sobota, 11 lipca 2015

13. Ocena serce-ognia

UWAGA, OGŁOSZENIE! UTKNĘLIŚMY Z POWODU PIRATÓW, ALE SYTUACJA JEST JUŻ OPANOWANA; STRACILIŚMY TYLKO SIOSTRĘ-CZAROWNIKA, ZOSTAŁA ZAKŁADNIKIEM.
Poza tym rezygnuję całkowicie z zajmowania się fanfiction (ocenię jedynie te, które mam w kolejce). Przyczyn jest kilka, między innymi to, że po prostu się do tego nie nadaję, nie lubię tego i odkryłam to po tych kilku ocenach, które wystawiłam ff. Poza tym wielu zgłaszających się olewa regulamin, bo albo go nie doczytuje, albo uznaje, że jak nie trzeba znać pierwowzoru, to nie ma problemu. To tak do końca nie jest, ale jeśli ktoś uważa, że ma wspaniałe opowiadanie i potrafi to uzasadnić, to zawsze może się skontaktować ze mną mailowo – i wówczas powiem, czy czuję się na siłach, by je ocenić.
Chyba że ktoś ma ff do Kuroshitsuji, to pytać nie musi, bo chętnie ocenię. Chcę na łożu śmierci powiedzieć „robiłam szalone rzeczy, napisałam recenzję amatorskiego ff mangi o demonicznych lokajach”, a wakacje to wspaniały czas na czynienie różnych szaleństw.
Wszystkich z opowiadaniami własnymi zapraszam natomiast do zgłaszania się do minirecenzji. Nie wiem, jaki będzie los stałej rubryki „oceny”, być może ją całkiem zlikwiduję, być może będę trzymała w niej jednego bloga na trzy czekające do minirecenzji, jednak teraz i tak to bez znaczenia – chcę wyczyścić kolejki, a absolutnie wszyscy (autorzy sześciu blogów!) wprowadzają poprawki, czy są zamrożeni z innych przyczyn. Jeśli ktoś czeka na otwarcie kolejki do pełnych ocen, to może się nie doczekać – będę robić ostrą selekcję opowiadań, którym warto poświęcić dużo więcej czasu – więc i tak zachęcam do wybrania minirecenzji ;)
Okej, okej, już przechodzimy do oceny.

Serce-ognia, czyli pierwsza część minęła, a ja nadal nie wiem, skąd ten tytuł

Szablonu z wiadomych przyczyn nie ocenię :)

Dzisiejsza historia jest jedną z tych, których obawiałam się po pobieżnym przejrzeniu treści; że będę się męczyć, że styl mnie przytłoczy, że nie jestem odpowiednią osobą do jej oceniania i wyniknie z tego później tylko jakaś niechęć – i moja, i autorki. Jednak, ku mojemu zdziwieniu, od nienawiści do stylu szybko przeszłam do stanu, w którym zaczęłam go akceptować… toteż nie było powodów, żeby się od pisania wykręcać. W pewnych aspektach nawet go polubiłam; przestał być aż tak denerwujący, kiedy postanowiłam przeskakiwać niektóre opisy, a wtedy zauważyłam całkiem ciekawą atmosferę. Zaczęłam nawet coraz bardziej interesować się tym, co może być dalej fabularnie, aż dobrnęłam do końca pierwszej części i zrozumiałam, że w przypadku tego opowiadania ogromny potencjał to nie wszystko.
Mam mieszane uczucia w absolutnie wszystkich aspektach – z jednej strony potrafisz rozwijać akcję, przedstawiać charaktery i płynnie opowiadać o wymyślonym przez siebie świecie; z drugiej – wszystko to zostało zrobione jakby „po łebkach”, pozostaje rozczarowujący niedosyt w każdej kwestii, irytuje miejscami brak logiki i researchu, a efekt ten pieczętuje towarzyszące mi gdzieś od połowy poczucie, że całość nie zmierza do niczego, a Ty wymyślałaś wydarzenia na bieżąco bez żadnego planu. No i ten styl… Opisy tworzysz przecież ładne, niby poetyckie, ba! One nawet udają, że są plastyczne, ale za nimi nie kryje się absolutnie nic. Jednak o tym opowiem za chwilę, po kolei, nad stylem postanowiłam pastwić się na samym końcu – najpierw ogólnie o utworze, o tym, co w nim dobre, a także to, co najbardziej przeszkodziło odbiorze.

Nathaniela, syna Baalderica van Saaren, najpotężniejszego maga władającego kilkoma planami, cokolwiek to znaczy, w uniwersum o nazwie Uniwersum, poznajemy podczas treningu, kiedy bardzo cierpi, a nie chce. Chłopiec jest cherlawy i ma chudziutkie kolanka, a ojciec miota nim jak szatan po sali, bo chce uczynić z czternastoletniego intelektualisty mięśniaka nadającego się do przejęcia kontroli nad światem. Niestety! Nathaniel ma problemy, by zapanować nad magią, a kto w opku fantasy nie umie takich rzeczy, ten przegrywa.
Takie metody wychowawcze ojca (przedstawionego wyjątkowo negatywnie, w którego żyłach „płynęła krew istot z dna piekieł”) nie mogły się skończyć dobrze, więc Nathaniel udaje się do katedry, żeby ktoś zajął się jego ranami. Tam spotyka Drussi, w której żyłach z kolei płynie krew bogini, a sama dziewczyna chce go wykorzystać do przywołania inkuba. Dalsze wydarzenia toczą się ciągiem przyczynowo-skutkowym; nie można powiedzieć, żeby akcja szczególnie pędziła, jednak ciężko wyodrębnić tutaj jakiś wstęp, który przedstawiałby czytelnikowi, z czym właściwie ma do czynienia – bo przecież mówimy o zupełnie nowym świecie wykreowanym na potrzeby opowiadania, a nie fan fiction czy rzeczywistym – więc dalej skupiamy się już na poczynaniach dwójki bohaterów i obserwujemy ich perypetie. Akcja nie pędzi, ale też się nie wlecze, umiejętnie budujesz napięcie i przeplatasz rozbudowane dialogi z opisami w wyważony sposób, a wątków przybywa naturalnie wraz z kolejnymi rozdziałami. Czytamy o problemach chłopca w radzeniu sobie z opanowaniem wielkiej mocy, którymi martwi się nie tylko on, ale również i boskie istoty, ponieważ równowaga świata może zostać zburzona, dochodzi wątek z matką, tajemnicza relacja Drussi z Anayelle, wątek jej dziwnej… przypadłości, konflikty w świątyni (zakonie?) wśród kapłanek i adeptek, uzdrowicielka, która pomaga podróżnym dojść do siebie, a potem znienacka zamienia się w jakąś nieumarłą bestię… ale chwila.
O świecie przecież nadal mało co wiadomo.
Z pojawiających się wszędzie wtrąceń można oczywiście coś wywnioskować – na przykład to, że w kolejce do przychodni codziennie stoi kolejka stworzeń różnych ras z ropiejącymi ranami, słońce jest w zenicie wielokrotnie, a główną rozrywką gawiedzi jest codzienne nabijanie się z synka władcy, zupełnie, jakby ten nie miał nic przeciwko. Czyli twardych faktów, które dawałyby jakieś rozeznanie w sytuacji, dość niewiele. To duży minus – całość przecież ma potencjał.
Rzecz numer jeden, która bardzo przeszkadza mi w kreacji świata, to to, że mamy do czynienia z magią, na tym przecież opiera się sens najważniejszych wydarzeń, a ja najzwyczajniej NIE WIEM, czym ona jest, o co chodzi z bogami, o których wszyscy od początku wspominają – nie zostało to dostatecznie wytłumaczone i choć strzępki informacji mogą dać zadziwiająco precyzyjny obraz, o ile zna się kulturę i historię danego świata (a czytelnik wiele o niej dowiedzieć się nie może), to jednak to za mało. Nie wiem, jak to uniwersum wygląda, w jaki sposób radzi sobie choćby ekonomicznie, nie znam przekroju społeczeństwa ani zadań poszczególnych grup społecznych. Czy kwestie te zostały przemilczane jako mniej istotne dla zrozumienia fabuły i z myślą, że mamy do czynienia z prostą historią o uniwersalnych wartościach? Chyba nie w tym przypadku.
Zauważ, że ten stan rzeczy wcale nie wynika z tego, że bardzo pędzisz z akcją; wszystkie dialogi i opisy miejsc są przepełnione szczegółami, dodatkowymi informacjami, czy krótkimi historyjkami mającymi ubarwić historię, a mimo to czytelnik wciąż porusza się w Twoim świecie po omacku, zupełnie nie radząc sobie z rozpoznawaniem niczego oprócz postaci.
Ten specyficzny, obszerno-skąpy sposób opisu świata powoduje, że nie zawsze łatwo się zorientować, co tak naprawdę przekazujesz – a chodzi czasem o elementy dość kluczowe, jak na przykład wizja Nathaniela o pochłonięciu Uniwersum przez lawę i to, co tak naprawdę się w międzyczasie wydarzyło. Jest to pewnego rodzaju punkt kulminacyjny – to tutaj bohater dowiaduje się, z jak wielką mocą przyszło mu się mierzyć, zaraz wyruszy z Arthamem w daleką podróż, a Drussi w międzyczasie wpadnie w inne tarapaty. Spójrzmy więc na fakty: bohater nieco przesadza w trakcie treningu z tatą i nie dość, że pierwszy raz udaje mu się zrobić cokolwiek fajnego, do czego obaj dążyli, to odbiera tym samym całą moc temu ostatniemu, przez co go zabija, a sam kładzie się spać. Wtedy następują wizje: rozmowa z matką, która wręcza mu zielony naszyjnik, płonące Alderoth. Bohater budzi się po trzech dniach w świątyni, gdzie opiekowały się nim kapłanki i znajduje w dłoni tę samą błyskotkę, którą widział w czasie swojej wizji, co sugeruje, że przynajmniej część wydarzeń działa się naprawdę. Pyta więc „To nie był sen, prawda?” – i tu mógłby nastąpić wiele rozjaśniający czytelnikowi sytuację opis, ale niestety – temat zostaje jakby pominięty. Jednak skoro „Gdyby nie interwencja małej Drusilli, po Alderoth prawdopodobnie pozostałby dymiący krater”, to można by sądzić, że są jakieś zniszczenia? Tak? Nie? Ech. Za chwilę Nathaniel opuszcza miasto i nie ma już na podstawie czego wnioskować.
Mówiąc krótko: mniej szczegółu, więcej ogółu! Niestety, w takim układzie ciężko jest interpretować zachowania bohaterów, snuć jakiekolwiek głębsze przemyślenia, nie mówiąc już o jakichkolwiek przypuszczeniach na temat tego, co stanie się za chwilę, kiedy zwroty akcji powodowane są przez zdarzenia magiczne, o których czytelnik nie ma pojęcia. No i w związku z tym nie wiem, co mam uważać za Twoje niedopatrzenie, a co za wpływ magii lub nauki Uniwersum – dlatego kilka razy poruszę kwestie, których nie oceniam, bo nie mogę. Jak choćby ogrzewanie wody czy trwałość fresków w wilgotnym otoczeniu.
Przejdźmy zatem do właściwych motywów, wątków i scenek, które intrygują i zmuszają do rozważań, ale równocześnie w żaden sposób niczego nie wyjaśniają, ani też nie pomagają stworzyć sobie spójnego obrazu świata. Być może dadzą się one jednak łatwo wyjaśnić, gdyby tylko dodać tu i ówdzie kilka nowych akapitów.

