stwierdzić tyle, że kotka jest „zdrowa, ale wychudzona”; takie coś da się ocenić w kilka sekund, a nawet pół godziny to stanowczo za mało, żeby uzyskać wyniki jakichkolwiek sensownych badań – choroby zakaźne, białaczki, te sprawy. Powinna ocenić wiek kota, założyć mu książeczkę, porozmawiać z właścicielem o odrobaczaniu i szczepieniach (nie wiem, co się działo przez te pół godziny, ale robienie kotu szczepień bez pytania właściciela o to, czy w ogóle chce za nie zapłacić, nie jest zbyt mądre), a także o sterylizacji. Nie wspominając o tym, że skoro ma przed sobą osobę, która pierwszy raz będzie opiekować się tego typu zwierzęciem, powinna porozmawiać z nią o jakichś podstawach; no, ale załóżmy, że nie było czasu, w końcu spędziła pół godziny na zabawę z kotem w swoim gabinecie.
Możesz mówić, że takich szczegółów po prostu nie ma, bo są zbędne – pewnie! wszystko da się pominąć, zostawić w domyśle, ale obecnie opis całej wyprawy do weterynarza już i tak jest dość długi i pełny opisów frędzli na psich leżakach, że sposób przedstawienia akcji sugeruje, że wizyta została opisana minuta po minucie.

To, co również nie odpowiadało mi w Twoim opowiadaniu, to skrajnie nierealistyczne sceny walki. Apogeum absurdu to leżąca na ziemi siedemnastolatka, która za pomocą szybkiego pchnięcia rękami jest w stanie skręcić dorosłej kobiecie kark, ale zanim do tego przejdziemy, porozmawiajmy o walce z demonem.
Sytuacja wygląda następująco: Mal wraca po lekcjach do domu pieszo, po drodze w krzakach znajduje kota, więc to z nim idzie do mieszkania, później wybiera się ze zwierzątkiem do weterynarza (idzie pieszo, zajmuje jej to godzinę) i do sklepu zoologicznego, po czym znów wraca do domu, tym razem z pełnym ekwipunkiem. Powinna być więc nieco zmęczona, ale zachwycona kotem, skoro tak lubi te zwierzęta. Zamiast tego jednak zaraz po odrobieniu lekcji stwierdza, że ma ochotę gdzieś się przejść – no dobra, wygląda na to, że jest po prostu aktywną osobą, a kotek może poczekać. Niestety, właśnie przez to zamiłowanie do spacerów nasza bohaterka zostaje zaatakowana w parku.
„Nie zdążyłam nawet westchnąć, a zostałam gwałtownie pociągnięta do tyłu. Ktoś wygiął mi rękę do tyłu, a ta odpowiedziała pulsującym bólem. Jęknęłam głośno, zgięta w pół, po czym ktoś pociągnął moją głowę z powrotem do pozycji pionowej. (…) Niedaleko mojej twarzy pojawiło się ostrze. Nawet w tej chwili, jakby mózg specjalnie się wysilał, czując, że nadchodzi definitywny koniec, poznałam, że to prawdziwy sztylet. Nie jakiś ordynarny nóż, ale szlachetne ostrze, z jakimś rzeźbieniem na rękojeści. Uśmiechnęłam się do siebie w myślach. Przynajmniej zadźgają mnie z klasą.
Srebrzyste ostrze połyskiwało w świetle księżyca zbliżając się do mnie jak na zwolnionym filmie. Kątem oka dostrzegłam Śmierć, stojącego nieco dalej i odcinającego się od tła nawet ciemną nocą. Najwyraźniej widoczne było ostrze kosy, trzymanej przez niego w ręku” – powtórzenia zaznaczyłam, jednak bardziej interesuje mnie, ile rąk ma napastnik (jedną ciągnie Mal za jej rękę, drugą odchyla jej głowę, trzecią trzyma nóż), a także dlaczego „ostrze” jest synonimem puginału, co sugerują słowa „Nie jakiś ordynarny nóż, ale szlachetne ostrze”. Jakby nie było, nóż też ma ostrze, więc to tak jakby mówić „nie jakaś ordynarna książka, ale szlachetna okładka”. Poza tym zastanawiam się, jak wyobrażałaś sobie tę walkę, opisując ją – wątpię, czy naprawdę Mal dostrzegłaby, jak ładna jest rękojeść, gdy właśnie ją miał w ręce napastnik i jakieś plugawe paluchy zasłaniały zdobienia; z takiej perspektywy mogłaby najwyżej podziwiać jelec. O ile taki element się w ogóle pojawił, a wątpię, by akurat on był zdobiony.

