wtorek, 22 marca 2016

Minirecenzja #4 zloto-z-gwiazd

Masz opko o „Lost”? Pragniesz uwagi ze strony kogoś, kto lubi fanfiki? NIE CZEKAJ, JUŻ DZIŚ ZGŁOŚ SIĘ DO OCENKI (minirecenzji lub nawet szczegółowej, co że kolejka zamknięta) I URATUJ TYM SAMYM JEDNEGO DODO I MOJĄ OCENIALNIĘ, DOSTAJĄC OCENĘ W CIĄGU MIESIĄCA! (oferta nie dotyczy żadnego innego ff na tej planecie, sorki!)

PS To o Kuroshitsuji nadal aktualne!

Po wielu miesiącach tonięcia w problemach wszelkiego rodzaju powracam do blogowania. Zarówno tu, jak i na prywatnym blogu (jest nowy! Uwaga, reklama: zaginal-lokaj.blogspot.com), tak więc zachęcam do śledzenia obu stron. Dzisiaj minirecenzjo-ocena, nawet nie wiem, czy autorka na nią wciąż czeka; nic jej nie powiem, zobaczymy, kiedy się zorientuje. Hehe. 

Złoto z gwiazd, czyli musimy wyjechać

Dzisiaj w końcu minirecenzja – proszę państwa, oto „Złoto z gwiazd”, prosimy o brawa! Tym razem jednak nieco nietypowo, bo z powodu całego poślizgu i chęci napisania czegokolwiek bez spojlerów, rozpocznę od krótkiego podsumowania przemyśleń na temat powieści (czyli w zasadzie samej „minirecenzji”, jak zresztą powinna ona wyglądać), a później przejdę do konkretów i dokładniejszego opisu własnych wrażeń – dlatego osoby, które poczują się zachęcone do zapoznania się z lekturą, proszę o zamknięcie oczu po zakończeniu następującej części i zjechanie w dół strony po werdykt.

Złoto z gwiazd” to tekst niejednolity; co widoczne na początku, napisany zgrabnie i z wyczuciem, z solidnymi podstawami do rozwinięcia wciągającej historii z powodu choćby przyzwoitego wprowadzenia do akcji, dość sensownej konstrukcji świata, a także, wydawałoby się, rozsądnego sposobu budowania postaci. Tak jak w przypadku poprzedniego analizowanego przeze mnie utworu autorki, styl pod względem językowym jest prawie bez zarzutu, a gdy tylko przywykniemy do pewnych jego cech, płyniemy razem z tekstem bez przeszkód – aczkolwiek do czasu, ponieważ niestety jest to powieść pod wieloma względami wywołująca mieszane uczucia.
Podobnie jak w „Ellie z Tanglewood” akcja osadzona jest w dziewiętnastym wieku w Wielkiej Brytanii, a śledzimy w niej życie i rozterki miłosne tym razem już nie jednej, a trzech dorastających dziewczyn. Decyzję o podziale opowieści w ten sposób uważam jednak za najbardziej niefortunną dla całości, ponieważ takie rozwiązanie nie działa przy obecnej objętości tekstu i czasie poświęconym każdej postaci; zawiniło tutaj jeszcze kilka czynników, ale mimo powolnego z początku tempa i dobrze zapowiadającego się wstępu nie sposób poznać każdej z bohaterek w takim stopniu, jakiego oczekiwałoby się po bohaterach pierwszoplanowych, a mnogość tych pełniących rolę istotniejszą niż epizodyczne sprawia, że problem staje się poważny.
Jako że pozostajemy w klimatach powieści o dziewczętach dla dziewcząt z wiktoriańskim tłem, nie brakuje wewnętrznych rozterek na temat miłości, konserwatywnego społeczeństwa wrażliwego na wybryki bohaterek i stosu szczegółowo opisanych sukni – jednakże opisy stają się skąpe, kiedy tylko dotyczą całej reszty, toteż nie mamy co liczyć na obszerne i żywe opisy wnętrz, a samo społeczeństwo szybko okazuje się tylko makietą w dalekim tle, której nie poświęcono zbyt wiele uwagi. Mimo obiecującego wstępu w prologu później nie odgrywa ono zbyt dużej roli, ma jedynie kilka „momentów”, będąc zbiorową postacią epizodyczną.
Pod względem opisywanych wydarzeń pozornie nie jest nudno; poczynania Effie, Leanny i May szybko doprowadzają do pewnych skandali, jakie w większości wychodzą na jaw lub osiągają największe rozmiary mniej więcej tam, gdzie spodziewalibyśmy się punktu kulminacyjnego, którego jednak… nie ma. Pojawiają się sytuacje, w których dzieje się naprawdę sporo i ważą się losy bohaterek, niestety opis akcji pozostawia wiele do życzenia – i tym samym przechodzimy do drugiej najważniejszej wady utworu. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w momentach, w których powinnam emocjonować się niespodziewanymi zwrotami akcji i martwić o życie i przyszłość wszystkich zgromadzonych, widzę spis wydarzeń do dokładniejszego opisania w późniejszym czasie – miejscami zastąpiony informacją o efekcie działań rezolutniejszych bohaterów, którzy wyręczyli autorkę z pisania ciężkich scen i wchodzenia w szczegóły. Cóż, tym sposobem otrzymujemy więc mieszankę dość niestrawną i zwyczajnie źle zaplanowaną, choć szkoda, bo o wielu elementach z osobna można by powiedzieć coś dobrego. Z mojego punktu widzenia problemy tego tekstu są trudne do wydzielenia i wskazania palcem, a że pewne decyzje musiały wpływać na inne i tym sposobem sporo aspektów kuleje, omówię je wszystkie poniżej – już ze spojlerami i bardziej prywatnie do autorki. Znudzonych amatorów ocenek zapraszam jednak do lektury.

