środa, 28 stycznia 2015

Minirecenzja #3 komisarz-ares

Ogłoszenia parafialne! Otwieram kolejkę od minirecenzji i przyjmę do niej dwa opowiadania. W następnej kolejności postaram się trochę wyczyścić kolejkę do ocen szczegółowych, a kiedy mi się to uda, rozpiszę zmiany w regulaminie. Wolałabym uniknąć sytuacji, w której długie zadbane blogi z potencjałem marnują się, dostając minirecenzję, a z historii nieaktualizowanymi od pół roku z sześcioma rozdziałami próbuję wyciągać co się da, by autor zaraz zawiesił bloga. To właśnie dla osób z taką sytuacją – i dla początkujących autorów – stworzyłam osobny system recenzowania. Chciałabym, by z ocen szczegółowych korzystali przede wszystkim zdeterminowani twórcy niebojący się krytyki, będący już raczej na etapie doszlifowywania dzieła. Ja sama nie widzę potencjału w historii, na której pisanie autor nie ma czasu już po prologu, bo skoro na wstępie, gdy ma się ochotę wrzucić najwięcej treści, ktoś stwierdza, że to go przerasta, to nie wiem do końca, po co takiej osobie dokładna interpretacja tekstu. Uf, puf, przechodzimy do ocenki pieska Areska.
Aha, tym razem minirecenzja dość długa, ale nie przyzwyczajajcie się.

Komisarz-ares, czyli hau hau, bo wesoła jest praca patologa sądowego
Przepraszam, nie mogłam się oprzeć... przerobiłam troszkę oryginalnego Aresa
Nagłówek jest… piękny. Planowałam przejść od razu do treści, ale w tym wypadku jest to niemożliwe. To, co od razu rzuca się w oczy, to okropnie nieprofesjonalny, krzywy i trochę nieporadnie narysowany obrazek, ale wykonany samodzielnie i to jeden z tych nagłówków, które zwiastują przednią zabawę przy ocenianiu. I nie, nie chodzi tu o jakąś bekę z braku wprawy autorki – żeby nie było. Może i nie jest to ideał szablonu, ale nigdy wcześniej nie zakochałam się tak w grafice od pierwszego wejrzenia. Aha, tło dość mocno rozprasza, nachodzi na tekst i przeszkadza przy czytaniu, zmieniłabym je na coś innego.

