piątek, 29 sierpnia 2014

Minirecenzja #2: Wojenna-gra

Kolejna wystawiona przeze mnie ocena będzie szczegółowa – czytam „Ellie z Tanglewood”, jednak tekst jest dosyć długi i analizowanie go trochę potrwa, więc żeby nie robić zbyt dużej przerwy od publikowania ostatniej notki, w międzyczasie wzięłam się za „Wojenną grę”. Minirecenzja będzie swoją drogą nieco nietypowa, bo koncentrująca się głównie na jednym z aspektów tekstu...

Wojenna-gra, czyli pingwiny w świecie kawy i jeden żywy denat

Po opisie opowiadania oczekiwałam czegoś bardzo nietypowego: miało to być fan fiction na podstawie „Pingwinów z Madagaskaru”, gdzie tytułowe pingwiny zostały zastąpione ludźmi. Humanizacja, morderstwa, sensacja – brzmi wspaniale! Tekst rzeczywiście okazał się nietypowy, jednak pod zupełnie innymi względami, niż bym się tego spodziewała.

Prolog czytało się dość dobrze. Powoli, bo trzeba było skupić się na tekście, by zrozumieć, co dokładnie opisujesz – w zdaniach nierzadko dopiero po kilkunastu słowach pojawiał się podmiot – ale w miarę płynnie. Pomału też poznawałam fabułę, nie wiedząc jeszcze, czy temat i sposób prowadzenia akcji będą odpowiadać temu patetycznemu, bardzo dekoracyjnemu stylowi pisania. Cały czas zastanawiałam się, dlaczego brniesz właśnie w taką formę, czy kryje się za tym coś więcej i czy może zaraz mnie czymś nieźle zaskoczysz, a że sam prolog przekazywał bardzo niewiele faktów, z zaciekawieniem przeszłam do rozdziału pierwszego. I niestety, zawiodłam się.
Najwięcej będę mówić o stylu właśnie, a czemu tak – myślę, że zaraz się to wyjaśni.
Starasz się. Piszesz bardzo poprawnie, interpunkcja z reguły nie szaleje nawet w specyficznych, trudnych przypadkach, potrafisz dobrze zapisywać dialogi i używasz odpowiednich znaków. Tekst jest wyjątkowo schludny, wyjustowany, z akapitami, błędów ortograficznych się raczej nie uświadczy. Są oczywiście od czasu do czasu odstępstwa od reguły („zwłaszcza, że”, „jakiś spraw”, „siedemdziesięcio-calowy”, rzadkie literówki czy pojedynczy brakujący akapit), ale pod względem czystości zapisu jest to wciąż jeden z najlepszych tekstów, jaki zdarzyło mi się recenzować lub oceniać. Niestety, na tym zalety stylu właściwie się kończą.
Widać, że przed rozpoczęciem pisania „Wojennej gry” zapoznałaś się z zasadami poprawnego pisania, a także przygotowałaś pod innymi względami, co się oczywiście ceni. Czytałam z niedającym się zbyć przeświadczeniem, że musiałaś długo myśleć nad wszystkimi poetyckimi określeniami i szukałaś niecodziennych nazw na każdy opisywany przedmiot. Nie zamierzam sugerować, że przychodziło Ci to z trudem, po prostu czuje się, że w tekst została włożona jakaś praca – i to raczej nie mała. Problem w tym, że całość jest mimo to, a wręcz dlatego, daleka od perfekcji.
Ciężko mi zrozumieć, dlaczego wybrałaś właśnie taki styl. Pisząc w ten sposób, nie tylko trudniej jest uniknąć pomyłek, powtórzeń czy innych niedociągnięć, ale również potrzeba niezłego doświadczenia oraz wprawy, żeby uniknąć nadmiaru patosu i śmieszności. Nie byłam też w stanie doszukać się w tekście niczego, co zyskiwałoby dzięki tej formie.
Mówi się, że stopień kwiecistości stylu to do pewnego momentu rzecz gustu, więc nie będę tutaj zajmować się moimi specyficznymi wrażeniami, a postaram się w miarę możliwości obiektywnie zająć tym aspektem. Co rzuciło mi się w oczy już na początku, niewiele z informacji, które konsekwentnie podajesz z niezwykłą precyzją, dokładając po kilka określeń na każdy występujący w zdaniu rzeczownik, naprawdę czemuś służy. Wymieniasz mnóstwo szczegółów – ale mało z nich jest istotnych, bo nie chodzi tutaj przecież o wymyślne metafory czy jakąkolwiek stylizację, a do tego bardzo często zdarza Ci się powtarzać. Informacja podana kilka razy w ciągu jednego akapitu jest głównie przeszkadzającym w odbiorze mankamentem  mam tutaj na myśli między innymi to, jak wygląda początek rozdziału pierwszego, gdzie pojawia się kolejno „aromatyczna kawa rozpuszczalna”, „kupka ciemnobrązowego proszku”, „świeżo zaparzona, poranna kawa”, bohater uważa, by nie wylać „ani kropli kawy”, następnie wypija „kilka łyków ciemnego, energetyzującego napoju”, a potem już tylko „sączy gorącą kawę”. Jest też „metalowy stolik do kawy”, bo czemu nie. Sama scena picia kawy mogłaby się obronić jako wstęp obrazujący codzienność bohatera, ale ileż można się skupiać na tym, co ktoś je lub pije? Wyszło sporo tekstu o niczym.
Zwróć również uwagę, ile razy piszesz, że Kowalski pali w samochodzie podczas jednej i tej samej sceny, a w całym opowiadaniu – ile razy spojrzenie ma kolor oczu spoglądającego. Takich przykładów jest jeszcze sporo; udało mi się ustalić, że w ciągu czterech notek słowo „oczy” zdążyło się pojawić 51 razy, włączając w to odmianę i znaczenia przenośne.