„Nagle coś we mnie pękło. Przerażenie i zrezygnowanie gdzieś znikły, zastąpione przez obojętność i absolutną pewność siebie. Nie wiem, z jakiego powodu, ale poczułam się bezpieczna, jakby nic mi nie zagrażało, cała sytuacja była wręcza absurdalna. Usłyszałam donośny śmiech rozlegający się głośno w pustym parku. Dopiero po chwili zorientowałam się, że wydobywa się z mojego gardła” – reakcja w stylu „hehe, lol” nie jest chyba najlepszym wyjściem, mając w perspektywie gwałtowną i przykrą śmierć, ale to Mal. Wiemy, że w grę wchodzą jej jakieś niesamowite zdolności, których póki co sama nie do końca rozumie; na ten moment czytelnik jednak niewiele wie o jej mocach i fragment wypada sztucznie.

„Sztylet zatrzymał się, ręka niedoszłego mordercy zadrżała lekko. Nie bacząc na przeszywający moją rękę ból, nie przejmując się już czy coś jej się nie stanie gwałtownie się szarpnęłam i wymierzyłam przeciwnikowi mocny cios w brzuch” – ma przed twarzą ostrze sztyletu. Napastnik z jakiegoś powodu postanowił dać jej dużo czasu do namysłu i przestał się poruszać, co już jest dziwne. Co on zamierza zrobić? Jakby chciał ją zadźgać, to już by to zrobił, a nie pokazał jej ładne ostrze, poczekał, aż Mal się uśmieje, pomachał bronią, po czym został zaatakowany. Druga rzecz to to, że ona miałaby małe szanse na wyszarpnięcie mocno trzymanej ręki, zwłaszcza że zmusił ją do stania w konkretnej pozycji.

Scena walki z siostrą wydawała mi się jeszcze mniej realistyczna, a kiedy zaczęłam ją analizować, wyszło na jaw trochę nowych problemów. Zacznijmy od od broni białej użytej do atakowania ludzi:
„Serce na moment mi zamarło. Stała w drzwiach kuchni, jakieś dwa metry ode mnie, bawiąc się trzymanym w rękach nożem, który wcześniej odłożyłam na blat” – jako że Mal miała tym nożem kroić sernik, bardzo wątpię, by był to tasak. Raczej coś dosyć tępego, może nawet nóż do masła. Nie wiem, czy próbowałaś kroić jakiekolwiek mięso nożem do masła, ale podpowiem, że trzeba się długo nad tym męczyć, a trudno się nawet przypadkiem zranić. Jeżeli natomiast Mal z jakiegoś dziwacznego powodu użyła noża do mięsa, by pokroić sernik, to nienawidzę jej jeszcze bardziej (to uczucie, gdy chce się przygotować obiad, ale brat użył jedynego dobrego noża do rozsmarowania masła na chlebie i ten trafił do zmywarki, której nie wolno otworzyć przez kolejne dwie godziny, dramat).