Tym razem trafiło mi się coś oryginalnego – fan fiction do serialu „Komisarz Rex”, który kojarzę, ale nie mam pojęcia, o czym jest, bo znam tylko jego założenia. Gdy zobaczyłam na podstronie, że „Opowiadanie dotyczy różnorakich zagadek kryminalnych oraz sposobów ich rozwiązania”, zaczęłam zacierać ręce z radości. Opis brzmi prosto i nieco naiwnie, jest napisany w typowy dla początkujących twórców sposób, ale to wcale mnie nie zniechęca i bardzo dobrze: do czytania podeszłam z odpowiednią dozą entuzjazmu. Wyszło dość ciekawie, choć historia ma kilka poważnych wad, które mocno pogrążają całość i to im właśnie poświęcę większość recenzji; po pozbyciu się ich dostaniemy lekkie, zabawne i dość sympatyczne opowiadanie, a takich niewątpliwie brakuje w blogosferze. Jeśli chodzi o moje wrażenia, to chwilami naprawdę dobrze się bawiłam, czytając „Komisarza Aresa” (motyw z szałem na telewizor jest taki uroczy! Tak samo urzekła mnie scenka z czytaniem pamiętnika Dżasminy na głos czy z patologiem sądowym w szampańskim humorze podczas wykonywania pracy przy dość adekwatnej reakcji otoczenia), ale też chwilami czułam się bardzo nieswojo. Dlaczego – do tego wkrótce dojdziemy, ale najpierw powiem parę słów na temat samej historii.
Grupka niemieckich policjantów w wolnym czasie wybiera się na festyn, gdzie główny bohater (ten czarnowłosy nieogolony typek z nagłówka o aparycji Claude’a z GTA III) bierze udział w loterii z fantastycznymi nagrodami. Całe miasteczko zamiera, wstrzymuje oddech bądź obgryza paznokcie, oczekując wyników losowania, bo co roku, jeśli ma się szczęście, można wygrać nowiuteńki telewizor. Tym razem wygrywa nasz główny bohater, Nayer Kincaid. Radość zdaje się nie mieć końca: „Ty farciarzu cholerny!”, „Pewnie to telewizor! Leć!” – krzyczą koledzy; „A gdzie telewizor?”, krzyczy za to zdumiony Nayer. Okazuje się bowiem, że właśnie zmieniono regulamin i zamiast telewizora nasz bohater wygrywa owczarka niemieckiego. Wszyscy się z niego nabijają, ale wyrozumiała narzeczona (po opadnięciu emocji związanych z główną nagrodą: „Czy to telewizor?!”) zachwyca się pieskiem, dzięki czemu policjant wcale nie żałuje, że zamiast kineskopowego potwora (bo powiało latami dziewięćdziesiątymi) dostał Aresa. Niestety, pech nie opuszcza Kincaida – pod koniec rozdziału w wypadku samochodowym ginie jego dziewczyna, a w kolejnym musi potwierdzić jej tożsamość, gdyż zmasakrowane zwłoki bez rąk można rozpoznać jedynie po pieprzyku i bliźnie na kolanie, której ofiara dorobiła się, spadając z roweru jako dziecko. Patolog sądowy ma wątpliwości, czy aby na pewno doszło jedynie do zwykłej stłuczki, bo wydaje mu się podejrzane, że Sandra straciła kończyny (o których nic więcej nie wiadomo, chyba nawet nie znalazły się na stole obok dziewczyny, więc równie dobrze jakieś podłe dziecko może się nimi bawić w rowie obok drogi), a ciało zostało „zmasakrowane”, ale wszyscy to olewają i oficjalnego śledztwa nie ma. Nawet pomimo tego, że zaraz wychodzi na jaw, że w samochodzie Sandry podłożono bombę, a Kincaid po rozmowie z odpowiednimi osobami jeszcze w tym samym rozdziale odkrywa tożsamość mordercy.
Poszukiwanie sprawcy i odkrycie motywu zbrodni mogłoby być wątkiem przewodnim opowiadania – na początku myślałam, że tak rzeczywiście jest i mimo towarzyszącej mu od pierwszych chwil okropnej przewidywalności bardzo mi się ten pomysł spodobał! – ale cóż… po aresztowaniu nie wspomina się o żadnej zemście, bo ono samo w sobie ma być chyba karą wystarczającą, więc szybko pojawiają się kolejne wątki, kryminalne sensacje i życie prywatne Kincaida (który zdaje się tylko wyprowadzać psa i imprezować po pracy z kolegami) i o sprawie niemalże zapominamy. Źle, że to nie zostało rozwinięte, bo uciekający Liddley i goniący go Kincaid w kolejnych rozdziałach powinni trzymać czytelnika przy opowiadaniu: skoro od tego rozpoczyna się historia, można się spodziewać, że zagadka prędzej (ale nie aż tak prędko…) czy później zostanie rozwiązana, więc warto czekać na rozwinięcie. Nie pojawiła się także wystarczająco silna sugestia, która w trzecim rozdziale byłaby bardzo mile widziana, że kiedyś ten wątek zostanie pociągnięty, co już na wstępie w jakiś sposób burzy rytm opowieści i rozczarowuje, bo jakby nigdy nic przechodzimy do kolejnych kryminalnych zagadek. Pomijając ten straszny zgrzyt, który później daje się odczuwać przez resztę rozdziałów (brak wątku przewodniego to spory problem, więc jeśli nie Sandra, to przydałoby się coś innego), w tym miejscu muszę pochwalić budowę dzieła. Bardzo podoba mi się, że wyszliśmy od życia prywatnego głównego bohatera do jego pracy i teraz te dwa wątki się przeplatają, zupełnie jak w serialach kryminalnych. Niestety, nie wykorzystujesz potencjału tego pomysłu i chwilami mam wrażenie, że po prostu sama za mało wiesz o swoich bohaterach, dlatego brakuje im wyraźnych charakterów, nie pojawiają się ich zainteresowania, książki, które czytają w wolnym czasie, filmy, które oglądają, żadnych głębszych rozmów ze znajomymi, rozmyślań o życiu; brakuje zwykłej szarej codzienności, bo imprezy to nie wszystko. Chwilami widzę Kincaida jako takiego robota bez emocji, który jedynie z poczucia obowiązku opiekuje się psem, którego kiedyś przypadkiem dostał. Tutaj tylko nadmienię, że jedynym bohaterem, który wzbudzał we mnie jakiekolwiek emocje, był właśnie pies; może trudno doszukiwać się u niego jakiegoś niesamowitego charakteru, a jego wielka miłość do kanapek z szynką, chwilowo pojawiająca się ponadprzeciętna inteligencja pozwalająca mu na zrozumienie słów właściciela czy bohaterskie wybawienie policjantów z opresji może były trochę zbyt naiwne, ale właśnie to mi się podobało. Miało to jakiś swój mało realistyczny urok.
Wszystkie wątki zostały spłycone, postaciom brak głębi i prawdopodobieństwa psychologicznego, ale wyszłam z założenia, że to zabieg celowy – bo przecież liczy się tylko dobra zabawa, jak to jest w przypadku serialu. Niestety, tym samym zabrakło mocnych punktów i podstaw, które uczyniłyby opowiadanie interesującym i godnym polecenia.
Niewiele wiemy o Nayerze, o jego zainteresowaniach, bo przemyślenia praktycznie nie istnieją, a to kolejny powód, dla którego całość niespecjalnie działa. Parę razy pojawiają się delikatne wzmianki o tym, że załamał się po śmierci narzeczonej – to robi się mu ciemno przed oczami, gdy odkrywa, że jest martwa, to pies musi go pocieszać, bo zostali w dwójkę, to któryś kolega namawia go na pójście na randkę z koleżanką, mówiąc, że minęło już sporo czasu, odkąd Sandra umarła, jednak poza tym nie widzimy jego żałoby. Nie czułam w nim odpowiedniej determinacji, chęci zemsty, mimo że bohater szybko domyśla się, że ktoś upozorował pamiętny wypadek samochodowy z latającymi kończynami i jedynie impulsywna decyzja o tym, że ma ochotę zabić mordercę jakoś ratuje ten rozdział (choć zaraz koledzy wybijają mu to z głowy); nie ma w nim też chęci dowiedzenia się, kto za tym wszystkim stoi, bo nie drąży – nie dałaś mu na to czasu, pozwalając, by poznał prawdę prawie od razu, przez co właściwie świat wyręczył go we wszystkim. Przyjmuje to do wiadomości, po czym załatwia sprawę i praktycznie więcej o niej nie wspomina. Nie wpada w depresję, nie wspomina zmarłej dziewczyny zbyt intensywnie, ale też nie wiemy nic o tym, by przyjął wszystko twardo i postanowił żyć dalej, udając, że żadnej Sandry nie było. Ot, po prostu zrobił się jeszcze bardziej ponury i skryty niż wcześniej, a na randki jakby przestał chodzić z lenistwa. To trochę razi. Najbardziej uderzający jest jednak moment, w którym Kincaid idzie spotkać się z patologiem sądowym i zidentyfikować zwłoki – sam w sobie opis jest bardzo ładny, dość plastyczny, możemy wczuć się w zszokowanego bohatera, jednak nim poczujemy jakiekolwiek napięcie, wszystko się urywa i następuje dialog. Idealnie byłoby wydłużyć ten fragment urywkami myśli policjanta, który ledwo trzyma się na nogach. Brak refleksji sprawia, że czytelnik nie jest w stanie się z nim utożsamiać, czy mu współczuć, bo za mało o nim wie, poza tym przydałoby się w takim miejscu więcej emocji. Swoją drogą wielokrotnie miałam wrażenie, że chcesz akcję opisać po prostu zbyt szybko i dobrnąć do punktu kulminacyjnego w tempie godnym serialu – a na szczegóły w takim układzie po prostu nie ma miejsca. Dodam jeszcze, że zdaję sobie sprawę z tego, że mimo starań nie do końca udało Ci się poprowadzić wątek wpływu śmierci Sandry na bohatera, co widać kiedy Nayer ma wątpliwości, czy może zatańczyć z inną dziewczyną po pół roku od straty narzeczonej – podoba mi się, że próbowałaś przemycić gdzieniegdzie informacje o jego stanie psychicznym po tym tragicznym epizodzie z życia, jednak zostało to zaznaczone za słabo. Wiadomo, że nie potrzebujemy Sandry w każdym rozdziale, niemniej bardzo brakuje informacji o tym, jak Kincaid radzi sobie z żałobą w pierwszych jej tygodniach. Jeśli uzupełnisz o to rozdziały trzeci i czwarty, dalsza część radziłaby sobie pod tym kątem. Niestety – póki co jego przemyślenia wypadają dość nienaturalnie
Kincaid jest głównym bohaterem, jednak wiem o nim właściwie tylko samo, co o każdym Willu czy Martinie – prawie nic. Sprawia to, że gdy podczas śledztw dochodzi do niespodziewanego zwrotu akcji (na przykład jakiś zbir wyciąga broń), nie czuję żadnego napięcia, strachu o życie protagonistów, mimo że zaraz ktoś może umrzeć czy zostać postrzelony, jak to się zresztą zdarzyło. Brak napięcia to spory problem w przypadku opowiadania przygodowo-kryminalnego; ja poczułam je tylko raz, gdy niewychowana dziewczynka podpaliła piękne włosy pewnej kobiety, ale to raczej wynikało z moich prywatnych włosomaniackich fobii, nie z kunsztu danego fragmentu dzieła.
Odniosłam wrażenie, że opisy poszczególnych postaci w zakładce „bohaterowie” (która nie wiem, naprawdę, czemu ma służyć – oni powinni być odpowiednio opisani w tekście, zresztą sama zaznaczasz, że opisy zdradzają fabułę) są żywsze niż oni sami w Twoim opowiadaniu.
To, co niewątpliwie podoba mi się w kreacji bohaterów, to dialogi, jak długo dotyczą prywatnych spraw policjantów. Oczywiście nie mamy specjalnego zwierzania się czy głębokich rozmów, ale są dość zabawne i wypadają o niebo lepiej niż te między policjantami a rodzinami ofiar… Chyba żadna nie wypadła realistycznie, co podchodzi bardziej pod brak prawdopodobieństwa psychologicznego w przypadku większości postaci niż o cokolwiek innego.
„Spod opalonych rąk wyłoniły się wielkie, orzechowe, pełne łez oczy kobiety.
- Zabito panu kiedyś dziecko? – chlipnęła cicho.
Nayer ujął jej zimne dłonie w swoje ręce.
- Nie – odpowiedział zgodnie z prawdą.
Zapłakana pani wydała z siebie triumfalny okrzyk.
- W takim razie niczego pan nie rozumie! – Prawie krzyknęła.
- Nie, dziecka mi nie zabito – powtórzył czarnowłosy mężczyzna, kojąco gładząc dłonie zrozpaczonej kobiety. – Ale trzy miesiące temu została zamordowana moja narzeczona. Upozorowali wypadek samochodowy.
Orzechowe oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej.
- W takim razie rzeczywiście pan rozumie mój ból – odparła matka chłopca, pociągając nosem i wycierając oczy przedramieniem, nie chcąc wysuwać swoich zimnych rąk z ciepłych dłoni komisarza” – dałam to jako przykład, choć większość rozmów wygląda podobnie. Jedno, że trudno mi sobie wyobrazić, by profesjonalny komisarz poprowadził tę rozmowę dokładnie w taki sposób, ale razi też co innego. Naprawdę nie chce mi się wierzyć, że osoba w tak wielkim szoku była w stanie beztrosko zakończyć swoje załamanie nerwowe i zacząć spokojnie odpowiadać na pytania pod wpływem jakiegoś nagłego uzewnętrzniania się obcego człowieka; z samym poczuciem, że Nayer ją w takim razie świetnie rozumie, to też tak średnio, bo nie miała podstaw do tego, by przypuszczać, że te dwie sytuacje były naprawdę porównywalne.
Zresztą można wiele o tym policjancie powiedzieć (na przykład, że każda kobieta próbuje go poderwać), ale nie, że jest profesjonalistą, o czym świadczy sprawa z pamiętnikiem, gdzie nawet nie zadał sobie trudu, żeby go samodzielnie przeczytać i poszukać jakichś wskazówek, albo pretensje do świadka, że dzień później chciał dodać kilka szczegółów do zeznania. Jeśli to zamierzone – ja bym dodała coś na temat reakcji otoczenia, zwłaszcza znajomych z pracy na jego zachowanie.
Opowiadanie jako kryminał nie działa z kilku powodów – po pierwsze jeden rozdział na jedną zagadkę to za mało, chociaż może inaczej wyglądałoby to w przypadku opowiadania sensacyjnego, gdzie nie liczy się zawiłość sprawy, tylko efektowny sposób jej rozwiązania, narażanie policjantów na niebezpieczeństwo i takie tam. Tutaj akcja nie jest opisana dość dobrze, co raczej wynika z braku wprawy niż czegokolwiek innego, więc wiele poradzić nie mogę. Poza tym przydałoby się napięcie, o którym już się wypowiadałam, no i wydłużenie fragmentów z akcją, by odbiorca mógł się choć trochę podenerwować. Druga sprawa to to, że dobry bohater jest dobry – nieważne, że niewinny Aresek rzuca się na bandytów w czasie obławy lub zwykłej strzelaniny, rozgryzając gardła i doprowadzając do czyjejś śmierci. Koniec końców i tak zostanie nagrodzony bułką z kiełbasą. Nie mam pojęcia, dlaczego nikt nie zwrócił na to uwagi, bo ja wyobrażałam sobie za każdym razem, że pies zmienia się w wilkołaka i z niesamowitą siłą idzie mordować złoczyńców; za którymś razem może przecież pożreć jakiegoś przedszkolaka żywcem. Dobra, przesadzam, po prostu do mnie to uproszczenie dobrzy/źli zupełnie w tym przypadku nie trafiło.
Kolejna rzecz dyskwalifikująca opowiadanie jako kryminał to to, że tak naprawdę nie ma po co zastanawiać się nad rozwiązaniem sprawy morderstwa, bo świat jest zbyt chaotyczny, a czytelnik ma o nim mgliste, jeśli nie żadne, pojęcie – prawo ledwo działa, ludzie zachowują się dziwacznie, przez co trudno przewidzieć cokolwiek, bo to świat decyduje za czytelnika.
Ano właśnie – świat; z jednej strony mamy małe niemieckie miasteczko, z drugiej – cały czas ktoś kogoś tam morduje, pobicia są powszechne, nikt się nie dziwi, kiedy dziecko nie chodzi do szkoły i nie interesuje tą sprawą. Wiem, że takie tło potrzebne Ci było do stworzenia odpowiedniego worka na przestępstwa, ale mimo wszystko niektóre sprawy wydają się albo absurdalne, albo niewłaściwe. Z absurdalnych powinnam chyba najpierw przywołać lokalną mafię, która otwarcie walczy z policją, strasząc funkcjonariuszy pokazem zabijania niewinnych ludzi przez kamerkę, gdy wszyscy siedzieli w biurze i nagle ich komputery zaczęły wyświetlać ten przerażający obraz. Wystarczyłoby wezwać posiłki z sąsiedniego miasteczka, skoro ma się wszystkie dane kryminalistów i dowody na kilka makabrycznych zbrodni, bo najwyraźniej sami lubią je podsyłać. Poza tym jak chce się kogoś pomścić, to najpierw ustala się, kto odpowiada za śmierć ukochanego braciszka, a potem usuwa tego konkretnego policjanta; walka ze wszystkimi jest działaniem samobójczym.
O ile brak realizmu nie jest tak naprawdę największym problemem – zależy, w którą stronę z tym pójdziesz, może zależy Ci głównie na lekkiej, humorystycznej opowieści z kryminałem tle, a wtedy jest jeszcze wiele sposobów na to, by to rozwiązać – to obok pewnych rzeczy obojętnie przejść nie mogłam. Rozdział, po którego przeczytaniu czułam się zwyczajnie źle, to historia szatańskiego dziecka. W większości spraw kryminalnych z opowiadania nie zastanawiałam się nad motywami morderstwa – ktoś się nad kimś znęcał, to zabił, ktoś bał się o ukochaną osobę i wpadł na… no dobra, motyw zabójstwa Dżasminy był zwyczajnie przekombinowany, ale umówmy się – szczątki realizmu zachował jedynie rozdział z Dinką. Tyle że te sprawy nie powodowały, że zastanawiałam się, co jest nie tak z tym światem. Motywy, które tak mi się nie spodobały to: siedmioletnia Lexia jako niewychowany bachor, który uspokaja się jedynie, kiedy dostaje lanie od kogoś dorosłego; ta sama bohaterka jako morderczyni zainspirowana grami komputerowymi i podająca je jako powód, by kogoś zamordować; uniwersum olewające zupełnie podany przez nią motyw zbrodni. Najpierw nikt się nie zastanawia, jak do tego dziecka podejść, co jest z nim nie tak, że w ten sposób się zachowuje i dlaczego tak się zachowuje, więc błędy wychowawcze należy maskować biciem bachora. Przy policjantach. Pomijam motyw kradzieży pistoletu przez Lexię, bo to, jak wiele innych motywów w tym opowiadaniu, było naciągane, ale kiedy już świat odkrywa, że morderstwa z zimną krwią dokonała mała dziewczynka… nie do końca wiem, jak to interpretować i możliwe, że nie miał być żaden poważny motyw, a karykaturalne szatańskie dziecko to element komediowy (?), ale ciężko coś takiego założyć, bo w innych fragmentach na próżno szukać czarnego humoru. Podejście, że jak dziecko robi coś źle, to tylko dlatego, że takie po prostu jest i nikt mu nie przyłożył, a rodzice to absolutnie nie mają z tym nic wspólnego, jest niestety wciąż żywe, a ja widzę tutaj nieświadome powielanie krzywdzącego stereotypu. Przesadzone do granic możliwości zachowanie dziecka powoduje, że ten wątek w ogóle nie pasuje do reszty, a w rozwiązanie (TO WSZYSTKO PRZEZ GRY!!!) nie mogłam uwierzyć.