„– Na północ od Freiydale? – ożywił się Nathaniel. – Czy to znaczy, że...
– Tak
(…)
– Quelheim? Masz na myśli starożytny mur mieszczący się na przełęczy Tordhénn? Mur oddzielający Volkanię od... od reszty świata?” – czyli geografia świata w wydaniu „Serca Ognia”; nazwy pojawiają się pierwszy raz i więcej informacji na ich temat nie ma, a czytelnikowi jest smutno, bo chciałby mieć jakiś punkt odniesienia. Tego typu wtrącenia naprawdę nie byłyby złe, gdyby tylko choć jedna z nazw coś więcej mówiła odbiorcy.

Nathaniel godzinami siedzi w gorącej wodzie, a przecież kąpie się sam – za to nie wspominał, żeby sam sobie tę wodę ogrzewał magią. Czy nie powinna ostygnąć? Czy w Uniwersum istnieje powszechnie używana Magia Grzania Wody? Albo może mają niewolników palących pod wanną ognisko? Ale przecież obok była zimna posadzka…
No, kolejny dość błahy temat, ale pokazujący dość dobitnie, że ciężko wywnioskować, co w tym świecie jest możliwe, a co nie.

Czy ojciec, który tak wstydzi się swojego syna, przynoszącego hańbę brakiem zdolności, nie wolałby, żeby ta jego nieporadność pozostała sekretem? Nie wydaje się także przejmować tym, że o tym synu, który woli zakładać łachmany niż porządne szaty i nie potrafi władać magią, plotkuje codziennie całe Alderoth, nawet w obecności chłopca. No nijak nie pasuje mi to do jego obsesji na punkcie umiejętności Nathaniela.

Godziny mają strasznie rozwlekłe nazwy typu „Godzina Trzeciego Skowronka”, „Godzina Pierwszej Modlitwy”, „Godzina Drugiego Skowronka, „Godziny Drugiej Modlitwy”, godzina milionowego skowronka i milionowej modlitwy. I „Nocnej Straży”. I „Najjaśniejszej Łaski”. Po pierwsze o ile wtrącanie, że coś wydarzy się o takim czy innym czasie, nie ma raczej większego znaczenia dla czytelnika, to już podawanie przedziałów czasowych w ten sposób wydaje się bezcelowe – nie wiem, czy między jednym wydarzeniem a drugim minął kwadrans, czy może pół doby, jak w przypadku przepisującej księgi Eulaesti.
Druga sprawa, to to, że zupełnie nie mogę sobie wyobrazić społeczeństwa używającego tak długich nazw na co dzień; czy są po prostu bardzo bogobojni i takie panują zasady, że można kogoś urazić zmianą systemu? Tego typu długie określenia szybko ulegają zmianom ze względu na wygodniejsze skróty stosowane przez użytkowników – chciałabym znać powód, dla którego tak się nie stało w tym przypadku. Choć w sumie to jedna z tych rzeczy, nad którymi człowiek się zastanawia, bo uniwersum nie wciąga go wystarczająco przy tym stopniu opisania.

Denerwowały mnie stopy i cale. Skoro już mają system miar z naszego świata, to wolałabym centymetry, w końcu piszesz po polsku, więc Twój target to osoby raczej zaznajomione z systemem metrycznym. Mieszkasz za granicą, czy to jakiś celowy zabieg?

Nie wiem, jaka jest różnica między kapłankami a zakonnicami z naszego świata (no, poza magią); pełniły one funkcje mieszane, co widać zwłaszcza w nazwach, a hierarchii (...kościelnej?) jak nie znałam, tak nie znam. Na przykład jest powiedziane wprost, że to kapłanki, akolitki (akolita – „kleryk z nadanym czwartym, ostatnim z niższych święceń kapłańskich (mający m.in. prawo do udzielania komunii)”), a z drugiej mamy chociażby refektarz (jadalnię klasztorną) i przeoryszę (przełożoną w klasztorze).

Teraz kolej na herbatkę, która kilkakrotnie pojawiła się w tekście – najpierw było „Tutaj masz szynkę i trochę herbaty”, później okazało się, że to herbata ziołowa. To jedyna wskazówka sugerująca klimat – i to dalekowschodni, skoro napar ziołowy i tak jest nazywany od herbaty. A może od dawna transportują te liście z dalekich krain? Jedno słowo, a tyle tropów. Nie wiem, czy taki był Twój zamiar, dlatego o tym wspominam.

Mówiłam już o słońcu w zenicie – zwróciło to po prostu moją uwagę, bo pojawiło się kilka razy; na Ziemi w rejonach okołorównikowych znajduje się w takim położeniu dwa razy w roku, ale tutaj możemy mieć do czynienia z osią planety znajdującą się stale prostopadle do orbity albo czymkolwiek innym. Nie oceniam w każdym razie, ale zostawiam tutaj, w razie gdyby to było jakieś niedopatrzenie.

W pewnym momencie kolejne pokręcone nazwy miejsc i zjawisk zaczęłam po prostu ignorować, wiedząc, że nie mam po co nawet starać się jakieś szczegóły zapamiętać; Nathaniel dostał błyskotkę z runami w języku Starszych? Aha. A co to ci starsi, pojawiali się właściwie już kilka razy? To była wiadomość od matki? A kim właściwie jest jego matka? A na czym polega właściwie bycie boginią, jak Anayelle? Czym jest moc, która próbuje przejąć umysł Nathaniela, poza tym, ze jest chaosem, i na jakiej zasadzie udanie się do jakiegoś Vilgara miałoby pomóc? Przecież obracamy się wśród samych mądrych bohaterów, którzy przeczytali mnóstwo książek. Niech mi to ktoś w końcu wytłumaczy!

Przy zerowym zarysowaniu czegokolwiek to naprawdę wypada kiepsko. Dla mnie wydźwięk takich zawiłych informacji o świecie, przekazywanych w niepełnej formie i mimochodem, jest mniej więcej taki: świat jest magiczny, czyli i tak nie zrozumiesz, głupiutki czytelniku. Przydałoby się przeplatać wypowiedzi jakimiś dokładniejszymi, ogólnymi opisami, wspomnieniami czy legendami związanymi z poszczególnymi krainami, by odbiorca mógł sobie to łatwo wyobrazić, a już na pewno zapamiętać. Pewnie, nie trzeba wiedzieć wszystkiego, nutka tajemnicy też się zawsze przyda – ale z umiarem, subtelniej przy odpowiedniej selekcji. Ja nie zapamiętałam z tego nic, a, jak wiadomo, puste dialogi spowalniają tempo, z jakim idzie akcja. Jeśli ktoś dotarł do końca ósmego rozdziału, zapewne chciałby już wiedzieć coś więcej na temat całego wielkiego Uniwersum.
Do opisów Alderoth nic nie mam, pomijając to, że jest ich troszkę za mało – aczkolwiek przypuszczam, że jeśli zdecydujesz się wydłużyć pierwszą połowę pierwszej części, to miasto dostanie odpowiednio więcej czasu i pewnie dojdą jakieś ważne informacje na jego temat. Nie byłoby źle, bo to miejsce, w którym rozpoczyna się powieść, przez krótki czas jest miejscem ważnych wydarzeń.
Generalnie dziwię się, że pierwszy większy triumf Nathaniela z mocą nie był zwieńczeniem trudów, których świadkiem przez całą pierwszą część powinien być czytelnik. Wiadomo, że miał problemy, ale wydaje mi się, że gdybyś ciągnęła to opko, to utożsamiałabym jego początkowe zmagania z „wstępem do Serca ognia”, nie z wieloletnią męką na sali treningowej. Zresztą i tak uważam, że początek kuleje nie tyle jako tekst, ale jako łagodne wprowadzenie czytelnika do krainy, której nie zna. Wizja apokalipsy byłaby idealnym zakończeniem tej części po wydłużeniu jej – a przecież tu jest niedosyt wszystkiego. Każdy wątek trzeba odpowiednio rozwinąć, pewne cechy bohaterów uwypuklić. Relacja Drussi i Nathaniela rozwija się za szybko; jeśli tak miało być, to nie mam poczucia, że i oni czują, że „łał, ledwie się spotkaliśmy, a już tyle nas łączy”, „ej, spotkałam twojego ojca, hehehe, widzisz, już znam twoją rodzinę”. No ale na odpowiednie wydłużenie tekstu też trzeba mieć pomysł.
Chyba że chciałabyś pójść w drugą stronę – i uprościć historię zamiast ją rozbudowywać. Pewnie, to też może działać, na przykład jako fantasy z naciskiem na romans... ale to tylko moje sugestie.