„Nie zdążyłam jeszcze nic zrobić, ani nawet skojarzyć, o czym właściwie mówi, kiedy rzuciła się na mnie z nożem w ręce. Uchyliłam się w ostatniej chwili i odskoczyłam pospiesznie kawałek dalej. Nie zdążyłam jednak zupełnie uniknąć ciosu, bo poczułam przeszywający ból w prawym ramieniu i kątem okaz zauważyłam szybko rosnącą, czerwoną plamę. Nie miałam wielkiego pola manewru, bo kuchnia nie należała do pomieszczeń specjalnie dużych (…). Jednak nie zdążyłam się nawet poruszyć, a rzuciła się na mnie ponownie, już bez noża, który wbił się w ścianę” – nóż do sernika wbił się w ścianę? Z czego to była ściana, z tektury? Z sernika?
„Kiedy spróbowałam wygiąć jej rękę owszem, udało się, ale obróciła się szybko, jakby zupełnie nie czuła bólu. Usłyszałam trzask i miałam wrażenie, że czuję jak łamie się jej kość. Obrzydliwe uczucie. (…)
 Walnęła mnie w brzuch zdrową ręką. Mocno. Tak, ze zgięłam się w pół ze łzami bólu w oczach. Potem jednym, sprawnym ruchem podcięła mi nogi, tak, że upadłam na plecy, uderzając głową o klamkę. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, a mięśnie odmawiały posłuszeństwa. (…)
Kiedy bolesne pulsowanie zmalało i przed oczami przestały tańczyć czerwone plamki zobaczyłam coś, co mogłam pamiętać do końca życia, co mogło trwać bardzo krótko, czyli Kasandrę z nożem w każdej ręce, która właśnie zamierzała na mnie skoczyć. Nie mogłam się nawet przetoczyć, brakowało mi miejsca. W akcie rozpaczy wyciągnęłam przed siebie ręce w obronnym geście i zacisnęłam powieki.
Zdrowo huknęło, tak, że przez chwilę nic nie słyszałam. (…) Usiadłam ostrożnie i wzdrygnęłam się – przy ścianie za drzwiami leżała nieruchomo Kasandra.
Wstałam i zbliżyłam się do niej ostrożnie, ściskając swoje krwawiące ramię. Pierś jej się nie unosiła, a nie miałam ochoty sprawdzać tętna. Nie miałam ochoty nawet na nią patrzeć. Spojrzałam dokładniej i zebrało mi się na wymioty. Na pewno nie była żywa. Żaden człowiek nie ma naturalnie tak wygiętej głowy.
Matko. Skręciłam jej kark”.
Zacznijmy od tego, że Kasandra mogła zginąć na wiele idiotycznych, ale fizycznie wykonalnych sposobów. Mogła się potknąć o kota i uderzyć głową w róg stołu, mogła się poślizgnąć na kałuży z coli albo na samochodziku zabawce. Ale jak do cholery szczupła dziewczyna leżąca na podłodze i wyciągająca do przodu ręce mogła skręcić kark zdrowej dorosłej kobiecie? Tutaj pewnie znów chodzi o jakieś nadprzyrodzone moce, może i magię, ale nic tego nie sugeruje; nie żaden strumień energii płynący z dłoni, ot, skręciła kark i już.
Pisałam o tym w ocenie bloga Nersi, napiszę i tu: kręgosłup osoby dorosłej to nie ołówek, który można komuś złamać, samemu leżąc na plecach w przestrzeni tak niewielkiej, że nawet nie da się złożyć rąk wzdłuż ciała. Inaczej nie nabijalibyśmy sobie guzów i nie mieli siniaków, tylko byśmy umierali. Zdarza się, że w wyniku upadku z większej wysokości czy ciężkiego wypadku następuje przerwanie ciągłości rdzenia kręgowego, ale jedyne, co w powyższej scenie robi Mal, to odepchnięcie Kasandry, która najwyżej wróciłaby do pozycji pionowej. Kompletnie nie mam pomysłu, co musiałaby zrobić, by w tej kuchni skręcić sobie kark, bo takie ryzyko byłoby bliskie zeru.
Dużo później Mal wspomina: „W geście desperacji wyrzuciłam przed siebie ręce, w podobnym geście, jak kiedyś, kiedy pędziła na mnie Kasandra, mając nadzieję, że tylko go zatrzymam, a nie skręcę kark. Wydawało się, że to było tak dawno temu”. To faktycznie sugeruje supermoce, ale jakieś wyjaśnienie przydałoby się z okazji śmierci siostry, nie retrospekcji, a już na pewno nie wtrącone tak mimochodem. Tekst bez tego wiele traci, bo czytelnik nie ma pojęcia, dlaczego coś tak chorego właśnie wydarzyło się w domu głównej bohaterki.