Styl masz jeszcze nie do końca wyrobiony i choć widać, że starasz się i powoli zaczynasz budować jakiś własny sposób opowiadania historii, nawet nieoczytany odbiorca zaraz się orientuje, że to nie jest szczyt Twoich możliwości. Zdradza Cię kilka powtarzających się elementów, a uporanie się z nimi sprawi, że opowiadanie wejdzie na nieco wyższy poziom:
1. „Czarnowłosy mężczyzna”, „jasnowłosy” czy „kasztanowłosa” to najgorsze znane ludzkości określenia na bohaterów, zwłaszcza że prawie zawsze dotyczą znanych czytelnikowi osób, a rzadko kiedy postaci epizodycznych dopiero co przedstawionych i nieposiadających jeszcze imienia. Czasem podmiot da się po prostu pominąć, w innych przypadkach lepiej trzymać się imienia, a kiedy lepiej nie, żeby nie powtarzać się w dwóch sąsiadujących linijkach, można zawsze nazwać kogoś funkcją (może policjanci mają różne stopnie?). Synonim „owczarek” jest w porządku głównie dlatego, że w opowiadaniu nie pojawiają się inne podobne psy (a spaniele), więc od razu wiadomo, o kogo chodzi. To jeden z problemów, jakie powoduje Twój sposób określania postaci:
„Mężczyzna wszedł do pokoju, ale nie odnalazł tam swojej przyszłej żony. W łazience szumiała woda, z czego wywnioskował, że się tam kąpała. Przebrał się w coś luźniejszego, zdejmując z siebie eleganckie spodnie i koszulę, które zakładał do pracy. Ruszył do kuchni, chcąc wziąć coś do jedzenia, ale w drzwiach wpadł na drobną, jasnowłosą kobietę owiniętą kremowym ręcznikiem” – początek sugeruje, że w mieszkaniu przebywał ktoś obcy (a potem bohater wpadł na jakąś jasnowłosą kobietę, nie na „Sandrę, narzeczoną”, co nasuwałoby się jako pierwsze i byłoby ładnym wprowadzeniem bohaterki do opowiadania), podczas gdy dopiero po chwili dowiadujemy się, że tajemniczą kobietą jest dziewczyna głównego bohatera.
2. W Twoim uniwersum wystarczy założyć perukę, by stać się nierozpoznawalnym nigdzie tajnym agentem, będąc mężczyzną – kobiety muszą się nieco bardziej napracować, ale też nie jest to nic trudnego, bo prawie wszystkie są wysokie i szczupłe. Wygląd mężczyzn zwykle ogranicza się do koloru włosów; nigdy nie dowiadujemy się nic o cechach charakterystycznych rysów twarzy.
3. Dialogi powinno się zapisywać od pauz (—) lub półpauz (–), nie dywizów (-).
4. Chwilami miałam wrażenie, że wszyscy się wydzierają, ale to tylko nadmiar „!!!” występujących z rzędu w dialogach, które śmiało można zastąpić pojedynczym wykrzyknikiem.
5. Zapominasz o akapitach przed dialogami.
6. Często piszesz „oboje” zamiast „obaj”, kiedy dotyczy to Martina i Willa chociażby (czyli mężczyzn, nie kobiety i mężczyzny).
Jeśli chodzi o czystość zapisu, to z tego już Cię nic nie tłumaczy. Nieprawidłowe znaki, krzywe akapity, wiele spacji i tego typu problemy pojawiają się w każdym rozdziale, nieładnie. Poza tym dodam tylko, że bardzo lubię ten nieco archaiczny slang, którego używają bohaterowie – można się poczuć jak w latach dziewięćdziesiątych, choć tak naprawdę nie wiem, jaki jest czas akcji. Stylizację językową odbieram pozytywnie, zwłaszcza że wielokrotnie mnie rozśmieszała. Nie wszystkie dialogi brzmiały realistycznie i chwilami czułam w tym przesadę, ale nadal oceniam całość na plus. Jak będziesz więcej ćwiczyć, sama zobaczysz, że sposób wypowiadania postaci stanie się naturalniejszy, bo już na tym etapie widać, że umiesz bawić się językiem i z czasem będzie tylko lepiej.