Odnoszę wrażenie, że próbujesz unikać zwykłego języka i tych zwyczajnych, najprostszych określeń. Że to stąd fragment „Mężczyzna sięgnął po spoczywające w dłoniach Vanessy koperty, które dziewczyna, wyciągając aksamitną dłoń w jego stronę, podała swojemu przełożonemu. Uniosła przy tym nieznacznie oczy ku niebu” tak wygląda i jest konfundujący dla przypadkowego odbiorcy, który nie zna Twojego stylu. Mężczyzna, Vanessa, dziewczyna, przełożony, a to przecież dwie postaci, a nie cztery. Pamiętamy też dobrze, że Phil jest mężczyzną, a forma „sięgnął” sama w sobie nie pozostawia już wątpliwości, więc nie mogę zrozumieć Twojego zamiłowania do podkreślania tej cechy. A ostatnie zdanie? Cóż, je również zawarłam w cytacie, bo nie wiem, jak je interpretować; nieba chyba w gabinecie nie mieli, a podniesienie wzroku to chyba za mało, żeby uznać je za jakiś znaczący gest.
Często gubi Cię precyzyjne opisywanie akcji, bo popadasz przy tym w przesadę, co dobrze obrazuje choćby ten fragment:
Kowalski jako pierwszy przekroczył próg gmachu, wkraczając do sporego hallu. Frank pospiesznie ruszył za nim, z trudnością dotrzymując kroku pędzącemu wręcz strategowi. Naukowiec tymczasem nie przejął się zbytnio zmaganiami przyjaciela i zbliżył się do strażnika. W międzyczasie wyjął z kieszeni identyfikator i niedbale podał go strażnikowi. Ten z lekkim grymasem przyjrzał się przedmiotowi, po czym zwrócił go właścicielowi, przepuszczając go przy tym do wnętrza budynku.
Frank powtórzył czynności Kowalskiego, zrobił to jednak z nieco większym entuzjazmem. Uśmiechnął się przepraszająco w stronę mężczyzny, którego spotkał rano. — Ciężki dzień — odparł, próbując usprawiedliwić czymś zachowanie przyjaciela. Strażnik kiwnął głową na znak zrozumienia, a na jego twarzy pojawił się nieznaczny uśmiech. Mężczyzna bezzwłocznie przepuścił Franka, który od razu pobiegł za Kowalskim”
Mamy trzech bohaterów. Spójrz na ich określenia:
Kowalski, Frank, strateg, naukowiec, przyjaciel, strażnik, strażnik, właściciel, Frank, Kowalski, mężczyzna, przyjaciel, strażnik, mężczyzna, Frank, Kowalski. Do tego za każdym razem z wielką precyzją określasz, kto, co, kiedy, w jaki sposób i dlaczego zrobił. Szybko zaczyna to męczyć.
Pisząc w ten sposób, należy zachować czujność, z czym nie zawsze sobie radzisz – łatwo to zauważyć właśnie po tym, jak wciąż wymieniane przez Ciebie określenia na bohaterów prowadzą do częstych powtórzeń, dziwnych konstrukcji, a czasem tekst traci na przejrzystości, na przykład kiedy wydaje się, że mamy do czynienia z większą liczbą postaci – zwłaszcza gdy określenia zmieniasz w obrębie jednego zdania, jak w jednym z powyższych przypadków. Przez większą część pierwszego rozdziału miałam wrażenie, że na zmianę pojawia się tylko „chłopak” i „młody mężczyzna”, choć w większości przypadków łatwo można byłoby tej sytuacji uniknąć, po prostu pomijając podmiot. Przecież do momentu spotkania z Kowalskim mamy do czynienia tylko z jednym bohaterem. Chyba po prostu powinnaś częściej przeglądać tekst po jego przeczytaniu, bo to akurat bardzo łatwo byłoby wyłapać samemu.
„Ozdobniki”, którymi w nieskończoność wydłużasz opis każdej czynności, wydają się wciśnięte na siłę i niesłużące niczemu. Nie wprowadzają żadnej potrzebnej informacji, bo do takich trudno zaliczyć na przykład opis materiału, z jakiego wykonane były drzwi, jakie były zawiasy, jak wyglądała klamka i jakim ruchem bohater ją nacisnął. Otworzył, to otworzył, po co się tak rozpisywać? Byłoby to całkiem zrozumiałe, gdyby Frank na przykład bardzo się denerwował, wahał się, sama chwila była istotna, bo przejście do drugiego pomieszczenia miało przynieść jakiś poważny zwrot akcji i stąd podjęłabyś decyzję o wydłużeniu danego momentu takim opisem i zdecydowała się nadać mu bardziej wzniosły charakter. Albo gdyby drzwi zostały żywcem ukradzione z soboru Przemienienia Pańskiego w Petersburgu, a Frank był historykiem sztuki i bardzo nie chciał ich uszkodzić. Ale, na litość boską, cały tekst wygląda w ten sposób, a kiedy bohater włącza telewizor tylko po to, żeby przez sekundę spojrzeć na swoje odbicie i ze wszystkimi szczegółami zarejestrować swój wygląd, a potem wyłączyć, co trwa pół strony, mam ochotę złapać się za głowę. Od nieistotnych szczegółów wręcz się roi; opisy otoczenia są zadziwiająco dokładne, długie, pojawiają się w każdym możliwym momencie i składają się głównie z kolorów i faktur mało znaczących elementów, przez co nie jesteś w stanie dawkować napięcia, a czytelnikowi trudno wczuć się w klimat opowiadania. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że regularne pomijanie akapitów z tymi opisami nie odbiłoby się negatywnie na odbiorze całości, wręcz przeciwnie – łatwiej byłoby się w ten sposób skupić na ważnych informacjach. Wątpię, żeby czytelnik pamiętał pod koniec rozdziału, jaki kolor miała klamka.
Te wszystkie problemy sprawiają, że tekst czyta się z trudem. A to nie tylko ze względu na ciężki styl i zamiłowanie do miliona określeń (długie zdania, które należy najpierw przeczytać w całości, żeby odnaleźć w nich właściwy podmiot i orzeczenie, pojawiające się masowo jedno po drugim, nigdy nie służą dobrze łatwości czytania), ale właśnie powtarzające się schematy i brak zróżnicowania w formie wywołujący problem z odróżnieniem tego, co najistotniejsze od mało ważnych detali. Ważne szczegóły giną gdzieś w natłoku informacji, które nie są nikomu potrzebne i których nijak nie udałoby się wszystkich zapamiętać.