Twój styl nieszczególnie przypadł mi do gustu. Muszę przyznać, że masz dość bogate słownictwo na tle opowiadań, które ostatnio czytałam, ale mimo to zdarza Ci się używać słów w złym kontekście i po prostu widać, że nie sprawdzasz tekstu po jego publikacji. Czemu tak uważam? Jestem w stanie uwierzyć, że jakieś literówki można przeoczyć, ale bez przesady; żeby w ciągu roku nie znaleźć czasu na poprawienie przecinków w pierwszym rozdziale… Podobnie zresztą jest z akapitami; mam dziwne wrażenie, że na początku średnio umiałaś posługiwać się kodem na wcięcia, bo te wypadają często w środku po pojedynczym słowie rozpoczynającym nową myśl, lub w prawidłowym miejscu, jednak przy jednoczesnym zapomnieniu, że trzeba wcisnąć enter, więc chwilami mamy „Zobaczenie go było impulsem, do tamtego wspomnienia. (długa przerwa wewnątrz tekstu) Ale jeśli to było wspomnienie… przełknęłam ślinę”. Zresztą w niektórych rozdziałach akapity pojawiają się okazjonalnie i nie ma ich nawet przed dialogami, w innych wszystko jest w porządku. Zastanawia mnie też, dlaczego przy wypowiedziach z jednej strony dajesz dywiz, a z drugiej półpauzę (pewnie standardowo edytor tekstowy; nieważne, z obu stron powinny być pauzy lub półpauzy). Cieszę się natomiast, że dzięki pisaniu tego opowiadania zrobiłaś duży postęp: przez pierwsze rozdziały, najciekawsze fabularnie, ciężko mi było przebrnąć między innymi przez zupełny brak opisów i znaczną przewagę dialogów nad akcją. Z czasem zrównoważyłaś te elementy, ale jedyne, co można według mnie zrobić z pierwszymi częściami, to napisać je na nowo. Poza tym wydaje mi się, że jesteś tego świadoma – na początku tekstu dałaś dość infantylny opis wyglądu Mal, podając kolor włosów, cery i informację, że bohaterka uwielbia słodycze, ale ma dobrą przemianę materii; jakoś niedawno stworzyłaś kolejny jej opis, tym razem z punktu widzenia Sebastiana i tu pojawiły się elementy charakterystyczne dla jej twarzy (wreszcie!). Ogólnie opisy nadal nie są dominującą częścią tekstu, ale nie można również narzekać na ich brak czy formę; trochę gorzej sprawa ma się z dialogami. Odnoszę wrażenie, że czasem bardzo starasz się nadać dialogom formę zbliżoną do rzeczywistych, chaotycznych wypowiedzi w języku mówionym, przez co w konwersacjach bohaterów roi się od szalonych sałatek słownych, w których więcej jest wielokropków niż słów.
Wspominałam już o smętnych monologach Śmierci, które ten wygłasza sprowokowany przez pozornie neutralne pytania Mal (dotyczące zabójstwa, którego dokonała… ech). Większość rozmów nie wypada źle, ale część sprawia wrażenie skrajnie nienaturalnych lub przewidywalnych, jeśli nie ma obu tych cech. Najlepsze wrażenie robią rozmowy Mal i Sebastiana – te chyba jako jedyne wypadają naturalnie.
Błędów ortograficznych nie robisz poza nielicznymi wpadkami („tylnimi”, „wogóle”), z interpunkcją nie jest najgorzej, ale masz problemy z kilkoma zasadami, które wypisałam poniżej.
Chwilami denerwują mnie pseudosarkastyczne komentarze Mal, które w zamierzeniu powinny ubarwiać opisy otoczenia lub podkreślać jakiś punkt jej przemyśleń („Zmyłam wspomnienia koszmaru z twarzy, co było jedynie poetycką nazwą na chlapanie policzków lodowatą wodą” – bo dlaczego niby poetycką? Albo „Czemu wszyscy musieli tak się troszczyć, żebym się dobrze czuła? Im więcej osób starało się mi pomóc, tym bardziej denerwujące to było. Czy może powinnam sobie wypisać na czole czarnym pisakiem „Radzę sobie!”?” – ładnie to tak zbywać kochających członków rodziny?) oraz wstawki humorystyczne, które dla mnie były lekko żenujące. Może tego nie powinnam się czepiać, bo poczucie humoru to kwestia bardzo indywidualna, ale niektóre komentarze są jak wyjęte z poradników „Jak pisać śmieszne rzeczy”. Przykład: „Przetarłam ręką oczy i zerknęłam na budzik. Trzecia trzydzieści trzy. Ładna godzina, zauważyłam, o takiej właśnie zazwyczaj przyjeżdżają, czy też może raczej przylatują kosmici/duchy/zombie/wampiry (skreślić niepotrzebne), jeśli spóźniły się na zwyczajną, dobrą, starą północ”; taką konstrukcję widziałam już setki razy, zdecydowanie przejadła się i nie ma w niej nic zaskakującego, więc też trudno się tu roześmiać.
Co do stylu, to została jeszcze jedna szersza kwestia do omówienia: narracja. Mimo że korzystasz z pierwszoosobowej (którą lubię), a na narratorkę wyznaczyłaś Mal (której nie cierpię), to czasem nieoczekiwanie decydujesz się pokazać jakąś scenę oczami innego bohatera. Drażnią mnie te nagłe zmiany narracji na trzecioosobową, by mężczyźni z otoczenia Mal mogli w myślach śpiewać wspaniałe peany na jej cześć (w sumie to nawet dostała jeden grafomański wierszyk w postaci przepowiedni, wprawdzie nie od mężczyzny, ale od wieszczki, więc to prawie taki sam honor). Niczemu innemu to nie służy – niby pokazuje punkt widzenia innych ludzi, ale tak naprawdę niczego nie wnosi do fabuły, poza powtórzeniem czytelnikowi, jaka Mal jest super – a sprawia, że cały rozdział staje się nagle pretensjonalny i nieprzyjemny w odbiorze.