Tak jak mieszane uczucia miałam do sposobu przedstawienia świata i przekazywanych informacji, tak widzę i bohaterów. A tych jest swoją drogą mało, naprawdę bardzo niewiele jak na wielkie uniwersum i historię, która chyba ma opowiadać o wielkiej przygodzie wybrańca. Większość z postaci to tylko pionki stanowiące tło, płytkie postaci uosabiające pewne cechy charakteru (jak nieskończenie zły, wymagający, surowy ojciec, który znika, ledwie zostaje zarysowany… albo nieskończenie dobra, opiekuńcza, kochająca matka, której zniknięcie jest zagadką, a tęsknota za nią Nathaniela ważnym wątkiem) – jest ich mało, ale za to każdy z nich poza spokojnym Nathanielem ma charakterek. Zwróć uwagę na pewną rzecz: jakby się tak zastanowić, to większość Twoich bohaterów zachowuje się bezczelnie. Kiedy nie przedstawiasz ich w oficjalnych sytuacjach (w oficjalnych zresztą też – dla takiej Drussi żadne okoliczności nie mają znaczenia), prezentują bardzo przyziemny sposób bycia i piękne słowa nie pomagają tego kamuflować. Nie wiem, jak inni, ale nie odebrałam tego zbyt pozytywnie.
Przeanalizujmy teraz postacie pierwszoplanowe, bo samo przecież to, że w pierwszej części wielkiej historii jest kilka płytkich przedstawień chamów, nie przesądza jeszcze o niczym. Tym ważniejszym, na których powinniśmy skupić więcej uwagi, na szczęście pozostawiłaś pewną głębię.
Nathaniel jest sympatyczny. Nie da się go szczególnie nie lubić, bo mimo że zachowuje się chwilami irracjonalnie (atak szału po słowach Drussi, który odebrał jako niesamowite obrażenie jego mamy, chociaż wcale nie wyglądało, żeby tego dotyczyły: „Myślałam, że w dniu, w którym wypadłeś swojej matce spod spódnicy, on już wiedział, że ty to możesz co najwyżej taplać się w cieniu porażki”), to tłumaczy go wiek, bycie pozostawionym samemu ze wszystkimi emocjonalnymi problemami, brak doświadczenia i… cóż, ma prawo popełniać błędy.
Na przykład ta jego relacja z Drussi powinna być za taki odebrana. Dlaczego przy pierwszym spotkaniu on jej ufa i daje się wciągnąć w jakieś jej dziwne pomysły na spędzanie wolnego czasu? Zupełnie nie rozumiem jego decyzji o pomocy przypadkowo poznanej, podejrzanej dziewczynie i tutaj na pewno przydałyby się jakieś przemyślenia, uzasadniające jego podejście – że na przykład nie ma nic lepszego do zrobienia, bo sam nie wróci do domu, bo bałby się, bo Drussi mu się podoba – cokolwiek, bo w obecnej wersji wygląda to na ślepe podążanie od „punktu fabularnego A” do „punktu fabularnego B”. Przecież jakieś przemyślenia w końcu się pojawiają – tyle, że bardzo późno, po wykonaniu całego zadania.
Jakbym miała podsumować go jednym zdaniem, to powiedziałabym, że na tym etapie wzbudza zadziwiająco mało emocji, ale i tak ma parę zalet. Na przykład cieszy mnie, że bohatera wytrącają z równowagi atrakcyjne niewiasty i się do tego przyznaje, a jednocześnie trochę mu głupio, że fantazjuje w kąpieli o namalowanej pani. Szkoda tylko, że kiedy pierwszy raz ma jakąś w łóżku, tak po prostu idzie spać przy obcej kobiecie, nie umierając z ekscytacji. Nie chcę nawet wiedzieć, jak długo go męczyła, że tak to wyszło.
Gorzej, że w otoczeniu wzbudza całe mnóstwo emocji, bo jest taki mądry. Piekielnie mądry, bo płynie w nim krew z otchłani piekieł. W ten sposób gładko przeszliśmy od pogardzanego chuderlawego nieudacznika do Nathaniela Mistrza Wszystkiego, którym wszyscy się zachwycają, bo jest niesamowicie zdolny, właśnie posiadł ciekawą moc, a do tego interesuje się nim blond laska, córka bogini.
Bohater jest może cherlawy, ale za to jaki mądry!

Już mówię, co mi się nie spodobało: że czternastolatek tak szpanuje wiedzą, a jacyś dwustuletni są pod wielkim wrażeniem. O ile kwestie mocy i zdolności można wyjaśniać na tysiące różnych sposobów, podobnie zainteresowania daną postacią przez płeć przeciwną, to inaczej sprawa ma się w przypadku edukacji i nauki języków. A przecież mówimy tu o ludziach i o zdolnościach pozamagicznych.
„(…) to nauczyłeś się jednego z najtrudniejszych języków Uniwersum i posiadłeś wiedzę, której może zazdrościć ci niejeden mędrzec – dokończył z rozbawieniem Artham. – I co najmniej jedna przeorysza świątyni Anayelle – dodał, nie kryjąc uśmiechu.
– Szczerze żałuję, że części tego czasu nie spędziłem, próbując posiąść umiejętność władania jakimś orężem.
– Wiedza nieraz tnie głębiej niż najlepszy miecz w rękach najznamienitszego szermierza
 Prawdopodobnie masz rację, ale... z drugiej strony nie słyszałem nigdy o tym, że ktoś zaszlachtował smoka talentem lingwistycznym i znajomością historii Czworogrodzia”.
Nie wyobrażam sobie kogoś, kto uczy się obcego języka TYLKO z literek i jest w stanie z łatwością zapamiętać poszczególne słowa, nawet jeśli jest wzrokowcem i nawet jeśli jest nastawiony tylko na bierną znajomość tego języka. Mnóstwo podobieństw ze znanymi słowami wychodzi, gdy wypowiada się je na głos, bo zapis często różni się od dźwięku (chociażby – upraszczając – angielskie „sh”, niemieckie „sch” i norweskie „rs” zwykle wypowiada się podobnie). Jaką więc wytrwałością musiałby wykazywać się chłopiec mający i tak mnóstwo obowiązków, a regularnie będący wymęczonym wymaganiami ojca oraz treningiem, nawet jeśli ma dużo wolnego czasu? Zakładamy oczywiście, że poza talentem ma świetną pamięć, ale nie ponadprzeciętną, inaczej byłoby o tym coś w tekście. Przy tym talencie wciąż byłoby do zrobienia, owszem, ale gdyby miał jakikolwiek kontakt z osobami mówiącymi tym językiem (który tu w ogóle nie został nazwany, tak swoją drogą), bo jednak ćwiczenia przez mówienie i słuchanie są niezastąpione nawet przy nauce nastawionej jedynie na odbiór informacji pisanych. Możemy uznać, że to znany mu alfabet i ta sama grupa językowa, to wtedy uszłoby, ale kłóciło się z założeniami – ten „jeden z najtrudniejszych języków Uniwersum” sugeruje odpowiednik naszego chińskiego przy indoeuropejskim języku bohatera (kto byłby zachwycony Ukraińcem mówiącym po polsku, mimo różnicy w alfabetach?) albo, nie wiem, po prostu jakiegoś fińskiego z szaloną liczbą przypadków. Miał on w ogóle rozmówki i jakieś podręczniki do nauki? To tak niedopracowany, znikąd wzięty wątek, ale naprawdę zwrócił moją uwagę, bo choć czytuję blogi poliglotów, to nigdy nie spotkałam się z podobną metodą nauki nawet łatwiejszych języków, a nic nie wskazuje na to, by Baalderic zatrudnił mu nauczycieli od języków; zresztą tu wprost jest powiedziane, że nauczył się z książek, bo mu się nudziło. Dla mnie to jak trochę jak nauka pływania z obserwacji kamieni w rzece.
Przepraszam, że zawieszenie niewiary mi się wyłącza przy czymś tak przyziemnym jak cudowne opanowywanie języka z milionowego planu, przy braku wzmianki nawet o jego nazwie czy o narodzie posługującym się nim. Takie jednak wstawki uświadamiały mi najmocniej, jak bardzo ten świat jest niedopracowany – zawsze trzeba brać pod uwagę, że czytelnik może być doświadczony w danej dziedzinie i niektóre błędy wyjątkowo go rażą, nawet jeśli jakiś motyw nie ma najmniejszego znaczenia dla tekstu. No a w związku z moją przymusową nauką języka numer trzy w życiu widzę Nathaniela jako kogoś otoczonego mgiełką merysuistyczności.
Wracając do bohaterów… w ogóle nie mogę się przekonać do Drussi: w ciągu kilku rozdziałów z potwornego chama przemienia się w fontannę i nic, tylko płacze. Dla mnie jest po prostu przerysowana, ale kiedy przyjęłam tę uproszczoną, baśniową konwencję po ostatnich rozdziałach (kiedy wiemy co nieco o jej pochodzeniu), wydaje mi się spójna – widzę w niej dziecko niewychowane przez nikogo, nielubiane w otoczeniu przez chamskie odzywki, które wie, że ma jakieś tam wspaniałe moce i chce nimi szpanować, ale w sumie nikt nie chce z nim gadać, więc mu smutno. I gdy Drussi spotyka Nathaniela, prawie umiera ze zdziwienia, że tym razem ktoś jej nie odrzucił, więc najbardziej oczywistą reakcją jest przyczepienie się go jak rzep psiego ogona, czy chłopiec tego chce, czy nie, a potem – gdy to on okazuje się super hiper megamocarnym wybrańcem – natychmiastowa tęsknota. Myślę, że tu naprawdę masz spore pole do popisu, jeśli chodzi o opisanie rozwoju tej postaci. Może łatwo ze zwykłej roli towarzysza głównego bohatera krótkiego opka stać się najbardziej lubianą lub najbardziej znienawidzoną bohaterką, w zależności od drogi, jaką obierzesz, ale zdziwiłabym się, gdyby okazała się bezbarwna. Mimo tego, że jej nie polubiłam, ciekawi mnie, co wyrośnie z nastolatki z podejściem „nikt mnie nie lubi, jestem samotna i odreagowuję chamstwem, ludzie mnie unikają, nie mam przyjaciół… NO ALE BEZ JAJ, JESTEM CÓRKĄ BOGINI CZY TAM CZEGO, MAM SUPERMOCE, PATRZCIE NA MNIE, PODLUDZIE”.
Tak, zdecydowanie chciałabym widzieć jej dorastanie, byle z mniejszą ilością łez, bo te powoli stają się nie do zniesienia z każdym kolejnym rozdziałem. Choć tym na pewno mniej irytuje niż byciem nieprzyjemną dla ludzi.
Jeśli moja interpretacja jest słuszna, to brakuje mi tylko większej ilości informacji dotyczących jej trudnego charakteru. Zakładam, że wynika on z tego, jak sama stara się sobie radzić ze światem (szkoda, że jednak ciężko mi się do tego tak naprawdę odnieść i nawet snuć jakieś przypuszczenia, bo niestety nie wiem, jakie reguły rządzą tym światem). Nathaniel też nie próbuje nawet interpretować jej zachowania, skupiając się tylko na chwilowych emocjach.
Co do innych wyróżniających się bohaterów – Viridiel, Vilaena, Artham... Udało mi się poznać ich charaktery, ale mimo długości opowiadania ciężko im było wyjść na pierwszy plan na tyle, by zaprezentować się pełniej. No, Vilaena jak do tej pory składa się z połknięcia kija od szczotki i szukania dziury w całym.