Podsumowując, fajnie, że ludziom chce się jeszcze pisać lekkie opka, mimo tych wszystkich wad podobał mi się sympatyczny klimat „Komisarza Aresa”, głównie dzięki wesołym rozmowom podczas prowadzenia śledztw. Gdy rozprawisz się z tymi kilkoma zgrzytami związanymi z nie do końca udaną realizacją założeń, opowiadanie będzie dużo płynniejsze i przyjemniejsze dla odbiorcy.
Podoba mi się, że w pewnym momencie zaczęłaś eksperymentować i bawić się bohaterami. Z każdym rozdziałem widziałam postępy, trochę poprawił Ci się styl, pomysły też wydawały mi się ciekawsze, co oczywiście doceniam, jednak słaby początek sprawia, że trudno dostatecznie docenić kreację postaci przez Ciebie stworzonych, gdyż ta kuleje od podstaw – trudno się utożsamiać czy nawet z przyjemnością obserwować kogoś, kogo się ledwo zna, a wprowadzenie do świata jednak nie było dostatecznie. Nie miałabym nic przeciwko rozpoczęcia opowiadania w trakcie festynu jak obecnie, gdybyś poświęciła każdemu z bohaterów jeden akapit (albo przynajmniej ograniczyła się do właściwego nakreślenia Kincaida).
Przez większą część lektury miałam wrażenie, że każdy rozdział jest pisany bez dostatecznego zaangażowania; zawsze pojawia się rozbudowany wstęp, w czasie którego nic się nie dzieje, ludzie imprezują, piją kawę i rozmawiają o niczym, ale potem gdy tylko przechodzimy do sedna sprawy kryminalnej, opis akcji nie jest zbyt dokładny, a im dalej, tym bardziej „byle do końca” – zero emocji, zero napięcia, ot, udało się, albo nie udało, ktoś umarł, ktoś został uratowany, przestępca będzie siedział w więzieniu, koniec. Zwróć uwagę, jak szybko rozwija się relacja między Nayerem a Akemi – ledwie przedstawili się sobie, a już zaufał jej na tyle, że wysłał ją z kluczami do swojego mieszkania, żeby popilnowała psa. Czytelnik nie widzi tego, jak Kincaid ją poznaje i powoli zaczyna przekonywać się, że to doskonała osoba do opiekowania się zwierzątkami, a nie potencjalna złodziejka i psychopatka.
Myślę, że nie będziesz miała problemów, by wyrobić własny styl, o ile tylko będzie kontynuować opowiadanie. Na pewno ma ono jakiś potencjał, a większość błędów jest typowa dla początkujących twórców, więc tak naprawdę brakuje tu tylko ćwiczenia; no i oczywiście przejrzenia moich rad, bo brak wątku przewodniego to powód, dla którego po przeczytaniu dwóch rozdziałów nie chciałabym kontynuować lektury. Doceniam jednak humor, pozytywnych bohaterów oraz sympatyczną konwencję, nawet jeśli nie do końca jeszcze się w niej odnalazłaś, dlatego na dzień dzisiejszy wystawiam 2+. Jeszcze jedno, świetnie się składa, bo przydałby się nam jakiś patolog sądowy, który z humorem badałby poległych wię... żołnierzy, a widzę, że masz do tego idealne kwalifikacje.