Tak jak do stylu miałam szereg zastrzeżeń, tak już do akcji, którą tenże styl stara się ze wszystkich sił kamuflować, znacznie mniej.
Wydarzenia opisywane są dość naturalnie, dialogi są pozbawione zbytniej sztuczności, a bohaterowie zachowują się wyjątkowo nie jak pingwiny, a prawdziwi ludzie. Odniosłam co prawda wrażenie, że wtrącenie się Franka w rozmowę pomiędzy Skipperem i Kowalskim było mocno dziecinne, a pozwalanie sąsiadce na przyprowadzanie nowo spotkanych osób to tajnej bazy i ogólnie wprowadzanie jej w szczegóły dość lekkomyślne, ale powstrzymam się z wydawaniem osądu, bo wszystko ma szansę jeszcze zostać sprostowane i zmienić się pięć razy. To w końcu dopiero trzy rozdziały.
Narracja jest specyficzna. Z jednej strony podawanie informacji takich jak to, o czym myślą i co planują zaraz zrobić bohaterowie, sugeruje obecność narratora wszechwiedzącego, jednak w większości przypadków wydaje się on zbliżać wiedzą do umysłu postaci aktualnie pierwszoplanowej. Ten zabieg nie jest najlepszym rozwiązaniem w momencie, kiedy starasz się opisać każdy fragment otoczenia z wyglądem danej osoby włącznie – udajesz się do dziwnych chwytów, takich jak przypadkowe ujrzenie swojego odbicia, co wypada kompletnie nienaturalnie. Moim zdaniem kombinujesz zupełnie niepotrzebnie i problemów tego typu dałoby się łatwo uniknąć, gdyby tylko zmienić narrację albo przeanalizować od początku, z jakimi elementami otoczenia i akcji należy zapoznać czytelnika na danym etapie opowiadania. Z drugiej strony fragmenty takie jak ten, w którym narrator zaczyna się zastanawiać i zgadywać, co znajduje się w torebce bohaterki, wydają się pozbawione sensu w świetle poprzedniej konwencji; radziłabym przejrzeć tekst pod tym kątem i ujednolicić tę kwestię.
Bohaterów kreujesz dość zręcznie, ale tutaj znowu pojawia się problem nadmiaru szczegółów i powtarzających się schematów. Nie mam nic do zarzucenia w kwestii podawanych przez Ciebie faktów – w przyjemny sposób nakreślasz charakter i przeszłość ważniejszych postaci, dając czytelnikowi dobre wyobrażenie o sytuacji, w jakiej się znajdują, nie podając przy tym na tacy miliona zbędnych informacji. Pod tym względem wprowadzanie nowych bohaterów prezentuje się bez zarzutu. Zupełnie inaczej niestety sytuacja ma się w przypadku opisu wyglądu, bo tu zupełnie nie mogę zrozumieć schematu, jakiego się trzymasz. Każda, nawet pojawiająca się przypadkiem postać – czy to strażnik, kelnerka, sekretarka, czy nawet człowiek na zdjęciu – przedstawiona jest pod tym względem bardzo dokładnie, chociaż ciężko mi sobie wyobrazić, żeby czytelnik mógł to zapamiętać, a postaci te miały w przyszłości pełnić jakąkolwiek ważniejszą rolę, skoro poza wyglądem praktycznie nic o nich nie wiadomo. Co ciekawe, za każdym razem pojawia się kolor oczu, włosów, ich faktura, ubiór z podziałem na części i cechy charakterystyczne twarzy – kolejność nieprzypadkowa. Używasz przy tym bardzo podobnych konstrukcji: „delikatnie falujące włosy, otaczające jej smukłą twarz”, „kobieta o (...) pięknych, mahoniowych puklach, okalających jej nieco pociągłą twarz”, „Jej promienną, smukłą twarz, otoczoną falami ciemnych blond włosów (...)”, „kosmyki brązowych loków, które pod wpływem delikatnych porywów wiatru wciąż zsuwały się jej na twarz”, „Jasne włosy (...) poruszały się pod wpływem lekkich powiewów wiatru, niejednokrotnie zsuwając się na jej pozbawioną wszelkich emocji twarz”... a do tego prawie wszystkie kobiety, jakie się dotąd pojawiły, musiały się akurat uśmiechać, albo, jeszcze lepiej, śmiać. Miałam wrażenie, że to jakaś zasada związana z ich płcią, bo mężczyźni śmiali się tylko wtedy, kiedy było to uzasadnione.