Styl określiłabym krótko jako poprawny, choć niewprawny.
Tak jak już pisałam, w pierwszej chwili raczej mnie zniechęcił, ponieważ trafiłaś na zwolenniczkę prostoty. Jako że zostałam na dłużej, mogłam cieszyć się przygodami bohaterów, a choć raczej już nie przeszkadzał, sam styl przekonać mnie do siebie nie zdołał – ale oczywiście staram się być obiektywna.
Ktoś tam kiedyś pisał, że powyżej dwóch przymiotników na zdanie to już grafomania; o ile uważam, że takie ograniczenie jest zupełnie sztuczne i wszystko można, dopóki się wie, co się robi, to czasem warto zwracać na takie rady uwagę, kiedy zaczyna się przygodę z pisaniem. O co chodzi? Ano weźmy pierwsze z brzegu zdanie i przyjrzyjmy się jego budowie:
„Chłopak drgnął lekko, gdy straszliwy huk zatrzaskiwanych z ogromną siłą wrót prowadzących do północnej wieży rozszedł się ogłuszającym echem po krętych korytarzach zamku” – i tu wszystko mniej więcej wygląda normalnie – a w każdym razie nieżenująco – do tych krętych korytarzy. Informacja niepotrzebna, w przeciwieństwie w do umiarkowanie potrzebnych pozostałych, po takim stężeniu przymiotnikozy w zdaniu daje bardzo zły efekt.
W tym miejscu niczego to nie wnosi, powtarzająca się konstrukcja tylko przeszkadza w czytaniu, a w przekazywaniu informacji czytelnikowi nie chodzi tylko o to, żeby przemycić tyle określeń, ile się da. Najlepiej opisywać najmniejszą możliwą liczbą słów i urozmaicać konstrukcje, kiedy chce się zobrazować coś dokładniej. Mówię ja, fanka dobrych opisów, potrzebująca ich w tekście.
„(…) skubiąc zdobiony srebrzystym haftem brzeg błękitnego rękawa” – nie jest to złe samo w sobie, ale po milionie określeń na kolor szaty Drussi, to podkreślanie BŁĘKITU rękawa wydaje się zbędne, a wciśnięte bez sensu tworzy toporny opis. Gdybyś wyrzuciła jeden przymiotnik, od razu zrobiłoby się płynniej. Nie musisz cały czas przypominać kolorów czytelnikowi – po drugim czy trzecim razie skapnie się, że Drussi chodzi w błękicie.
Zresztą wbijanie do głowy jakichś mało istotnych cech bohaterów na siłę to znak rozpoznawczy Twojego opowiadania. Nie ma nic złego w powtórzeniu parokrotnie jakiejś charakterystycznej cechy wyglądu bohatera, ale w przypadku Drussi… sama zobacz:

„Gdy nareszcie znalazł się na tyle blisko, by usłyszała jego kroki, zgarnęła grzywę złotych, potarganych włosów na ramię, pozwalając, by dostrzegł czerniejącą warstwę krzepnącej krwi szpecącą błękit szaty na wysokości jej łopatek”.

„Z odbicia wyglądała na nią zarumieniona, jasnowłosa siedmiolatka o czole zroszonym niezdrowym potem. Przygryzła wargi; dziewczynka z odbicia uczyniła to samo, po czym gorączkowym ruchem odrzuciła gęstwinę złocistych włosów na ramię i zszarpała z siebie jasnoniebieską, płócienną szatę najniższej stopniem adeptki”.

„Pogładził delikatnie jedwabiste pasma jej włosów, uśmiechając się niepewnie pod nosem, gdy zdał sobie sprawę z pewnego dość zaskakującego faktu”.

„– To długa historia – odparła dziewczyna, dumnym gestem przeczesując gęstą grzywę złocistych włosów”.

„Przełknął powoli ślinę, dotykając drżącymi palcami miękkich, gładkich włosów”.

„Nie sprawiała wrażenia poruszonej faktem, iż jej jaskrawa szata i jasne włosy wyjątkowo się wyróżniały w szaroburej scenerii Dna, a setki, jeśli nie tysiące zakapturzonych, częstokroć obrzydliwie wyszczerzonych postaci kłębiących się po brzegach okrągłego placu wpatrują się w nią i jej towarzysza złowróżbnie wygłodniałym wzrokiem”.

„– A skąd akurat ty możesz wiedzieć, co ja mogę, a czego nie! – parsknęła dziewczyna, odrzucając z oczu złociste pasemka, przekrzywiając lekko głowę i opierając ręce na biodrach”.

„Gdyby jego ofiarą – miast cuchnącego gnolla – padł któryś z uczciwych straganiarzy lub – co gorsza – niewinna jasnowłosa dziewczynka w błękitnej szacie?”

„Ciężko było również przeoczyć znajdującą się nieopodal, nerwowo podrygującą, jasnowłosą postać odzianą w przydużą szatę adeptki Anayelle”.

„To małe jasnowłose dziewczątko”.

„Młoda adeptka wpatrywała się w niego przez chwilę, lekko marszcząc złociste brwi”.

„– Świat jest pełen niespodzianek – dziewczyna przerwała mu wpół słowa, lekko unosząc złociste brwi”.