Na koniec chciałabym omówić akcję, która rozgrywa się w najnowszych częściach. Mamy tam do czynienia z szeregiem dziwnych przypadków, bo oto połowa osób z otoczenia Mal okazuje się wcale nie pochodzić z naszego świata, a bohaterka praktycznie demaskuje jedną po drugiej. Dziwi się temu, owszem, ale nie ma na ten temat głębszych przemyśleń; ot, jakby to był zwykły zbieg okoliczności, bo przecież gorsze rzeczy już widziała. Wiem, że to wszystko dąży do jakiejś ciekawej puenty, bo podkreślałaś to jakieś dwa razy, ale tekst na ten moment wcale tego nie sugeruje i nie wygląda na przemyślany. Owszem, Mal widzi Śmierć, była w jakimś magicznym świecie równoległym, ale zamiast podejścia „nic mnie już nie zdziwi” oczekiwałabym raczej prób zrozumienia rzeczywistości, przynajmniej po pewnym czasie od paranormalnych przypadków.
Moim zdaniem powinnaś zastanowić się, na ile forma przedstawienia tej serii dziwnych wydarzeń musi być właśnie taka – na ile jest to istotne dla fabuły; Ty wiesz, że wszystko zaraz zakończy się zaskakującym rozwiązaniem, ale jak świetne by ono nie było, czytelnicy na ten moment tego nie wiedzą i mogą się zniechęcić. Dopisujesz adnotacje z wyjaśnieniami, że to wszystko jest zamierzone, że zaraz te dziwne sprawy zostaną wytłumaczone, ale to tak naprawdę nie załatwia sprawy – gdybyś chciała „Córę” wydać, takich wyjaśnień na marginesie już nie będzie. Poza tym uważam, że jeśli akcja wymaga do zrozumienia komentarza autora, to nie jest dobra i należałoby ją po prostu zmienić. Nie wiem co prawda, do czego to wszystko dąży, ale powinnaś zmodyfikować tekst w taki sposób, żeby i wyjaśnienie pozostało zaskakujące, i czytelnicy nie byli zażenowani wrażeniem, że pozbyłaś się wszelkiego realizmu.