Nie mogę się oprzeć myśli, że znacząco utrudniłaś sobie zadanie, a jedna decyzja zaważyła o tym, jak tekst się czyta i jak odbiera. A – powtórzę to raz jeszcze – czyta się ciężko. Nierzadko zmuszasz czytelnika do zgadywania, co takiego miałaś na myśli, każesz mu się przedzierać przez trudny do zrozumienia tekst, nie podając przy tym żadnej konkretnej informacji, i zasypujesz lawiną sformułowań jakby wyjętych z jednego szablonu. Taka forma sprawia, że całokształt jest raczej mało strawny i daleki od tego, bym mogła „Wojenną grę” komukolwiek polecić.
Po tym, co przeczytałam, wciąż wydaje mi się jednak, że potrafisz pisać z sensem. Masz umiejętności, dzięki którym między innymi bez problemu znajdujesz potrzebne synonimy, ale niepotrzebnie utrudniasz sobie zadanie i stwarzasz sytuacje, w których uniknięcie powtórzenia jest możliwe tylko dzięki wyjątkowo nietypowym, topornym, tandetnym konstrukcjom jak choćby ten „brązowy proszek”. Pisanie o „przedmiocie” z kolei jest chyba najgorszym możliwym rozwiązaniem, kiedy już dobrze wiadomo, o czym mowa.
Doceniam jednak to, że nie boisz się próbować nowych rozwiązań, bo dzięki temu z pewnością będziesz w stanie znacznie poprawić swój styl, jeżeli tylko zechcesz nad nim popracować. Cieszy mnie również Twoja kreatywność oraz ciekawy pomysł, a te koślawe zdania i dziwne sformułowania jestem w stanie po części podarować, bo wierzę, że są wynikiem właśnie stylu, który wydaje się ograniczać i nijak nie pasować do opowiadania.
Myślę, że potencjał masz spory – jeśli tylko nie przestaniesz pracować (częstotliwość zamieszczania przez Ciebie rozdziałów, cóż, nie jest imponująca) i zaczniesz analizować, jakie zabiegi stylistyczne są Ci naprawdę potrzebne. Jestem naprawdę ciekawa, co stworzysz w przyszłości.
Zapraszam do wojska, choć z niezbyt wysoką notą. Nie ma u nas kto kawy nosić, tak że ten... mam wrażenie, że się nadasz.