Gładkie, złociste włosy. Wiemy. A te złociste brwi byłyby fajnym, choć oczywistym uzupełnieniem, gdyby nie to, że narrator ma obsesję na punkcie włosów Drussi.
Nie będę już wypisywać odniesień do niebieskiej szaty, która jest nierozerwalnym elementem wizerunku Drussi jako adeptki Anayelle. I jej wielkich szafirowych oczu (niczym dwa niezgłębione jeziora), co też było wielokrotnie podkreślane. W każdym razie te cechy pojawiają się nieco rzadziej, więc i nie rażą aż tak, ale nadal jest to denerwujące. Jakbyś nie traktowała czytelnika poważnie, musząc mu co chwilę przypominać, jak wyglądają bohaterowie. Jak już pisałam, brakowało mi jednocześnie jakiejś pierwszej refleksji Nathaniela przy spotkaniu Drussi – co on sobie o niej pomyślał? A o jej sposobie prezentowania się, o wyglądzie? Kompletnie nie wykorzystałaś dobrego pretekstu, gdzie opis wyglądu bohaterki nie raziłby, wręcz w tym miejscu jest pożądany. Później przewijały się jakieś ogólne uwagi – że drobna, że zadziorna postawa, ale czułam absolutny niedosyt, wzmacniany tylko przez powtórzenia o jej złocistych włosach. Jak wyglądała jej twarz? Co Nathanielowi podobało się w Drussi poza tym, że się nim zainteresowała?
Pojawił się taki tekst, przed chwilą zresztą przeze mnie cytowany, ale teraz zwrócę uwagę na coś innego:
„Jej jaskrawa szata i jasne włosy wyjątkowo się wyróżniały w szaroburej scenerii Dna, a setki, jeśli nie tysiące zakapturzonych, częstokroć obrzydliwie wyszczerzonych postaci kłębiących się po brzegach okrągłego placu wpatrują się w nią i jej towarzysza złowróżbnie wygłodniałym wzrokiem”. (Swoją drogą, dlaczego zmienił się czas w obrębie jednego zdania?)
Tymczasem miałam wrażenie, że wszyscy mają albo włosy koloru jasny-średni blond (przewaga kobiet: Anayelle, Drussi, Eulaesti, Esti, Ine), albo ciemny brąz do czerni (przewaga mężczyzn: Nathaniel, Baalderic, Artham, ta niema). Kto ma jakieś inne? Jedynie namalowana nimfa, bo rudobrązowe. Jaki jest więc absolutny standard dla tego regionu? Jaki kolor włosów jest najbardziej typowy? Może po prostu ciemne blondy i jasne brązy nie zasługują na uwagę? Niby bohaterowie się przemieszczają, ale ciągle brakuje odpowiedzi, dlaczego Drussi przyciągała uwagę włosami, a nie jedynie kolorowym strojem. Chciałabym wiedzieć, że ktoś wygląda pospolicie i nie ma jasnej karnacji, jak większość głównych bohaterów. Niby nic, szczegół, ale właśnie takie szczegóły składają się na obraz świata i stoją na przeszkodzie, by wszystko plastycznie sobie wyobrażać. Z jednej strony wiadomo, to po części wina kiepskiej kreacji świata przedstawionego oraz Twojego braku precyzyjnych planów lub nieumiejętności przekazywania informacji (obstawiam to pierwsze, bo nie sądzę, by osoba tworząca opko z takim potencjałem padała jedynie przy opisach), a z drugiej i tak mam bardzo mieszane uczucia co do stylu, z przewagą tych negatywnych. To bardzo ważne, bo wydaje mi się, że jakby te opisy były normalne i porządne, to tempo byłoby idealne, a tymczasem czytelnik zatrzymujący się przy dziwnych określeniach w ogóle tego nie odczuje. Do mnie na przykład takie zdanie nie trafia: „czując jej ciepło ogarniające go ze wszech stron niczym skrzydła orlicy otulające maleńkie, spragnione czułości orlę”, bo jednak przytulanie się jako oznaka czułości kojarzy się z ssakami, więc zamiast czytać dalej, zaczęłam oglądać filmiki na YouTube z małymi orzełkami i ich matkami… no ale dobrze, ja to ja. Powtarzające się informacje również w pewien sposób spowalniają akcję, bo czytelnik niepotrzebnie zwraca uwagę na podaną po raz kolejny informację. Jak w przypadku włosów Drussi i chuderlawości Nathaniela; choć wydaje mi się, że powtórzenia są mniej rażące za sprawą właśnie nadmiaru ciężkich do zapamiętania nazw i wtrąceń – stają się mniej oczywiste a natłoku wszystkich innych określeń. Odniosłam wrażenie, że wszystkie opisy mają tę wadę, że opisują mało co ważnego, ale mają być poetyckie i tyle – łatwo się je omija, bo wszystko jest poprawne, a jednocześnie paradoksalnie właśnie to (że mogę sobie odpuścić parę linijek, a wiem, o co chodzi i nie gubię się w akcji) mi uświadamia, jak bardzo inne teksty, które oceniam, są złe w porównaniu do Twojego.
Tuż obok niewiele przekazujących opisów, męczyły mnie bardzo te enigmatyczne powiedzonka poszczególnych postaci. Brakowało mi również zróżnicowania w sposobie wyrażania się bohaterów, bo wszyscy, bez względu na wiek, pochodzenie i otoczenie, posługiwali się bardzo ładnym językiem; niezależnie od tematu rozmowy czy możliwego poirytowania używali bardzo złożonych, pełnych różnorodnych określeń konstrukcji, a jednocześnie cięte riposty fruwały w powietrzu – to, co bohaterowie mówili, odróżniało ich od siebie i obrazowało osobowość, a to nie powinien być jedyny czynnik, bo przecież równie ważne jest to, jak oni mówią. Jeśli chodzi o przekleństwa, nie będę się już czepiać – ale nie pasował mi sposób układania myśli bohaterów, kiedy narrator sprawiał wrażenie, że przytacza ich spostrzeżenia, no. Choć może chodziło znowu o to, że wszyscy są chamami, więc to już tak zostawię. Generalnie dialogów nie lubiłam, czasami wydawały mi się przesadzone, ale mimo mojej delikatnej niechęci do Drussi, muszę powiedzieć, że chwilami ratowała sytuację. Po wielu linijkach wzniosłego tekstu jej krótka wypowiedź „Wyglądasz jak bałwan” skierowana do Nathaniela potrafiła nadać lekkości całej scence, która początkowo zapowiadała się bardzo patetycznie. I dobrze, wystarczy już, że zaraz będą długie apokaliptyczne opisy. Przełamywanie patosu takimi komentarzami naprawdę jest mile widziane, bo całość tylko na tym zyskuje, dalej jest wzniośle, ale strawnie.
W kwestii stylu mam do powiedzenia jeszcze kilka zdań o narracji.
Na samym początku widzimy wszystko oczami Nathaniela, więc można się spodziewać, że narrator będzie trzecioosobowy i przyczepiony do niego na stałe, a jego wiedza ogranicza się do doświadczeń i przemyśleń Nathaniela. Szybko jednak dostajemy dokładny opis sali ćwiczeń, co kłóci się z teorią numer jeden na temat narratora – z czwartego rozdziału wiemy, że Nathaniel drogę znał na pamięć, więc po co miałby się przyglądać bez powodu, jak wszystko w jego otoczeniu wygląda? Wydaje się więc, że to pierwsze wrażenie było mylne, narrator będzie wszechwiedzący, a jedynak władcy świata po prostu będzie głównym bohaterem… choć zdaje się, że to po prostu narrator mieszany. W dodatku chwilami ma się wrażenie, że jest wręcz mieszkańcem, który opowiada historię:
„Wioski takie jak ta o tej porze winny rozbrzmiewać z oddali wrzaskiem umorusanych dzieci, które przy pierwszej lepszej okazji zlatywały się ze wszech stron, prosząc świątobliwego przybysza o magiczne ognie, sarkaniem kobiet pielących grządki, które to całymi dniami mogłyby narzekać na pijaństwo i nieróbstwo swoich chłopów, plotkami i chichotami podlotków rozwieszających pranie nieopodal studni czy nieprzystojnymi umizgami chłopów, którzy po poranku wypełnionym orką odpoczywali przypadkiem w pobliżu młodych dziewcząt przy butli własnymi siłami upędzonego bimbru, ale nigdy przenigdy żadna wioska nie powinna w okolicach południa trwać pogrążona w kłującej w uszy, grobowej niemal ciszy”.
Tak, to jedno zdanie.
Jednak z moich wszystkich zarzutów dotyczących stylu, ten ma najmniejszą wagę – dziwi, ale nie przeszkadza w czytaniu ani nie zaburza tempa. Może to po prostu rzecz, na którą zwróci uwagę bardziej wyrobiony czytelnik. Jeśli jednak chcesz kontynuować to opowiadanie, to radziłabym przemyśleć sprawę, bo coś, co teraz nie razi jakoś wyjątkowo, może być bolesne w odbiorze wraz z poznawaniem całego wykreowanego przez Ciebie świata w kolejnych rozdziałach.
Patrząc na styl w oderwaniu od tych kwestii, jest dobrze – poprawnie, a choć zdarzają Ci się wpadki (nie będę już robić listy błędów), jak dziwne konstrukcje typu „li i jedynie” czy „ani chybi nie grozi”, to od strony technicznej wszystko jest w porządku. Poprawnie budowane dialogi, odpowiednio wyważone proporcje poszczególnych części tekstu, nie za szybkie ani nie za wolne tempo – to zawsze cieszy, a nawet mimo pewnych problemów, nie mogę na przykład powiedzieć, żeby Twoje wyczucie językowe stało na żenującym poziomie… Boże, nawet nie wiesz, jak się z tego powodu raduję. Sama postawiłaś sobie wysoko poprzeczkę, wybierając styl narracji, stąd tyle moich uwag. Na pewno jest spora grupa ludzi, do których właśnie taki patetyczny sposób opowiadania historii trafi, a szczerze mówiąc, nigdy nie byłam fanką kwiecistego stylu, więc pewnie i tak nie doczekałabyś się ode mnie czystego zachwytu. W każdym razie tu utrzymujesz stały poziom, jest nieźle.