23 komentarze:

  1. O ja pierd... ale wstyd! :D Początkujący twórca powiadasz... oż kurde, ale dałam do ognia z tym opowiadaniem, skoro aż tak to beznadziejnie początkująco wygląda! Tak w zasadzie nie powinnam się tu bardziej jeszcze kompromitować, no ale dobra, już większej siary sobie nie narobię: początkujący pisarz to nie ja, już ładnych ho ho lat siedzę w blogosferze, a "Ares" nie jest moim pierwszym opowiadaniem. :D Ja chyba tak po prostu dziecinnie i idiotycznie piszę po prostu. :D Jak czytałam te Twoje wzmianki, że coś tam: "jest to jak najbardziej charakterystyczne dla początkujących" to aż mi głupio było. :D
    Przede wszystkim bardzo dziękuję za poświęcenie mi czasu i uwagi, napracowałaś się, dziękuję Ci za to. :) Ze wszystkim się zgadzam, rady rzeczywiście bardzo cenne, postaram się jak najwięcej z nich skorzystać. :) Ja chyba nawet nie mam co tutaj wyjaśniać ani się bronić ani usprawiedliwiać, bo jest jak jest, co tu ukrywać. :) Mnie chyba właśnie bardziej zależy, aby było miło i przyjemnie niż dokładnie i poprawnie, co oczywiście nie jest dobre. Może tylko dodam, choć w sumie już domyśliłas się tego, ale każdy rozdział = jeden odcinek, a w serialach to zawsze się coś szybko zaczyna i kończy, cała akcja w jednym odcinku, chciałam, aby serialowo było po prostu. :) Stąd takie szybkie początki, rozwinięcia i zakończenia. I co tam jeszcze... ach, patolog niestety to nie tylko u mnie taki zabawowy typek, patolodzy w "Komisarzu Rexie" zawsze tacy byli, ja po prostu bezczelnie zgapiłam zachowanie i przełożyłam na swojego patologa. Ale jeśli go chcecie, to sobie bierzcie do tego wojska, co mnie tam, uprzejmie proszę. :)
    I chyba byłoby na tyle, idę się schować, bo aż mi wstyd, jeszcze mnie ktoś tu pod tą oceną zobaczy i dopiero będzie miał zwałę. :D Ja w sumie sama się śmieję z siebie i swojej żenującej "początkującej" twórczości, ale nic mi chyba innego nie zostało. :) Cieszę się, że atmosferę doceniłaś i się trochę pośmiałaś, śmiech to zdrowie, może Ci życie o trochę przedłużyłam swoim opkiem. :) Dziękuję raz jeszcze za wszystkie rady, pochwały i inne tam heh gorsze rzeczy, nie dziękuję za zrobienie z mojego Aresa demona, brzydko wygląda, już chyba lepszy mój. Czerwone oczy mu nie pasują, to nie królik albinos! :( A jeśli to miało być nawiązanie do akcji z pogryzieniem i rzucaniem się do gardeł, to nie do mnie pretensje tylko do reżyserów, bo Rex też tak robił, o. :) Zresztą nie wiem, ale jak zwierzątko czuje zagrożenie własnego życia oraz swoich bliskich, to chyba raczej każde by atakowało w celu tychże istnień ratowania. :) Dobra, ja uciekam póki jeszcze mnie nikt palcami nie wytyka, dzięki za ocenę, trzymaj się mocno! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie Ares albinos, to aresołak-pogromca bandytów :D

      Nie ma się co wstydzić, zresztą możemy inaczej nieco traktować bycie „początkującym”; nie liczy się to, jak długo człowiek pisze, tylko jak często i jak dużo :) Jeśli miałaś wcześniej kilka opowiadań porzucanych przy podobnej długości, co ten blog, to dalej mówiłabym o Tobie jako o początkującym twórcy; swoją drogą częstotliwość dodawania nowych rozdziałów nie jest imponująca, a to też ma wpływ na to, jak szybko widzisz postępy.