Cóż, nie spodziewałam się wiele po lekturze – i znów nie chodzi o to, że oczekiwałam najtandetniejszej powieści roku, ale sama napisałaś do mnie maila i określiłaś „Złoto…” jako pociągowe, więc miałam w głowie wyobrażenie leciutkiego historycznego romansu z happy endem – a i tak się rozczarowałam, co pewnie widzisz już po samym wstępie.
Zacznijmy jednak od milszych aspektów i prawdopodobnie najmocniejszej zalety, czyli stylu, bo zwyczajnie dobrze czyta się coś, przy czym nie trzeba się zatrzymywać z powodu dywizów czy nadmiaru przecinków. Blogerzy, uczcie się, najpierw poznajemy polski, na ile jesteśmy w stanie, a potem publikujemy rozbudowane powieści i czekamy na odzew. O stronie językowej tym razem się jednak nie rozpiszę jak na swoje ocenkowe możliwości, bo to wciąż minirecenzja, a poza tym już rozpisałam się na ten temat przy ocenie „Ellie z Tanglewood” i pod tym względem wiele się nie zmieniło – choć niestety, jak już, to ten nowszy tekst wygląda na mniej dopracowany. Płynność mocno zmienia się gdzieś od środka do końca powieści, jest też trochę literówek, a mimo ogólnej schludności wygląda na to, że przydałaby się beta. Pomijając te mankamenty i tak zresztą uważam, że jest bardzo w porządku; ba, nie ma żadnego „ubrała sukienkę”, to jak na blogosferę wybitnie.
Mamy zróżnicowanie charakterów głównych postaci: uległa, bardzo dziecinna May, introwertyczna Leanna i… hmm, zaradna, przebojowa Effie. Dzięki temu wątki rozwijają się w odmienny sposób i możemy obserwować, co wynika z takiego usposobienia dziewcząt. Trudno na przykład wyobrazić sobie, by wątek kryzysu małżeńskiego May trafił się Effie, która potrafi rozwiązywać problemy i zna się na relacjach międzyludzkich; z kolei May nie umiałaby rozwodzić się z podniesioną głową jak Effie. Leanna jest gdzieś pośrodku i mimo że w pewnym sensie idzie w ślady najzaradniejszej z dziewcząt, szukając sposobu na polepszenie swojego bytu w przeciwieństwie do May nie do końca rozumiejącej, że można coś zmienić, to jak ona za wszelką cenę chce zdobyć czyjąś uwagę, cierpiąc z powodu samotności. Widziałam w tym duży potencjał. Wątki rozwijają się w różnym tempie, co również jest fajnym pomysłem.
Relacje można uznać za dość realistyczne i zróżnicowane (ten kretyn Len i jego problemy małżeńskie; pryszczaty bachor zauroczony dorosłą kobietą, która spędza z nim czas i dzieli zainteresowania; May, której całym światem jest dziecko, bo to chodzi za nią krok w krok i jako jedyne na całym świecie poświęca jej mnóstwo uwagi). Nie uważam więc samej decyzji opisaniu danych wydarzeń za wadę, a jedynie wykonanie.
Do prologu mam pewne zastrzeżenia. Nie zgubiłam się, choć to pewnie z uwagi na beztroskie założenie, że autorka nie jest potworem i na spokojnie zdążę zapoznać się z najważniejszymi postaciami, nie musząc już na tym etapie zapamiętywać tysiąca nazwisk. Z początku próbowałam, ale liczba bohaterów szybko mnie przytłoczyła i przyjęłam inną strategię: potraktowałam go jako niezobowiązujący wstęp wprowadzający w tematykę oraz klimat opowiadania i chyba okazało się to najlepszym podejściem. Pod tym względem jest poprawny, ale myślę, że można było wyciągnąć z niego coś więcej; na pewno mała część czytelników od razu będzie łączyć fakty i porównywać zachowania głównych bohaterek, najwyżej wrócą do niego po zakończeniu lektury, by popatrzeć nań z innej perspektywy.
Zaraz po prologu przeskakujemy o parę ładnych lat do przodu i poznajemy dalsze wydarzenia z perspektywy dziewcząt, co tworzy nam trzy wątki główne. Ten temat chciałabym tutaj poruszyć dość szczegółowo.