2+

A na koniec mały smaczek, wyjaśniający zdanie w tytule recenzji:
znaleziono martwego funkcjonariusza w mieszkaniu, w którym denat żył”
Na swój sposób piękne.

21 komentarzy:

  1. Dziękuję Ci serdecznie za recenzję i czas, który poświęciłaś mojemu opeńku.
    W kwestii estetyki tekstu i jego poprawności… Bardzo się staram, by opublikowane dotąd teksty przyjemnie się odbierało (przynajmniej od strony wizualnej, jak się później okazało), przede wszystkim dlatego, że mam tę wątpliwą przyjemność bycia perfekcjonistką.
    Właśnie o tego „siedemdziesiącio-calowego” chciałam Cię zapytać, a dokładniej o jego poprawny zapis. W Internecie próbowałam znaleźć coś na ten temat, ale, niestety, z mizernym skutkiem.
    Przykro mi, że zawiodłaś się przez nadmierną kwiecistość i patetyczność stylu… Cóż, już wcześniej podejrzewałam, że to właśnie okaże się jednym z moich największych problemów. Stwierdzenie, którym najpierw chciałam się z Tobą podzielić — po prostu taki mam styl — nie może stanowić dobrej odpowiedzi w tym przypadku, więc spróbuję to ująć trochę inaczej. Podejrzewam (czy przynajmniej taką mam nadzieję), że ten styl pisania jest kolejnym krokiem do tworzenia znacznie lepszym tekstów, w moim przypadku oczywiście. Trudnym do pokonania, niestety.
    Ze szczegółami jest, zdaje mi się, ten problem, że ja sama bardzo zwracam na nie uwagę; szkoda tylko, że przy tym zapominam, iż czytelnicy nie muszą tylu szczegółów trawić i… tak to się kończy. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak ograniczyć ich ilość i nieco okroić opublikowane dotąd rozdziały.
    Ta liczba dodatkowych de facto podmiotów wynika pewnie z tego, że — po części przez konstrukcje zdań, po części sam styl — boję się po prostu, iż w pewnym momencie czytelnik nie będzie wiedział, o kim konkretnie mowa, a prawda jest taka, że przez to właśnie tekst traci na przejrzystości. Mówiąc nieco (wątpliwie) żartobliwie, gubienie podmiotów śni mi się po nocach. Dzięki, że zwróciłaś moją uwagę na ich nadmiar, spowodowany tą przesadną dbałością o nie.
    Prawda jest taka — i pewnie nie stawia mnie w zbyt dobrym świetle — że rozdziały czytam kilkakrotnie przed ich publikacją i nierzadko także po niej, co najwyraźniej nie daje takich efektów, jakich bym oczekiwała. I, muszę przyznać, chyba mnie samą również męczy każde kolejne przeczytanie dotychczas powstałego tekstu.
    „Ozdobniki” stosuję tak często najpewniej dlatego, że moja wyobraźnia jest dość… filmowa, jeśli mogę to tak określić. Oczywiście w żadnym stopniu nie sprawia to, że stają się w tekście niezbędnym, a nawet potrzebnym, elementem, ale właśnie tak tłumaczę sobie ich nagromadzenie. W filmie z przedstawieniem tylu szczegółów nie ma najmniejszych problemów, odbiorca, jeśli ma taką ochotę, może na nie zwracać uwagę, lecz w gruncie rzeczy je ignoruje. W tekście to nie działa w ten sposób i teraz zaczynam to coraz wyraźniej dostrzegać.
    Poza tym mam wrażenie, że chciałam opisać wszystko jak najlepiej, w skutek czego zwyczajnie przedobrzyłam. Cóż, jak wiadomo, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Nieraz słyszałam/czytałam/dostrzegałam, że opisy powinny jak najlepiej oddawać świat przedstawiony itd., ale efekt moich starań doprowadził do przerostu formy nad treścią, tak. Niestety.
    Postaram się na przyszłość nie kamuflować tak akcji stylem (swoją drogą, bardzo spodobało mi się to określenie) i ograniczyć swoje zapędy, jeśli chodzi o opisywanie otoczenia i bohaterów.
    W zasadzie wtrącenie się Franka do rozmowy przyjaciół było efektem zamierzonym (chłopak w końcu jest dość dziecinny i naiwny, a przede wszystkim te cechy reprezentuje jego serialowy odpowiednik), zaś przyprowadzenie przez Marlene gościa… obawiam się, że jest to jeden z tych fragmentów, które będę musiała jednak przeredagować, bo znajdzie się lepszy sposób na wprowadzenie nowej bohaterki.
    Pewne ograniczenie wiedzy narratora jest raczej efektem zamierzonym, choć nie mogę nie przyznać Ci racji, że do tego typu opisów nie pasuje i sprawia wiele trudności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że pod pewnymi względami moja kreacja bohaterów spełnia oczekiwania. Właśnie tego chciałam się od Ciebie dowiedzieć. Tylko że znowu pojawiają się te nieszczęsne szczegóły i ponownie nie pozostaje mi nic innego, jak domniemywać, że wynika to z mojej „filmowej” wyobraźni. Naturalnie, w przyszłości (i w przypadku opublikowanych już rozdziałów) ograniczę ilość szczegółów związanych z wyglądem postaci, bo mnie samej mój twór trąci już nieco opkowatością.
      Dla mnie fakt, że najprawdopodobniej była to właśnie jedna decyzja, jest mimo wszystko pocieszający, bo oznacza, że mogę to jeszcze odkręcić.
      Od zawsze pracę nad sobą i w tym przypadku moim warsztatem traktuję jako priorytet, więc z pewnością w najbliższym czasie popracuję nad „strawnością” mojego stylu.
      Z tym właśnie nie do końca pasującym stylem już wcześniej miałam pewne problemy, a przede wszystkim wątpiłam — jak widać nie bezpodstawnie — w jego słuszność. Niezmiernie się cieszę, że podkreśliłaś jego mankamenty, czym bardzo mi pomogłaś w dostrzeżeniu, nad czym przede wszystkim powinnam pracować.
      Przy końcu częstotliwość publikacji… Mój kolejny problem, teraz jednak wiem na pewno, z czego wynikający. Otóż wspomniany już nieraz przerost formy sprawia, że tekst jest nie tylko trudny w odbiorze, lecz również z trudem się go tworzy. Odkrycie to pewnie żadne, ale wcześniej nie myślałam o tym w tych kategoriach. Bo prawda jest taka, że staram się pisać jak najwięcej (może nie tak wiele, jak bym tego chciała) i poświęcam czas nie tylko Wojennej grze, ale też innym, co prawda mniejszym i często niepublikowanym (po)tworkom. Niestety, zbyt wysokie własne oczekiwania względem objętości tekstu i kwiecistości stylu, jak się teraz okazało, znacznie utrudniają mi pracę.
      Na koniec mam jeszcze pewne pytanie: czy prolog (po usunięciu zbędnych szczegółów, oczywiście) byłby pod względem stylu już jakimś kierunkiem czy powinnam spróbować czegoś zupełnie innego? Bo trudno jest mi do końca pozbyć się pewnych aspektów mojego dotychczasowego sposobu pisania, nie wiem tylko, czy wtedy przeredagowanie tekstu przyniosłoby oczekiwane rezultaty.