Uwagi językowe

Nie będę wypisywać wszystkiego po kolei, bo wydłużyłoby to ocenę przynajmniej trzykrotnie; głównie ze względu na literówki i błędy, które wciąż powtarzasz, chociaż styl poprawił się wyraźnie od pierwszej części.
Omówię natomiast najbardziej istotne kwestie.

1. Wtrącenia wydziela się przecinkami z obu stron:
„nóż, którym bawiła się Mal, pojawił się w jej zaciśniętej dłoni”; nagminnie zdarza Ci się o tym zapominać właśnie w przypadku tych rozpoczynanych słowem „który”.

2. Gdy bohaterowie zwracają się do kogoś po imieniu, wołacz oddziela się przecinkami.
Właściwie każdy Twój bohater ma skłonność do wołania wszystkich wokół po imieniu, dlatego i błędów jest masa, ale podam przykład, który szczególnie uderza, ponieważ są to pierwsze dwa zdania w powieści:
„- Wychodzimy Mal! – zawołał ktoś z dołu. – Zadzwoń jak wrócisz!

- Dobrze! – odkrzyknęłam i zaraz dodałam – Ciociu!” – brak dwukropka w zdaniu poniżej i przecinek przed „jak”, który by się tam przydał (nie sądzę, żeby został pominięty celowo) swoją drogą, ale pierwsze zdanie powinno brzmieć „Wychodzimy, Mal!”.

3. Dialogi piszemy od pauz lub półpauz. Ty nagminnie używasz dywizów, zaczynając dialog.

4. Masz problemy z formowaniem dialogów, bo chwilami wydajesz się rozumieć ich zasady w języku polskim, a chwilami jakby brakowało Ci wiedzy, ćwiczeń lub po prostu zaangażowania w pisanie.
„- Wzięłam ci latte z czekoladą, wiórkami i syropem – przysunęła mi kubek” – to opis czynności, więc po wypowiedzi powinna pojawić się kropka i dopowiedzenie po półpauzie powinno zaczynać się wielką literą.
„- Kici, kici… - i to by było na tyle, jeśli mówimy o moim zachęcaniu kotów”.
„- Tak. – głos mi zadrżał” – Po kropce powinnaś zacząć wielką literą.
„- Przybędę. – odparł nieco patetycznie i zniknął” – nie daje się kropki, zamykając wypowiedź, gdy dalej używa się wyrażeń typu „odparł”, „odpowiedział”, „stwierdził”.

5. Uważaj na powtórzenia – najlepszym ich przykładem był zacytowany już przeze mnie fragment walki z demonem.

6. Czasem cudzysłowy się przydają.
„Tak więc stanęło na tym, że zostanę w domu. Szczęściara ze mnie, stwierdziła Lizzy, niezbyt ucieszona perspektywą napisania sprawdzianu za godzinę” – to zdanie wygląda tak, jakby Lizzy twierdziła, że ona sama ma szczęście, a zaraz okazuje się, że to nieprawda, bo to Mal jest chora i nie pójdzie do szkoły. Lepiej byłoby dać cudzysłów i napisać „szczęściara z ciebie” i ułożyć od początku ciąg dalszy zdania lub napisać to inaczej (Lizzy stwierdziła, że…).

7. Zmiany czasów są złe.
„Mogłam spytać Śmierci, ale pewnie wywinie się od odpowiedzi” – raczej „wywinąłby się”.

„To może pochlebiać, pewnie, ale tylko za pierwszym razem. Choć Ostateczny Zbieracz Ludzkich Żywotów był całkiem zabawny. Musiałam tak go kiedyś nazwać” – raczej „będę musiała”, bo z kontekstu wynikało, że Mal z rozbawieniem słuchała określeń na Śmierć, których nigdy wcześniej nie słyszała i nie wymyśliłaby – brzmiały dla niej zbyt absurdalnie.