Wątek May nie podobał mi się z kilku przyczyn. Po pierwsze turboromans, pierwsze przeżycia romantyczno-seksualne i konsekwencje – bardziej typowo być nie mogło, wliczając w to słownictwo, ciąg przyczynowo-skutkowy, poszczególne doświadczenia… To o tyle realistyczne, że że mowa o ludziach z zerowymi doświadczeniami seksualnymi w epoce typu „o seksie lepiej nie mówić, tylko go uprawiać”. Chłopak dotknął kobiecej piersi i umarł ze szczęścia, podczas pierwszego razu na polanie skończył po dwóch ruchach, a potem to już jak zwykle: od razu ciąża, ślub z braku innego wyjścia, następnie poród, zwrot akcji: porwanie dziecka i kryzys do przetrwania. Tylko w przypadku tego małżeńskiego kryzysu nie miałam poczucia, że akcja pędzi na złamanie karku w formie podsumowania tysiąca wydarzeń: „Bum! Trach! Tararara bum! dobra, dość, przejdźmy do kolejnego wątku”, bo został opisany dość szczegółowo, a wcześniej wydarzenia się po prostu… działy, były ogólnie dość przewidywalne, ale nie ma się co też dziwić, jak w dwustustronicowej książce musiało zostać jeszcze miejsce na dwa całkiem inne wątki o podobnej objętości. Z tego wszystkiego jedynie porwanie dziecka potrafiło mnie zaskoczyć, bo miało miejsce bezpośrednio po oznajmieniu opiekunom May, że dziewczyna jest mężatką w ciąży – gdyby to zostało pociągnięte, prawdopodobnie miałabym problemy ze zgadywaniem, co stanie się w kolejnym rozdziale, ale zamiast tego wykonaliśmy skok w czasie, by para była już kilka lat po ślubie.
Dopiero przeprowadzenie porównania wydarzeń w poszczególnych wątkach pokazuje, że to właśnie w tym opowiadającym o May dzieje się najwięcej: są goli ludzie, kopulacje, podziemie aborcyjne, przemoc wobec ciężarnych, porody w przykrych okolicznościach i porwania, ale… nie, w ogóle tego nie czuję. Kalka goni kalkę, a kiedy następuje przejście do ostatniego wątku „po jakimś czasie”, akcja spowalnia do tego stopnia, że niemal staje w miejscu. Samo w sobie nie jest to oczywiście zarzutem, ale opowieść zdaje się ewoluować w lubiany szczególnie w filmach i serialach motyw pary, która się kocha, ale nie może się porozumieć i staje przed problemem: walczyć o relację, czy rozstać się. Znowu obywa się bez większych emocji, bo można założyć, że w epoce wiktoriańskiej łatwiej się pogodzić i żyć dalej (i zrobić sobie akurat przypadkiem dziecko na zgodę… to mnie dobiło, w „Mad men” był identyczny motyw i nie skończyło się szczęśliwie, jak to w prawie każdym przypadku), zwłaszcza że na tym etapie czytelnik zwany Claudinellą już się domyśla, że ciężkie życie po rozstaniu się pojawi, ale dotyczyć będzie Effie. Poza tym też Len i May nie przypadli mi do gustu. May polubiłam najmniej z trzech bohaterek, co jednak nie znaczy, że nie żywię do niej żadnych cieplejszych uczuć – po prostu wszechobecne klisze zabiły tę postać i jej potencjał. Rozszerzenie wątku dziewczyny, która niejako zatrzymała się w rozwoju po urodzeniu dziecka i żyje w strachu przez traumę mogłoby być ciekawe, ale tu wiele o niej nie ma. Len jak już się pojawiał, to żeby mnie zdenerwować, bo straszny cham z niego. Nie winię za kryzys samej May, która jest zwyczajnie głupia, próbuje, stara się, ale nie jest w stanie rozmawiać ze swoim mężem, bo ten się obraża. Za obrażenie się i ucięcie tematu dostał czerwoną kartkę, nie chcę tej szmaty widzieć; powinien mieć jakiś dystans do siebie w tym wieku, widzieć szerzej, w końcu jest inteligentniejszy od May, spotyka się z ludźmi, uczy, ma szansę na rozwój. No ale cóż, bywają ludzie o takich charakterach, a jak jeszcze dobiorą się w parę i zrobią sobie dziecko, to zaczyna się właśnie taka tragedia, jaką możemy obserwować powyżej.