*Jakieś tam drobne uwagi, historia sztuki, standardowo*
„Opuścił wschodni refektarz i podążył wąskim, opustoszałym korytarzem. Przez wzorzyste rozety witraży zdobiących gładkie ściany przejścia do środka wpadało różnobarwne światło, kładąc się na kamiennej posadzce feerią barw” – rozeta witraży to masło maślane, a nie mogło być ich tam zbyt wiele, bo rozeta z zasady jest zwykle tylko nad głównym portalem. Chyba że w tym świecie karłowate wciskane wszędzie różyczki też nazywa się rozetami, to spoko, tak tylko mówię.

„– Nie, Nathanielu. Jestem tylko prostym kapłanem.
Nathaniel potarł dłonią policzek.
– Byłoby prościej, gdybyś...
Najprostsza droga to ta, która najszybciej sprowadzi cię na manowce”.

„Drussi westchnęła, wbijając zblazowany wzrok w skromny ołtarz kapliczki. Stojąca pomiędzy dwoma prostymi filarami, spowita girlandami z białych i czerwonych frezji smukła statua z szarego kamienia tonęła w błękitnym blasku; jej uśmiech, który w zamyśle artysty miał być chyba dobrotliwie nieśmiały, według Drussi wyglądał bezmyślnie i gamoniowato” – myślałam, że to bełkot, póki nie ogarnęłam, że chodziło o kaplicę, nie kapliczkę.

„Nie szło stwierdzić czy jej dłonie uniesione były w tańcu, czy też twórca kunsztownego fresku uchwycił ją w momencie, w którym szykowała się do ataku” – okej, czyli w łaźni mają freski… BARDZO zły pomysł, wilgoć to zabójca fresków i tylko czekać, aż pojawi się na nich pleśń. To nic dziwnego, że Nathaniel „nie czuł się komfortowo pośród całego tego pretensjonalnego przepychu i luksusów, w które opływał zamek jego ojca”, nikt by się nie czuł komfortowo w śmierdzącym zamku, gdzie połowa ozdób gnije; pewnie jeszcze nie zmieniają wody we flakonach z kwiatami. A wszystko przez to, że jakiegoś Zaklęcia Suszącego nie stwierdzono.

A teraz sprawa kontrowersyjnej iglicy i określeń, których czasami nie rozumiem.
„Chłopiec zacisnął zęby i przyspieszył, ignorując szepty, wytykanie palcami, głośne uwagi i wybuchy śmiechu; zarys smukłej śnieżnobiałej iglicy stanowiącej szczyt osobliwie pięknego budynku katedry, którą obrał sobie za cel swego wypadu, z każdym krokiem stawał się coraz wyraźniejszy”.
Z czego jest ten budynek, ta iglica? Śnieżnobiała… cegła? Kamień? Farbują to? Czy Magia Bieli? Nieważne, wreszcie mamy jakąś jedną stałą cechę ogólną.
„Przełknąć dumę (a raczej jej mizerne resztki), wspiąć się na szczyt iglicy, w którym mieściły się gabinety starszych kapłanek”.
W pierwszej chwili skojarzyłam iglicę raczej z czymś takim na szczycie budynku, ale równie dobrze mogło chodzić o duży dach wieżowy. BARDZO duży, skoro wiele gabinetów się tam znajduje, więc trudno wyobrazić mi sobie jego smukłość. No i „akolitkom nie wolno było praktykować magii poza obrębem iglicy”. A dodatkowo…
„Początkowo stwierdził, że poczeka aż ich krótka przerwa dobiegnie końca w chwili, w której srebrzysty odgłos dzwonu zabrzmi z samego szczytu iglicy, ogłaszając zbiórkę kapłanek w jednym z refektarzy, jednak magia prowizorycznych bandaży szybko wygasała”.
No i to mi się gryzie. Nawet jeśli to dzwonnica wbudowana, to jak duży miałby być ten dach namiotowy, i jak duży w ogóle cały budynek, że ta „iglica” mieściła tyle pomieszczeń, a dodatkowo dzwony? Choć mimo że cały czas mówi się o jednej iglicy, to chyba gabinety były gdzie indziej niż dzwon, inaczej jego brzmienie doprowadzałoby do szału akolitki? Chyba nie powiesz, że katedra to po prostu wielki ostrosłup na wielkim sześcianie? Nie byłby smukły. Czyli tych iglic jest więcej? Cały czas wydaje mi się, że chodzi po prostu o jakieś pojedyncze strzeliste wieże.
Trudno wyobrazić mi sobie bryłę, bo brakowało mi informacji w tekście. Mam wrażenie, że znowu się czepiam, ale cóż, interesuje mnie architektura tego świata. Trudno mi sobie po kolei to wszystko wyobrażać, nie mając dość informacji – lub mając niepełny obraz, same szczegóły bez ogólnego opisu. Gdzieś były wspomniane smukłe wieżyczki w budynkach z dzielnicy arystokracji, więc może faktycznie po prostu cały czas wieże są nazywane „iglicami”.

Nie rozumiem, dlaczego Nathaniel potrzebował Arthama, żeby zauważyć runy na kamieniu od matki, które i tak tylko on umiał przeczytać. No, po prostu scena, w której się to dzieje, do mnie nie przemawia.

„Natychmiast porzuciła Baalderica, pozostawiając jego nadpaloną, zbutwiałą duszę na śmierć w hańbie” – ale jednocześnie nadpaloną i zbutwiałą? Nawet jako metafora to się gryzie, bo jednak gnicie jednoznacznie kojarzy się z wilgocią, a nadpalenie z ogniem i takie zestawienie tutaj dajesz.

„Ściany budynków – zarówno kupieckich kamienic, jak i pałaców arystokracji – stawały w płomieniach” – nie wiem, czy tylko mnie kupieckie kamienice brzmią okropnie? I pałace arystokracji jak masło maślane (bo to prawie zawsze rezydencja uprzywilejowanej grupy)? Ja wiem, że tu chodziło o to, że świat się kończy zarówno dla mieszczaństwa, jak i arystokracji (równość wobec śmierci, hehe, te sprawy), ale to takie toporne… Nie pojawiło się to tylko tutaj, ale nie będę już przytaczać każdego przykładu; po prostu zdarza się, że używasz dodatkowych określeń, które nie wnoszą niczego ciekawego do opisu. Całkiem możliwe, że gdyby styl był lżejszy naokoło, w ogóle by mnie to nie raziło, ale za każdym razem, gdy czytałam ten opis, czułam, że jest on zły.

„Artham uniósł lekko ciemne brwi, wbijając w chłopca uważne spojrzenie swych ciemnych, nieprzeniknionych oczu”.

„Nathaniel pogładził gładki pysk”.

„Chłopak odruchowo zerknął w górę; wąska smużka lazurowego nieba gnieździła się pomiędzy rozpadającymi się dachami jakieś trzydzieści stóp ponad ich głowami” – dlaczego niebo jest smugą? Dlaczego jest tylko trzydzieści stóp ponad ich głowami?

„(…) gdy Nathaniel przestał inicjować rozmowy z powodu zmęczenia i zaczynającej trawić go gorączki (…). Rychło zaczął gorączkować” – dwa razy zaczął mieć gorączkę w rozdziale siódmym.

„– A cóż nie zagraża równowadze Uniwersum? – wypluł z siebie starzec z niespotykanym gniewem. – Hę? Zdradź mi, moja bogini... czym właściwie jest ta zapchlona równowaga, o której każdy z was z żałosnym upodobaniem uwielbia bajdurzyć za pośrednictwem odurzonych starców z takim oddaniem i uwielbieniem hołubionych przez tłuszczę jako mędrcy i prorocy?” – brawo, Baalderic uważa, że równowaga ma pchły. Dobrze, że nie żyje, nie miał wyczucia językowego i nie zniosłabym więcej dialogów z kimś, kto używa takich niezgrabnych epitetów. Nie, nie zaniżam za takie rzeczy oceny, bez przesady, to tylko Pan Zło.