      Przed pojawieniem się tej serialowej szybkości przydałby się dobry, solidny, rozbudowany wstęp, wprowadzający do świata i pozwalający czytelnikowi na poznanie wszystkich bohaterów. W serialach zwykle pojawia się takie krótkie wprowadzenie, które ciężko przełożyć na tylko jeden rozdział opowiadania, bo na ekranie widzisz wszystko jak jest, a jako autor opowiadania musisz się skupić na ukazaniu pewnych aspektów życia bohaterów. Później oczywiście nie ma nic złego w rozdziałach o takiej budowie, jak w „Komisarzu Aresie”, bo czytelnik wie, na czym stoi, więc nie czuje się zdezorientowany i może się po prostu dobrze bawić przy lekturze.

      Myślałaś może o becie? Myślę, że mogłaby Ci pomóc, bo z robienia pewnych błędów nie zdajesz sobie sprawy, a gdyby ktoś Ci je regularnie wskazywał, szybko zaczęłabyś je wyłapywać sama. Nie wszystkiego jednak możemy nauczyć się w szkole, a czyjaś pomoc na pewno się przyda.

      Bardzo cieszyłam się, mogąc oceniać Twoje opowiadanie, bo brakowało mi jakiegoś lekkiego, wesołego tekstu, więc tutaj punkt dla Ciebie :) Wbrew pozorom taka forma nie jest zbyt popularna w blogosferze, więc wiele zyskałaś na oryginalności, no i na przyjemnym humorze. Ćwicz dużo, może faktycznie znajdź betę, a myślę, że „Komisarz Ares” wiele na tym zyska. Powodzenia w dalszym pisaniu :)

      Usuń
    2. No to skoro gadka się rozkręca, to jednak nie ucieknę tak od razu, jeszcze zostanę na jakiś czas. :) To tak o:
      1. Aresołak czy nie aresołak - nie podoba mi się, aczkolwiek również doceniam Twój talent plastyczny, kreatywność i poczucie humoru.
      2. Yyymm ja tego bloga nie porzuciłam, nigdy w życiu, wrócę! Tylko czasu niestety brak, ale pomysły jak najbardziej są. :) Pozostałych opowiadań nie porzuciłam, dzielnie dobrnęłam do samiutkiego końca. :) Acha, no i nie miały po 6 rozdziałów w momencie zakończenia, żeby nie było. :D Ale to tylko w drodze wyjaśnienia. :)
      3. Rozbudowany wstęp rzeczywiście by się przydał, masz rację, ale już teraz nic z tym nie zrobię. Może następnym razem albo w drugiej części, o ile będzie. :) Muszę zacząć teraz bardziej opisywać wszystko, chociaż nie znoszę opisów, bo mnie nudzą. Ale wiem, że mam ich stanowczo za mało i muszę coś z tym zrobić. No i jeszcze z tym Nayerem coś, cholercia, bo to w końcu główny bohater. Już nie wiem, może rzeczywiście powinnam przy okazji wypisać jakiej muzyki on słucha albo co Ty tam jeszcze napisałaś... o, jakie książki czyta. Sama nie wiem, przy następnym rozdziale może co nieco uda mi się ulepszyć. :)
      4. Beta? Ha, ha, ha, no bez jaj. :D Nie będę komuś tyłka truła swoim opowiadankiem, które piszę sobie dla zabawy. :) Szkoda by mi było zamęczać tego kogoś swoimi pierdołami, na pewno ludzie mają ciekawsze i bardziej pożyteczne rzeczy do roboty niż na zawołanie wytykać mi błędy. :) Tak czy siak dziękuję za radę. :)
      5. No ja też się cieszę, że Ty się cieszysz no i w ogóle, że oceniłaś, że Ci się chciało, czas zmarnowałaś i nawet Painta Ci się chciało otworzyć i w ogóle fajnie sobie coś o swoim opku poczytać. :) Także tego, ogromne dzięki raz jeszcze i również życzę powodzenia w pisaniu, dobranoc! :)

      Usuń
    3. Hm, tu właściwie nie chodzi o listę ulubionych rzeczy Nayera, tylko to, że w chwili obecnej ja tej postaci w ogóle nie „czuję”. To tylko przykład - ja nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co ten bohater robi w wolnym czasie i jakie ma upodobania, a jeżeli całe jego życie poza pracą składa się wyłącznie z siedzenia z Aresem przed telewizorem i okazyjnych dyskotek, to wypada trochę słabo ;)

      Jak uważasz, jeśli chodzi o betę, ale myślę, że dla takiej osoby byłaby to miła odmiana od poprawiania patetycznych fantasy i romansów :D Zresztą mnóstwo osób ma bety, bo trudno czasem zauważyć błędy samemu; jak Ci coś coś umknie, a potem piszesz jedno, drugie opowiadanie, to wszystkie te błędy Ci się utrwalają i zaczynasz postrzegać je jako poprawną formę. Z tego, co widziałam, to problemy z poprawnością są w całym tekście takie same, więc podesłanie go jakiejś osobie, która zna się i lubi poprawiać opowiadania, mogłoby bardzo pomóc. Jeśli naprawdę nie chcesz bety, pozostają wszelkie poradniki dotyczące między innymi interpunkcji, ale to dłuższa droga :)

      Usuń
    4. Aaa widzisz, w tym problem, bo ja właśnie chciałabym, aby główna postać była "odczuwalna", jak mówisz, że nie "czujesz", to dupa blada. Może kiedyś jakoś zrobię odnowę wszystkich rozdziałów i jakoś uda mi się to wszystko ubarwić, ale to na pewno nie teraz niestety, sesja zła rzecz. :( Myślisz, że to byłby dobry pomysł, aby te wszystkie obecne już rozdziały zaktualizować? Podopisywać co nieco, coś wyrzucić, coś dodać? Tak, aby lepiej było. No a na przyszłość to już się tego trzymać i już w ten sposób pisać.