8. Nie przed każdym „że” stawia się przecinek. Tak jak w przypadku wyrażeń typu „mimo że”, „przed którym”, gdzie raczej nikt nie ma wątpliwości, istnieje jeszcze szereg innych podobnych przypadków.
„Dzisiaj go nie było, pewnie zmył się kiedy zasnęłam, zwłaszcza, że mówiłam mu, że dziś mnie nie będzie” – zwłaszcza że.
„Że każda powinna kryć jakieś szkielety w szafie. Tyle, że ich nie było” – tyle że.

9. Określenie „moja osoba” jest pretensjonalne i głupie, nie powinno się go używać. Dopisywanie do niego określenia „skromna” wcale nie pomaga.
„Ktoś za mną szedł. Nie miałam pojęcia skąd to wiem, ani po co ktoś się tłucze za moją skromną osobą”.

10. „Oglądnąć” to nie błąd, ale regionalizm małopolski. Sama go używałam i ani w Zakopanem, ani w Krakowie nikt mi na to nie zwrócił uwagi, aż pewnego dnia weszłam na stronę słownika języka polskiego i przeczytałam dyskusję w komentarzach pod tym słowem jako hasłem.

„Nawet się nie oglądnęłam, wiedząc, że już go tam nie ma” – jeśli nie chcesz, by ludzie z północy płakali, czytając ten fragment, to radzę zastąpić ten regionalizm słowem „obejrzałam”.

Inne:

„Wyszłam cicho tylnimi drzwiami, ostrożnie zamknęłam za sobą drzwi” – tylnymi.

„- Byłbym rady” – rad.

„Wniosek z tego taki, że moi rodzice, a przynajmniej jeden z nich również nie jest z tego świata” – jedno z nich.

Czemu „Belphegor”, a nie „Belfegor”?

„Następne kilka dni minęło, o dziwo, bez dziwnych wydarzeń, prób morderstwa, nowych ras, odwiedzających mnie w moi własnym pokoju”.

„Szedł niepewnie w stronę wejścia do Sali gimnastycznej, a na mój widok uśmiechnął się nieśmiało” – dlaczego „Sali” wielką literą?

„Ledwo przekroczył próg, nad naszymi głowami zabrzmiał dzwonek. Jak w innej epoce” – ee... o jaką epokę chodzi?

„Szłam żwawo przed siebie z całej siły starając się nie przyspieszać. Mimo że kilkakrotnie zmieniałam krok, byłam absolutnie cicho” – jak się zmienia krok? Poważnie, ciężko mi wywnioskować, skoro nie chodzi o przyspieszanie.

„- Kasandra? – Byłam absolutnie zdziwiona.
Kobieta stojąca w drzwiach jakby się chwilę namyślała, zanim udzieliła odpowiedzi.
- Tak – mówiła z pewną manierą. Może nabrała akcentu, bo w tym momencie żyła z mężem i dwuletnim rocznym dzieckiem, chyba chłopcem, jeśli mnie pamięć nie myli, w jakimś małym miasteczku we Włoszech. – Jesteś Mal?” – dwuletnie roczne dziecko?

„Dlatego w końcu trafiłam na niewielki trag, coś jak miniaturowa giełda staroci staroci”.

„Ty to wiesz, ale trudno ci będzie to wytłumaczyć Kubie, nie? Ja cie tylko ostrzegam, wiesz” – cię.

„Czekaliśmy przez chwilę, aż jakiś starszy mag otworzył niewielkie drzwiczki w ogromnej bramie i uśmiechnął się do mojego towarzysza” – skąd wiadomo, że to mag (a nie na przykład służący, dozorca, gość)?

„Ten główny miał więcej haftów i większy medalion. I brodę długą na metr. Białą. Czy też może srebrzystą, bo to lepiej brzmi. Stereotypowo” – stereotyp ma prawie zawsze wydźwięk pejoratywny.

„Plac otoczony z jednej strony murem” – jak z jednej strony, to czemu otoczony?

„- To pałac w stolicy. Mieszka w nim królowa. Mój ojciec nigdy nie był w środku, ale powiedział, że na zawsze zapamięta jego widok.