Mam problem z tym tekstem. Normalnie wymieniłabym wady i zalety, wystawiła ocenkę i raz na zawsze o nim zapomniała, ale tu sytuacja wygląda inaczej niż zwykle. Chyba jest na tyle dobrze napisany, że płynę sobie razem z kolejnymi rozdziałami, udaję, że nie widzę nieodpowiadających mi opisów, bo moje nastawienie natychmiast by się zmieniło, i akceptuję te wszystkie nielogiczności, wrzucając je do worka „nierealistyczny świat i lekkie opowiadanko”. Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby to jednak dawało radość – po prostu podoba mi się, a jednocześnie nienawidzę pewnych aspektów. Umiarkowanie cieszę się więc w trakcie czytania, jednak na tyle widzę potencjał, że wciąż jestem ciekawa rozwinięcia się historii w dalszych częściach. Szczerze? Podobny rodzaj zainteresowania wzbudziło we mnie tylko jedno inne oceniane przeze mnie opowiadanie (swoją drogą również dostało ten sam stopień).
Prawdopodobnie dlatego czuję się tak rozczarowana – prawie oszukana! – samą końcówką, która pokazuje, że całość się sypie, a Ty nie masz na to pomysłu ani chęci; kompletnie nie rozumiem decyzji o zakończeniu części pierwszej w tym właśnie momencie. Znaczne jej wydłużenie i zakończenie na wizjach Nathaniela dawałaby dużo lepszy efekt niż ten wyjątkowo tani cliffhanger – i to do tego stopnia okropny, że nawet trudno mi go krytykować. On tak bardzo nie pasuje do dobrego opowiadania! W ogóle to interesujące, że zupełnie nie mam poczucia, jakby wiele się wydarzyło przez tych osiem rozdziałów – wewnętrznie wciąż czekam na porządny wstęp i to chyba dlatego. Jestem raczej zdziwiona, że wzięłaś się za ogromne uniwersum, bo przedstawiłaś coś, co na pierwszy rzut oka wygląda jak zabawa stylem, może nastoletnimi miłostkami, ale nie całym światem, który aż chce się eksplorować i rozwalać wojnami. To co prawda wynika tylko z pierwszej części, ale nic więcej nie dostałam do oceny, więc mogę się opierać jedynie na niej. Brak pomysłu na rozwinięcie czuć mocno od połowy; wcześniej miałam tyle zarzutów, że tu brakowało przemyśleń, tu bym coś wydłużyła… a później coraz trudniej było mi się wypowiadać, bo coraz mniej rozumiałam z tekstu. Te szczątkowe informacje o świecie, jakimi się z nami podzieliłaś, pozwalają na zorientowanie się w sytuacji i do pewnego stopnia wczucie się w akcję, jednak o żadnych głębszych przemyśleniach na jego temat nie może być mowy, pomijając już sam fakt, że czytelnik raczej się irytuje, kiedy nie ma żadnego punktu zaczepienia; coś jak zapoznawanie się z lekturą od środka. Nie jest to jednak zupełny brak wprawy w pisaniu, bo jakiś poziom przecież zaprezentowałaś – nie rozumiem więc, dlaczego wyszło to w ten sposób, i sama nie wiem, czy etap tworzenia świata (tak kluczowy dla fantasy!) zwyczajnie pominęłaś, czy też z jakichś względów poskąpiłaś czytelnikom szczegółów, mając w swojej głowie kompletną wizję.
Inna sprawa, że nic ciekawego nie utkwiło mi w pamięci. Żadna postać czy scenka nie była na tyle wyrazista, bym później o niej rozmyślała, a pierwsze moje skojarzenie, gdy myślę o Twoim blogu, to ten szablon w gwiazdki. Dziwne, bo było mnóstwo okazji na przedstawienie czegoś oryginalnego, ale z mojego punktu widzenia tekst tutaj zawiódł. Znów winiłabym niedopracowanie oraz niewłaściwe rozłożenie wydarzeń na części – czyli wracamy do punktu z wydłużeniem pierwszej części i urwaniem akcji w jej połowie albo inną rewolucją. Może również zabrakło mi Twojej kreatywności, tak mile widzianej właśnie na samym początku powieści.
Jeśli zamierzasz dalej pisać opowiadanie, to musisz za wszelką cenę uniknąć wrażenia bezcelowości – że to wszystko zmierza donikąd, bo jakość rozdziałów sukcesywnie spada. A to wrażenie tylko pogłębiał stosunek do przedstawiania świata czytelnikowi. Tu podamy kilka tajemniczych nazw, zachwycimy się, że dziecko nauczyło się z książki obcego języka, potem wspomnimy jeszcze o magicznych rytuałach, ale to wszystko bez jednego szczegółu: to absolutnie zabijało akcję. Naprawdę szkoda i mam nadzieję, że wrócisz do „Serca ognia” i naprawisz wszystkie te niedociągnięcia, bo pod nimi widać zarys tekstu, który mógłby być naprawdę dobry. Już na tym etapie to znacznie wyższy poziom niż większość utworów, które zwykle oceniam, choć niestety, nie we wszystkich aspektach; wygląda na to że ocena musi być po prostu średnia.
3+
Zapraszam do roli operatora siatki na dodo!



17 komentarzy:

  1. O kurka, tak strasznie Ci dziękuję za tę ocenę :D Nie mogę z beki, jak bardzo nasze zdania na temat mojego opcia się pokrywają. Próbowałam je nawet na własną rękę poprawić w ciągu ostatniego tygodnia, ale po wykreśleniu entych złocistych włosów Drussi i innych pierdół (czemu towarzyszyło siarczyste "co ja, kurwa, próbowałam udowodnić tym rokokowym pierdu-pierdu!..."), stwierdziłam, że muszę to napisać od nowa. Faktycznie, w trakcie pisania nie miałam jednolitej wizji całości. Teraz już mam i tyyyyyyyle rzeczy zrobiłabym inaczej... Co do fatalnej kreacji świata... to było quasi-celowe. Zawsze mnie wkurzały akapity z tyłka o jakichś legendach czy ekonomicznych zależnościach świata w środku książki (czizes, Diuna...) czy opowiadania i za wszelką cenę starałam się tego uniknąć, robiąc z własnej kreacji świata opciowy odpowiednik Pani Jeziora z Doraleous & Associates (polecam na jutube, można się obśmiać, zwłaszcza tu - https://www.youtube.com/watch?v=5LBXthfLLHw). Sigh... Twoja ocena uświadomiła mi, jak bardzo siliłam się na napisanie czegoś poważnego, podczas gdy to jest zupełnie nie moja brocha. Natomiast bardzo cieszy mnie to, jak zrozumiałaś charakter Drussi. Bo właśnie taka miała być. Szkoda tylko, że jest jedynym, co mi względnie wyszło. Nathaniel... i tak się dziwię, że go polubiłas, przecież to takie marysiowe kluski. Jezu Chryste! To opowiadanie to jakiś cholerny dysonans, rozdarcie miedzy próbą napisania czegoś na serio a moim podejściem do życia i kwejkaśnym poczuciem humoru, że nie wiem, czy uronić kryształową łezkę, czy się w dupkę kopnąć. Gdy czytam cytowane przez Ciebie fragmenty, nie mogę uwierzyć - to w ogóle nie brzmi jak coś, co napisałam. Nijak nie koresponduje z tym, jak widzę swój regularny styl pisania, serio. Myślę, że ogromny wpływ na Twoją ambiwalencję w stosunku do mojego opowiadania wpływa fakt, że między rozdziałami czasami była roczna przerwa. Przecież ludzie w ciągu roku się tak straszliwie zmieniają, że nic dziwnego, że wyszło coś, do czego nie idzie się sensownie ustosunkować. No nic, spieprzam do łóżka robić konkretny plan nowej wersji pierwszego rozdziału. Mam dużo wolnego czasu D: Dzięki. Ach. Jeszcze jedno - lubię Twoje poczucie humoru. Na początku moje krwawiące z dupki ego podszeptywało mi się, żeby się na Ciebie obrazić, ale po chwili skapnęłam się, że mi się należało. Czym się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chryste, jakoś Twój styl wypowiedzi zupełnie nie pasuje mi do tego małego pieska w awatarze :D Nie spodziewałam się. Druga rzecz, która bardzo mnie ucieszyła, to że lubisz moje poczucie humoru, miło słyszeć takie rzeczy.
      Jeszcze raz przepraszam, że tyle czekałaś; do tego to chyba pierwszy przypadek, gdzie tak mało rzeczy mogłam wyciągnąć z opowiadania w ocenie szczegółowej – właśnie ze względu na budowę świata. Bałam się trochę tej oceny pod tym względem, bo nie wiedziałam, czego do końca oczekujesz, co jeszcze mogę dopowiedzieć, by pomóc, ale najwidoczniej niesłusznie.
      Nathaniela polubiłam chyba tylko dlatego, że jako jedyny nie zachowuje się jak cham w co drugiej scenie, przecież nie za chude kolana :D a jednocześnie jest bohaterem z krwi i kości (jak się zapomni o jego nagłej przemianie), a nie anielską wizją, więc w tych pierwszych rozdziałach jak najbardziej było mi szkoda sympatycznego chłopca.
      W każdym razie cieszę się, że Ci się podobało, że mogłam pomóc i rozwiać jakieś wątpliwości co do przyszłości opowiadania. Przepisywanie, kiedy zna się swoje błędy i ma nowy plan, baaardzo pomaga. Miałam taki moment, kiedy faktycznie zastanawiałam się, czy ten styl, to „Twój” styl, który czujesz i lubisz, czy może dodatkowy czynnik, który sprawił, że ciężko było Ci wrócić do pisania (a nawet nie zwróciłam uwagi na te wielkie przerwy między rozdziałami)… Ale to chyba dużo zalet i jednocześnie wad w każdym jednym podpunkcie spowodowało moje mieszane uczucia.
      Aha, czasem po napisaniu oceny przeglądam te wystawione na innych ocenialniach – no i odkryłam, że nie tylko ja miałam jakieś skojarzenia z Czkawką ;)
      Powodzenia w przepisywaniu czy poprawianiu, pozdrawiam!