      Z tą całą betą pomyślę, ale nie jestem taka pewna czy ten ktoś rzeczywiście by był taki zadowolony odmianą, to Ty tak odebrałaś (w sumie to pozytywnie) te opowiadanie, nie wiadomo, co pomyśli ktoś inny, być może "Ares" byłby dla kogoś udręką, a nie odmianą od patetycznych fantasy i romansów. No ale przemyślę to. :)

      W sumie miło na tej ocenialni, szacun, że jesteś tylko sama, a tak nieźle to ogarniasz, no i ze swojej oceny oczywiście też jestem zadowolona. :) Niby tylko 2, ale obyło się bez obrażania i wyzwisk, grzecznie i kulturalnie napisane wszystko bez przesadnych parodii (pomijając rzecz jasna przerobionego Aresa, ale jestem w stanie Ci to wybaczyć), także wszystko gra i buczy. :) Oby tak dalej! :)

      Usuń
    5. Bety poprawiają najróżniejsze teksty, trust me. Jeśli mają się zrazić tym, że ktoś robi błędy, to nie są betami, tylko czytelniczkami, które chcą szybciej dostawać rozdzialiki ulubionego opka. True story.

      Usuń
    6. Pewnie masz rację, ale tak mi jakoś nieswojo z tym faktem, że miałabym jakiegoś "sługusa", który by mi błędy poprawiał... To w końcu moje opowiadanie i mój w tym zakichany interes, aby poprawiać swoje własne błędy i samodzielnie się doskonalić, a nie wykorzystywać do tego innych.:)

      Usuń
    7. Bez przesady, jeśli ktoś ocenia, betuje czy robi szablony dla innych, to dlatego, że lubi to robić i przy okazji może komuś pomóc :) Mnie bardzo cieszy, że w polskiej blogosferze utworzyło się takie miejsce, gdzie dzięki pomocy innych można podszkolić swój warsztat literacki, a sam autor ocen czy beta uczą się wiele przy poprawianiu cudzych tekstów. Na Twoim miejscu po prostu zajrzałabym na betowanie.blogspot.com i zapytała, kto miałby ochotę poprawiać „Komisarza Aresa”; w ten sposób pomoże Ci osoba, która akurat lubi tego typu opowiadania.

      Bardzo się cieszę, że odbierasz tak tę ocenialnię, bo na początku jej istnienia zastanawiałam się, jak to będzie funkcjonować :D Zdziwił mnie tylko ten fragment z wyzwiskami i obrażaniem, dopóki nie przypomniałam sobie, jak wyglądały ocenialnie jeszcze dwa lata temu – w tym te uważane za porządne. Jeśli ktoś obraża autora opowiadania zamiast krytykować samo opowiadanie, to po prostu nie powinien pracować z tekstami literackimi, dziećmi i zwierzętami, a z jego opinią nie bardzo bym się liczyła :D

      Wracając jeszcze do Nayera, to tutaj naprawdę pomógłby ten wydłużony wstęp, o którym już mówiłyśmy, jeśli pokazałabyś jego relacje z Sandrą, sposób spędzania wolnego czasu z nią i z psem, parę takich niby nieznaczących, rodzinnych scenek, bo zawsze można wpleść już elementy dalszej fabuły, na przykład zasugerować gdzieś, że Liddley niezdrowo interesuje się ich życiem prywatnym.

      I tak, uważam za bardzo dobry pomysł dopisywanie czy zmienianie starych rozdziałów. Teraz wiesz, jak całość mniej więcej się układa, czego tam brakuje, więc możesz śmiało to zrobić, a raczej wyjdzie to z korzyścią dla tekstu, a już na pewno dla Ciebie, bo w ten sposób zaczniesz zauważać, czego unikać i w jakim kierunku iść :) Nie bój się zmian, bo to podstawa pracy nad tekstem, a przyszli czytelnicy na tym zyskają. Jeśli piszesz coś, odkładasz to i już więcej do tego nie wracasz, to sama odbierasz sobie okazję do wyciągania wniosków; niby kolejny tekst będzie płynniejszy, pomysły bardziej rozwinięte, ale w ten sposób ciężko będzie osiągnąć lepszy poziom, bo w pewnym momencie przestaniesz się rozwijać, a nadal będziesz popełniać te same błędy.
      Zresztą w przypadku Twojego opowiadania te zmiany to tak naprawdę kwestia wydłużenia dwóch, trzech rozdziałów, może dodania jakiegoś pomiędzy, bo dalsza część pod względem budowy jest w miarę w porządku.

      Ta dwójka nie przekreśla potencjału Twojego bloga, bo z całą pewnością podobał mi się bardziej niż większość wyżej przeze mnie ocenionych. Dziwna sprawa, ale to już któryś raz, kiedy obiektywnie słabe opowiadanie urzekło mnie klimatem, bezpretensjonalnością czy sympatycznym humorem. Oczywiście to nadal nie jest ten poziom, bym mogła komuś Twoje opowiadanie polecić, ale po kilku ciężkich pod względem nastroju tekstach była to miła odmiana, a fajna stylizacja językowa pokazuje, że Ty umiesz bawić się językiem, ale po prostu robisz to dość nieumiejętnie, bo nikt nie wskazał Ci wcześniej dokładnie błędów. No i wracamy do punktu wyjścia, czyli bety ;)

      Usuń
  2. Khem, informacja na początku tchnęła moje sumienie, bo zdaje się, że jest jakby skierowana trochę do mnie. ;) Na swoje usprawiedliwienie chciałam tylko zaznaczyć, że zwykle w ocenialniach tak długo czeka się na ocenę, że aż żal serce ściska, jak to wygrzane miejsce w kolejce trzeba komuś oddać, bo się dało dupy i utknęło z pisaniem. Właśnie zaczyna się sesja, a więc w najbliższym czasie na pewno wiele nie zwojuję, ale jeśli przystaniesz na moją propozycję, chciałabym sobie zostawić takie trochę otwarte drzwi. Mianowicie na ten moment poprosiłabym o zamrożenie bloga, dopóki nie dodam jeszcze chociaż dwóch, może trzech rozdziałów. To wciąż nie będzie zbyt dużo, szczególnie, że posuwam akcję w dość żółwim tempie, ale może uda się coś więcej z tego wyciągnąć. Oczywiście jeżeli uznasz, że wciąż kwalifikuje się to do mini recenzji, to będę wdzięczna i za to. Po prostu jestem chciwa i chcę sobie jak najwięcej poczytać o swoim opowiadaniu, ale doskonale rozumiem, że jeśli nie ma o czym pisać, to nie ma co na siłę wymyślać.
    Mam nadzieję, że takie rozwiązanie będzie satysfakcjonujące dla obu stron, jeśli masz inne propozycje, to jestem na nie jak najbardziej otwarta.
    Pozdrawiam,
    Myszogon.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, nikogo nie wyrzucam, nie przesuwam z kolejki do kolejki bez wiedzy drugiej strony :) Nie chcę też, żeby ktokolwiek z obecnych kolejce, na przykład Ty, brał to sobie jakoś bardzo do siebie, ja po prostu szukam idealnego systemu, żeby to jakoś ogarnąć; te szczegółowe oceny to jednak mnóstwo roboty, a nie każdy jest przygotowany na tak dokładną interpretację tekstu, więc zastanawiam się nad jakimś nowym rozwiązaniem, które wprowadzę w życie w najbliższym czasie. Zamroziłam Twojego bloga, daj znać, kiedy dopiszesz te brakujące rozdziały :)

      Usuń
  3. Często piszesz „oboje” zamiast „obaj”, kiedy dotyczy to Martina i Willa chociażby (czyli mężczyzn, nie kobiety i mężczyzny).