      Komentarz był prawdopodobnie dość chaotyczny i specyficzny (mam nadzieję jednak, że wyczerpujący), ale taki mam styl. A na poważnie — dałam się porwać strumieniowi świadomości i wyżej widać tego efekty.
      Podejrzewam, że jak porządnie dopracuję to opowiadanie lub stworzę jakiś inny tekst, to pewnie tu wrócę. Tak że czuj się ostrzeżona. ;)
      Tymczasem jeszcze raz dziękuję za recenzję i życzę Ci owocnej pracy oraz powodzenia tu, na Projekcie, i w życiu prywatnym,
      B.L.

      PS Tytuł recenzji świetny. A ten smaczek… Muszę przyznać, że w ten sposób nie patrzyłam wcześniej na to zdanie, ale gdy je przytoczyłaś, wybuchłam śmiechem. Bardzo miły, humorystyczny akcent na koniec recenzji. ;)

      Usuń
    2. „Przedobrzenie” dobrze oddaje wrażenie, jakie mam po przeczytaniu ;)

      Być może potrzebujesz większej przerwy, żeby wyłapać niedociągnięcia; czytanie rozdziału kilka razy z rzędu jednego wieczoru rzadko przynosi oczekiwane efekty, a powrót do tekstu po kilku miesiącach potrafi czasem nieźle załamać, gdy wszystko widać jak na dłoni :)

      Co do nadmiaru szczegółów w opisach czy ozdobników w tekście... cóż, przejrzałam kiedyś z ciekawości kilka poradników pisania i w każdym z nich zawarta była myśl, że jeśli coś da się wyrazić w kilku słowach, to każde dodatkowe jest już błędem i zbędną informacją. Nie jestem zwolenniczką tego typu tekstów – wręcz przeciwnie – a takie zakazy nie mają najmniejszego sensu, kiedy ktoś pisać potrafi i wie, co ma do przekazania; no ale takie osoby raczej do poradników nie zaglądają :) Więc jeśli miałoby Ci to coś rozjaśnić, to zostawię to tutaj, być może jako zachęta do przeczytania czegoś takiego.