- Chciałabym to kiedyś zobaczyć – powiedziałam z zamyśleniem. – Chciałabym wszystkie te miejsca odwiedzić. Zamki elfów” – zamek to nie pałac. Chyba że mówimy o palazzo in fortezza, ale to bardzo dyskusyjne, a Mal nie wie nic o formie budynku.

„Historię jest łatwa, kiedy się żyło w tamtych czasach” – to opowiedz coś o katastrofie smoleńskiej – myślę, że to tysiąc razy trudniejsze opowiadać o polityce, a o życiu codziennym na lekcjach historii mówi się sporadycznie. Zresztą bardzo nie podoba mi się ta propaganda antyhistoryczna, którą tu uprawiasz.

„Nieśmiertelni mogą umrzeć w każdej chwili” – przepraszam, rozśmieszyło mnie to.

„Tylko skąd ten czeski, u licha? To musi być moja wrodzona umiejętność, w końcu chyba nie miałam okazji nauczenia się czeskiego w drugim świecie”

„Czyli mój kochany tatuś jest z urodzenia poliglotą” – nie, tego się raczej nie dziedziczy.

Podsumowując, opowiadanie nie wywarło na mnie dobrego wrażenia. Póki świat był w miarę prosty bez przenoszenia się do równoległej rzeczywistości, miałam wrażenie, że historia do czegoś dąży. Potem jednak, wraz z przeniesieniem się do szkoły magii, pojawieniem w świecie numer jeden mnóstwa elfów (Sebastian), magów (Nadia) i wampirów (…Drakula. Ten z powieści, jednak poznany jako nauczyciel głównej bohaterki), które przez cały czas były znanymi czytelnikowi bohaterami, zwątpiłam, czy coś z tego będzie.
Bohaterowie to marionetki, co może nie irytowałoby do tego stopnia, gdyby każdy z nich miał równe prawa; niestety, Mal nie obowiązują żadne, a jedynie przywileje, i pod całkiem miłą powierzchownością – bo początkowo zdawała się miła – kryje się bardzo irytująca, rozwydrzona dziewucha, której wolno znacznie więcej niż innym bohaterom.
Wydaje mi się, że wiarygodny i pozwalający wczuć się w pozycję bohatera wątek miłosny bardzo by do tej historii pasował i pomagał zatrzymać czytelnika; niestety, na ten moment ciężko powiedzieć na ten temat coś dobrego. Perypetie miłosne Mal są tematem, który bywa zapominany na kilka rozdziałów, a chwilami zresztą tak bardzo schodzi na dalszy plan, jakbyś sama zaczęła się zastanawiać, czy w ogóle jego wprowadzenie było dobrym pomysłem.
Związki damsko-męskie są wyjątkowo sztuczne i mimo że całkiem polubiłam Sebastiana, to nawet jego nie mogłabym znieść po tych wszystkich zawirowaniach. Nie wiem, czy dokładnie tak wyobrażasz sobie romanse, czy po prostu wzięłaś kilka motywów z różnych słabych powieści, ale tu nic nie wydaje się naturalne: najbardziej bawiło mnie to, że Kuba będący oficjalnie chłopakiem Mal, w ogóle nie spędza z nią czasu, podczas gdy ona cały czas robi sobie małe wypady do lasu z Sebastianem lub akurat ma sesję terapeutyczną ze Śmiercią. Niektóre przemyślenia Mal w związku z chłopcami wypadły skrajnie naiwnie, jak w czasie pierwszej randki, kiedy mało rozmowny Kuba musiał na chwilę wyjść i akurat przysiadł się do niej Sebastian. Kuba wrócił, a to reakcja naszej bohaterki: „Buty zostały poddane inspekcji, a Kuba uspokoił się odrobinę, ale dalej patrzył na Sebastiana wilkiem. Zaraz poleje się krew” – nastawia się na to, że chłopcy będą się o nią bić. To właśnie postać głównej bohaterki, która jest za mało wyrazista, jest największym minusem całego tekstu, jednak ciężko mi określić, na ile naprawienie tej postaci byłoby w stanie uratować „Córę”.
Na dziś dwa plus.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Obserwatorzy