      Usuń
  2. Ja tu tak z poczuciem winy i z lekkim wstydem.
    Mam taki zwyczaj, że przenoszę link z oceną do „ocenione” dopiero, jak napiszę do oceny komentarz. Dzisiaj chciałam zrobić porządek ze swoimi linkami i zauważyłam, że nie mam Fair Goal w „ocenionych”, a pamiętałam dobrze ocenę (bo zwyczajnie mi się podobała, mam nadzieję, że też coś z niej wyniosłam). No i się kajam. Napisałam pod ocenę, że skomentuję obszerniej, jak znajdę chwilę, a wcale tego nie zrobiłam. Na swoją obronę mam tylko to, że faktycznie nie miałam wtedy czasu na myślenie o blogu. Naprawiam to teraz, bo mi głupio i się wstydzę.
    (Zapewne już nawet tej oceny nie pamiętasz, w każdym razie chciałam dać znać, że ją czytałam kilka razy z przyjemnością i że mi Twoje rady dużo dały -> ocena 132 na Fair Goal).
    Przede wszystkim dziękuję za ocenę i trafne uwagi (może to też jakiś plus, takie komentowanie po długim czasie, wydaje mi się, że jakoś obiektywniej mogę na te swoje teksty spojrzeć). A więc może po kolei:
    1) Zgadzam się. Minęły trzy lata od napisania tego tekstu i sama uważam go za mocno przesadzony. Nie wiem, miałam chyba wtedy taki okres, kiedy wydawało mi się, że takie jak najbardziej udziwnione, przypatoszone zdania są fajne. I chyba nadal uważam, że one są fajne, jeśli ktoś po prostu umie je pisać — ja zwyczajnie wtedy nie umiałam.
    2) Ech, ten wstęp odautorski był tylko po to, by ktoś nie pomyślał, że jestem chora (głupie myślenie nastoletniej mnie). Nie miał określać tematu tekstu, bo to ewidentnie nie był tekst pisany z myślą o socjopacie, tylko o psychopacie z kompleksami. (I nie, nie miał być też o schizofreniku, nie uważałam też wtedy choroby psychicznej za coś atrakcyjnego etc., także z tym jednym się zgodzić nie mogę, tzn. z tym, że byłam ignorantką na tym tle, raczej nie umiałam przekazać tego, co chciałam, a to zupełnie inna sprawa). Anyway, tekst sam w sobie był okropny, napisany bez wyczucia, w dodatku bez tła tracił sens, wstydzę się za niego teraz strasznie.
    3) Rany, to był chyba mój pierwszy, zamknięty tekst, który nie był fanfikiem. I jak ja go strasznie spartoliłam! Tzn. sam pomysł może mógłby się od biedy bronić, ale widać było, że zwyczajnie nie podołałam od strony, hm, konstrukcji fabuły? Nie chodzi mi nawet o technikę, bo sam warsztat miałam wtedy w porządku. Zwyczajny brak wyobraźni, brak researchu etc. Generalnie, zgadzam się ze wszystkimi Twoimi zarzutami.
    4) To chyba był trolling shojowców? Nie pamiętam.
    5) Nic do dodania.
    6) Jej, jak ja byłam z tego tekstu dumna jako… eee… siedemnastolatka? A smutna prawda jest taka, że znowu masz rację. Przeslanie jest infantylne, chyba zwyczajnie podobał mi się w nim język, bo chyba pierwszy raz napisałam coś plastycznego.
    7) Nic do dodania.
    8) Nic do dodania.
    9) Nic do dodania.
    Co do fików: wiem, że te dwa są w porządku, jakieś superświetnie nie są, więc też nie mam za bardzo, o czym pisać ;). Wiem, że mam dobry warsztat i od strony technicznej nie mam sobie tak wiele do zarzucenia, wiem też, że potrafię pisać w miarę porządnie dłuższe teksty z fabułą. Jednak nie umiem posługiwać się patosem, nie robiłam właściwego researchu, nie miałam tak naprawdę pomysłu na te miniatury i próbowałam pisać o czymś, o czym zwyczajnie nie umiałam.

    Bardzo Ci dziękuję za tę ocenę (co prawda, z haniebnym spóźnieniem, ale wierzę, że mi to wybaczysz), dostałam mnóstwo przydatnych uwag, dałaś mi też do myślenia i wydaje mi się, że piszę teraz znacznie lepiej, niż robiłam to wtedy (między innymi właśnie dzięki Tobie).

    I przyznam Ci się szczerze, że chciałam się jeszcze kiedyś do Ciebie zgłosić, jak będę miała z czym, ale teraz to się wstydzę.

    Pozdrawiam serdecznie
    Ariadna

    PS Na blogu dam linka to Projektu Mauritius, skoro Fair Goal już nie działa :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie szkodzi, lepiej dostać odpowiedź po półtora roku niż wcale ;) Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc i że moje rady w jakiś sposób się przydały. Polecam się na przyszłość, choć już nie oceniam zbiorów opowiadań – ale z opowiadaniem własnym możesz jak najbardziej się zgłosić.

      Usuń
  3. Poproszę jednak o wyrzucenie "Złota z gwiazd" z kolejki. Po zakończeniu doszłam do wniosku, że chcę jednak rozbudować parę wątków, a obecnie kompletnie nie mam na to weny i nie wiem, kiedy będę mieć. Nie ma chyba sensu zamrażać, jak będziesz jeszcze oceniać, kiedy skończę remont, to się zgłoszę. Przepraszam za zawracanie głowy.

    OdpowiedzUsuń
  4. O, myślałam, że mnie wrzucisz na koniec kolejki, w końcu to nie wina ludzi w niej, że ja mam mentalny pms, więc jeśli chcesz coś oceniać przede mną - śmiało. Szczerze mówiąc, nie wiem, ile czasu mi trzeba, jak mówiłam, poczekam z większymi poprawkami na ciebie... ostatni problem właściwie mam w tym, że wczoraj błyskotliwie wyłamałam sobie zausznik w okularach i jako że siedzę na zadupiu, naprawa zajmie pewnie jakiś tydzień, a praca przy komputerze bez tego jest dla mnie mało komfortowa. Ale jeśli chcesz wcześniej, to też nie ma problemu, sensowna krytyka mi się przyda, zwłaszcza w tym stanie niezadowolenia z wszystkiego.
    A kiedy skończysz Sensacyjne, daj znać tak czy siak, bo na Mackach jest już zamrożone od wieków ;).

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie no, właśnie nie mam wizji, kompletnie nie wiem, co zrobić z tym opkiem, liczę trochę na ocenkę. Postaram się trochę wstępnie to ogarnąć i dam znać za te dwa tygodnie, jak mi się nie uda, to nie patrz na mnie, tylko bierz się za kolejne ;).

    OdpowiedzUsuń
  6. Puk, puk, jest tu kto? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodo wyzdychały, siedzimy na emigracji, pierzemy garnki za grosze, ciężkie życie i brak czasu. A jak czas jest, to na Sensacyjne ;) Tak poza tym to dwie minirecenzje są w przygotowaniu, ale nie wiem, kiedy je publikuję.

      Usuń
  7. Hej.
    Jakie blogi w tej chwili oceniasz?

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Claudinello, nie wysilaj się. Serio. Mam wyrzuty sumienia, że ci podrzuciłam to do oceny, bo jest tam tak wiele rzeczy, które mi się nie podobają (ja zawsze czuję wstręt do opek po skończeniu, ale do tego to chyba wyjątkowy), że w sumie nie wiem, czy potrzebuję, żeby mi ktoś mówił o wadach tekstu, kiedy sama ich widzę multum; tym bardziej, że wiem, że nie lubisz takich rzeczy.
      Żeby nie było - to nie tak, że znowu zmieniam zdanie, aż tak irytująca nie jestem. Po prostu widzę, że masz mało czasu - i imo są autorzy, którym warto byłoby go poświęcić bardziej niż mnie. Nie chodzi mi oczywiście o wyrzucanie twojej pracy w błoto, bo ją cenię i pewnie mi w ten czy inny sposób jakoś pomoże, ale nie musisz się silić na dopracowywanie oceny, jeśli już cokolwiek napisałaś, to mnie wystarczy nawet takie parę zdań, tu czy prywatnie.

      Usuń
    2. Cóż, nawet takich kilka zdań wymagałoby porządnej bety, bo trzeba by było się zastanowić, jak to czytelnie i zrozumiale przedstawić :) Zazwyczaj mam notatki w formie cytatu z tekstu i komentarza do niego, gdzieniegdzie dłuższy bełkot o zjawiskach występujących w tekście i muszę to wszystko uporządkować. Jak już się połamię opłatkiem z rodziną, to powinnam znaleźć chwilę i dokończę, co tam mam. Przewidziana data publikacji: sama końcówka grudnia/początek stycznia.

      Usuń
    3. No już jak uważasz, tylko zaznaczam, że dla mnie się wysilać nie musisz, już lepiej pisz opko ;).
      A masz przewidzianą jakąś przybliżoną datę publikacji kolejnych ocen? Pytam, bo większość opek w kolejce kojarzę mnie lub bardziej i w sumie chętnie bym poczytała.

      Usuń
    4. Nie mam pojęcia, chciałabym, żeby minirecenzja Złota powisiała sobie przez jakiś miesiąc. Priorytetem zawsze jest i będzie jednak moje opowiadanie, więc trudno mi powiedzieć – jak teraz uda mi się publikować kilka rozdziałów, to spontanicznie wezmę się za czytanie kolejnego bloga w kolejce do minirecenzji i w ciągu kilku dni ją wystawię. Niestety, problem polega na tym, że nie mam bety, a nie chcę publikować niczego z literówkami, więc nowe notki zwykle muszą swoje odleżeć przed publikacją. Mam rozgrzebaną akcję bardzo na przód, więc może uda mi się z tym wyrobić według planu, a jak z tym dobrze będzie, to kolejna minirecenzja pojawi się w lutym :)

      Usuń
    5. Nie łatwiej by ci było po prostu znaleźć betę? ;)

      Usuń
    6. Taak... Problem w tym, że bety, które by mi odpowiadały, zazwyczaj już dawno są zajęte przez miliony opek, poza tym ja i tak lubię rozpisywać akcję na kilka rozdziałów do przodu, a potem kilkakrotnie w tym grzebać przed publikacją. Przydałby mi się bardziej ktoś, kto wyłapywałby dramatyczne niezauważone literówki po opublikowaniu, bo mam do tego talent.

      Usuń

Obserwatorzy