      Z przenoszeniem tej filmowej wyobraźni na papier to mam wrażenie, że po prostu za bardzo starasz się przedstawić czytelnikowi dane sceny dokładnie tak, jak Ty je widzisz, nie dając mu możliwości na wykorzystanie własnej. A jeśli mówimy o narratorze powiązanym z bohaterem, powstaje jeszcze jeden, poważniejszy nawet, problem: ludzie nie mają w zwyczaju rejestrować elementów otoczenia w miejscu, które dobrze znają i w którym są codziennie. Widziane pierwszy raz – zgoda, ale ile razy dziennie myślisz o kolorze znajdujących się w Twoim pokoju mebli? Jego wspomnienie bez uzasadnienia raczej nie wypadnie naturalnie.

      Stumilowy, piętnastoletnia, dwunożny, to i siedemdziesięciocalowy – są to przymiotniki z pierwszym członem odliczebnikowym, które piszemy razem. Pauzę stawiamy tylko jeśli pierwszy człon jest zapisany cyframi, np. 42-calowy; o ile mnie pamięć nie myli, w innym przypadku napisałaś o „cztero calowym” wyświetlaczu, co też jest błędem.

      Prolog zyskuje na pewno tym, że składa się jednak z akcji (choć mocno nieokreślonej), opisy otoczenia mają tam za zadanie również budować klimat, a nie tylko wyliczać znajdujące się w pobliżu przedmioty, no i… jest pierwszy. Ciężki styl nie męczy od razu, ale dopiero po pewnym czasie, gdy, tak jak u Ciebie, okazuje się, że nie ma chwili na oddech.

      Co do Franka i jego dziecinnych zachowań: takie wrażenie odniosłam na tym etapie, a wszystko zdąży się jeszcze wyklarować i kilka rozdziałów dalej będzie już jasne, co jest konsekwentne, a co ewentualnie w ogóle nie pasuje do jakiejś postaci. Napisałam o tym, w razie gdyby Twoje intencje były inne :)

      Cieszę się, że mogłam pomóc. Wydaje mi się – chociaż to tylko moje odczucie – że nie masz jeszcze wprawy i potrzebujesz jeszcze napisać trochę nie do końca trafionych tekstów, żeby wyćwiczyć się w pewnych kwestiach i zacząć zauważać nowe rzeczy, ale Twoje podejście i chęć poprawienia się wróżą naprawdę dobrze. Pisz, czytaj, analizuj, a być może uda Ci się stworzyć kiedyś coś naprawdę interesującego. Życzę powodzenia w dalszym pisaniu :)

      Usuń
  2. Ten wtręt o historyku sztuki made my day <3 Coś pięknego! Wzruszyłam się.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tylko mnie nagłówek nie działa?
    Boru, Claudinello, jak patrzę na aktualności, to się boję :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawiłam, jak tylko zwróciłaś mi uwagę :)

      Cóż… Póki co mam jakieś trzydzieści stron, wypowiedziałam się na wszystkie ważniejsze tematy i zostało parę drobniejszych aspektów. Nie masz się jednak czym martwić, w końcu napisałaś jedną powieść i jesteś w połowie drugiej, postaci przewinęło się sporo, podjęłaś wiele wątków, a że chciałam się wypowiedzieć na temat bardzo wielu kwestii, trochę mi zeszło :) Myślę, że ocena pojawi się w ciągu dwóch tygodni, bo ostatnio mam mniej czasu w dni powszednie… życie!

      Usuń
    2. Oj, żartuję :D.
      Już się bałam, że jeszcze więcej jakichś rekordowych ilości :D O, świetnie, że niedługo (czekam na tę ocenę z poprawianiem i wróceniem do pisania, na razie zajmuję się innym opkiem, ale już trochę zatęskniłam :) ale nie poganiam!).

      Usuń
    3. Możesz poganiać, bo trochę się naczekałaś :D Jakiś rok od zgłoszenia na gaolu?