    Te "mężczyzny" to specjalnie czy niedopatrzenie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dotyczy – kogo? – tego mężczyzny :)

      Usuń
  4. Oj, zerknęłam na kolejkę i przed Maską tylko jeden niezamrożony blog. Więc tak, również prosiłabym o pominięcie mojego opka na razie, bo do zakończenia zostało mi pięć rozdziałów (i mam nadzieję, że skoro sesja prawie-prawie przeminęła, to w końcu do nich siądę) - a bardzo chciałabym zobaczyć jak wypada całość :) Mam nadzieję, że to nie kłopot?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że nie :) Daj znać, kiedy dokończysz opowiadanie.

      Usuń
  5. Białe litery na białym tle? Dziwne. Nie ładuje Ci się tło? Mogę Ci przesłać całość w dokumencie Worda. Może to ułatwi Ci ocenę? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kej, pomajsterkowalam. Teraz powinno być czytelniej :P

      Usuń
  6. Zawieszenia, zamykanie kolejek i brak nowych, chętnych do pracy osób nie służą dalszemu rozwojowi ocenialni prowadzonych na serwisach blogowych. Znamy to z autopsji i chcemy uniknąć regresu, z którym stykamy się na co dzień na odzielnych platfomach oceniających.

    FUZJA powstała 26.02.2015.

    Projekt polega na połączeniu sił i wspólnemu ocenianiu na nowym blogu.

    Bez regulaminów.
    Bez szefostwa.
    Bez presji czasu.

    NA JAKICH ZASADACH DZIAŁAMY?

    Kryteria każdy dostosowuje na własnej podstronie, dzięki której nowi zgłaszający będą wybierać Oceniającego. Kolejki i oceny będą publikowane przez wszystkich chętnych na stronie głównej. W ten sposób każdy będzie miał szansę pracować z nowymi osobami oraz zmienić stan swojej kolejki, która - niezmienna od kilku miesięcy - może przytłaczać.

    Pragniemy więc wymienić się blogami z kolejek. Wymieszać je i dopasować do tego, co faktycznie chcemy oceniać. Ułatwieniem jest też fakt, że na wielu ocenialniach blogi zgłoszone się powtarzają. Równocześnie mając na uwadze wymagania autorów blogów ocenianych - poinformujemy ich o fuzji i zapytamy, do którego Oceniającego chcieliby trafić. Mamy pewność, że taki powiew świeżości przywróci nam siły do dalszego pomagania autorom blogów ocenianych i sobie nawzajem.

    POSZERZAMY HORYZONTY!
    Uczymy się od siebie. Dyskutujemy, działamy wspólnie. Bez rywalizowania znanego z czasów świetności "Onetu", bez wytykania sobie błędów celowo palcem. Kontaktujemy się na Zamkniętej Grupie platformy Facebook. Rozwijamy się, wymieniamy doświadczeniami.

    Pragniemy stworzyć profesjonalny DREAM TEAM, w którym każdy będzie odpowiedzialny za siebie samego.

    O szczególną uwagę prosimy "starych wyjadaczy". Zależy nam na rzetelności wykwalifikowanego składu i współpracy będącej czystą przyjemnością. Wielu z nas z ocenianiem ma do czynienia od kilku lat. Nie trzeba nas uczyć, co robić. Jak pisać. Nie potrzebujemy wskazówek, regulaminów i kryteriów. Autorzy blogów zgłoszonych po zapoznaniu się z naszymi podstronami sami zdecydują, kto i na jakich warunkach będzie ich oceniał.


    Pomysł jest jeszcze niedopracowany, lecz liczymy na pomoc. Chcemy, aby był to WSPÓLNY projekt. Aby każdy był zadowolony i mógł w pełni obdarzyć zaufaniem innego Oceniającego, gdyż każdy z nas zostanie administratorem nie tylko swojej podstrony, ale również głównego bloga. Aby wszyscy pracowali na równych prawach, na jednej prężnie działającej platformie, a nie kilku ocenialniach, które w rzeczywistości od dawna już tylko stoją w miejscu.

    Proszę o kontakt osoby zainteresowane:
    Facebook: "Resteriel"
    e-mail: skoiastel@interia.pl

    RAZEM MOŻEMY OSIĄGNĄĆ WIĘCEJ!

    DO PROJEKTU DOŁĄCZYLI:
    - Niebieskim Piórem
    - Shiibuya

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam. Wydaje mi się, że nie ma potrzeby zamrażania mojego bloga, to zależy kiedy zamierzasz zabrać się za jego czytanie. ;) Ogółem poprawki w pliku na dysku mam już naniesione, pozostała kwestia podmienienia tekstu na blogu i wyjaśnienia kilku kwestii "gdzieś na boku". Jako, że mam dużo pracy obecnie, nie mam czasu tego zrobić, ale powinnam się za to zabrać i zakończyć to za tydzień, max. dwa, zależnie, kiedy będę miała wolniejszą chwilę. Dlatego też Tobie pozostawiam decyzję, kiedy Ty będziesz się za bloga zabierać, bo jeśli nie w ciągu najbliższych dwóch tygodni, to raczej nie ma potrzeby zamrażania. ;]
    Pozdrawiam serdecznie.
    MlodaLarwa
    WILCZE DZIEJE.

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej! Kiedy mniej więcej mogę spodziewać się recenzji? Nie popędzam, tylko z ciekawości pytam, bo miałam jakoś wkrótce zamiar wprowadzić kilka zmian u siebie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie jeszcze nie zdecydowałam, ale to nieważne, poczekam na ocenę ;)

      Usuń
  9. Hej, jak tam idzie z oceną, Claudinello? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, no tak… Generalnie nie chcę niczego obiecywać, bo z niczym się nie wyrabiam, ale szkic, plan i cytaty są, czas też powinien się lada chwila znaleźć. Może nie będę już zapeszać z podawaniem terminu, ale nie widzę przeszkód, żeby skończyć ocenę w ciągu dwóch tygodni maksymalnie. Poczekasz tyle ze zmianami?

      Usuń
    2. Jasne, że poczekam ;)

      Usuń

Obserwatorzy