      Usuń
    4. Tak, zgłosiłam się w połowie listopada - no ale długo czekałam w kolejkach, poza tym... z racji związania z ocenialniami widzę realia ocenek - a jakkolwiek lubię je dostawać, życie ważniejsze ;).

      Usuń
    5. O, akurat wpadłam zobaczyć, czy tutaj jeszcze coś się dzieje ;P Dobrze wiedziec, bo już się obawiałam, że kolejna ocenialnia zamilkła na wieki!

      Usuń
    6. Umierać nie zamierzam, dodo się sam nie znajdzie! Zresztą nie wyobrażam sobie sytuacji, w której zamykam ocenialnię i nikomu ani słowa o tym nie mówię, nawet pożegnania nie piszę :D

      Usuń
    7. Coś jednak nie mam szczęścia do tych ocen ;).

      Usuń
    8. Spokojnie, myślę o Ellie cały czas.
      http://imagizer.imageshack.us/a/img903/9343/DOS4eS.png
      http://imagizer.imageshack.us/a/img540/2838/pmtF94.png

      Usuń
    9. Problem jest taki, że chciałabym wprowadzić na blogu zmiany, o których pisałam na głównej, a że miesiąc temu dostałam odpowiedź, że będzie w ciągu pewnie w ciągu dwóch tygodni, a na wywiaderze widziałam sprzed bodajże dwóch tygodni czy tygodnia, że wczoraj... Ja wiem, że oceny są najniżej w hierarchii wartości i masz ciekawsze rzeczy do roboty zapewne, ale już mnie zaczyna irytować, że od miesięcy nie mogę nic na blogu zrobić. Nie chciałam teraz zmieniać, żeby ci nie wchodzić w paradę, ale sytuacja z odwlekaniem tego przez kolejne tygodnie i miesiące też jest dla mnie nieakceptowalna.
      Obrazków nie skomentuję, bo nie wiem, jak ;P.

      Usuń
  4. Trzeba było powiedzieć, że to aż tak pilne, przecież nie robiłabym żadnych problemów; pewnie, że wolę, gdy autorzy niczego nie zmieniają, ale sama widzisz, ile się to wszystko ciągnie. Swoją drogą łatwiej byłoby, gdybyś zapisywała pliki tekstowe u siebie na komputerze, a potem wprowadziła masowo zmiany – przynajmniej ja tak zawsze robiłam, czekając na oceny – ale nie będę od Ciebie tego wymagać. Skopiuję notki, których nie mam i skończę oceniać obecną wersję opowiadania. Myślałam, że uda mi się w tę niedzielę, ale nie dałam rady: z przykrych przyczyn prywatnych ostatni weekend nie był dla mnie czasem odpoczynku, nawet w domu za bardzo nie siedziałam.
    Linki to obrazki, które robiłam w przerwach od czytania „Ellie…” pod wpływem dziwnego przymusu, jaki czułam po lekturze tego psychodelicznego opowiadania. Mam jeszcze cały folder.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmiany wprowadzam masowo, oczywiście, że mam to w pliku, ale chciałabym je w końcu opublikować. Jakie aż tak? Pół roku czekam na tę ocenę...
      Nie sądzę, żeby Elka była psychodeliczna, a na pewno nie tak, jak te obrazki. Wiele można o niej powiedzieć, jest angstowa, przymulająca, ale psychodeli tam nie widzę ;P.
      Na razie nie wklejam nowej wersji, mam jeszcze coś do zrobienia, jeśli będę miała zamiar to zrobić, to Ci powiem.

      Usuń
    2. W ogóle jeśli opowiadanie było problemem, trzeba mi było powiedzieć, nie zmuszałabym do oceniania. Nie mówię tego z fochem ;). Jeśli chcesz, bo widzę, że idzie jak krew z nosa, to zrezygnuj, wyślij mi jakieś notatki ewentualnie albo co, będziemy miały obie spokojne sumienie i wolne ręce ;).

      Usuń
    3. Nie, ocenę mam prawie gotową, tylko muszę ją przeczytać parę razy, żeby uporządkować zawarte w niej myśli i na to brak mi czasu. Bo, nie wdając się w szczegóły, tu tylko o brak czasu chodzi. Nie miałam zamiaru sugerować, że Twoje opowiadanie jest paskudne i płaczę, nie mogąc sobie z nim poradzić.

      Usuń
    4. Spoko, nie jestem tak przewrażliwiona na punkcie moich opek, żeby to tak odbierać. Po prostu jestem zdania, że lepiej eliminować jakiekolwiek problemy, więc dałam znać, że na pewno mnie nie zaboli ewentualna rezygnacja.
      (A oceny złych opek osobiście mi się lepiej pisało niż dobrych... ;) )

      Usuń

Obserwatorzy