Wątek Leanny jest dziwny. Wielkie słowa o literaturze i studia okazały się miałkim tłem dla romansu. Nie miałam pojęcia, dokąd to wszystko zmierza, gdy na scenie pojawił się Douglas z oświadczynami, bardzo fajna postać zresztą, szkoda tylko, że jak ja już kogoś polubię, to w kolejnej scenie ta osoba musi umrzeć; cieszę się, że chociaż był często wspominany później. Uważam, że zamiast tracić czas na jakieś romanse o małżeństwach niedopasowanych ludzi, powinnaś napisać całą książkę o Douglasie i jego pomysłach na życie, mnie na przykład by to ułatwiło działalność blogową, z chęcią bym oceniła taką opowieść. No ale skoro biedak umarł i zaraz w otoczeniu bohaterki pojawił się nastolatek, który gada całkiem do rzeczy, to wyobraziłam sobie, że w tym wątku będą jakieś kontrowersje. Czternastolatek wyrywa zdesperowaną i samotną dwudziestolatkę czy coś w tym stylu – w sumie takie sytuacje zdarzały się i zdarzają, nie byłoby to nic zaskakującego, a pole do popisu jest ze względu na parę aspektów, jednak tu się pomyliłam. Radość Lysandra z rozmów z Leanną o książkach i nić porozumienia to taka strzelba, co musi wystrzelić, ale robi to dopiero w pięćdziesiątym akcie. Nim tych dwoje będzie razem, minie cała książka, mimo że sam fakt, że ich drogi się połączą, jest dość oczywisty od pierwszego ich spotkania. Zwroty akcji związane z tym wątkiem odebrałam jako niezbyt ekscytujące, bo nie widziałam miejsca na alternatywę dla szczęśliwego zakończenia: po prostu nie dało się tego wątku zakończyć inaczej niż wyznaniem miłości. Polubiłam Leannę, ale pod tym względem jej pięć minut i kilkadziesiąt stron mnie męczyło. Jej relacje z ojcem mogłyby być ciekawe, ale 90% treści i rozmyślania dzieje się wtedy, kiedy oboje są na siebie obrażeni i się do siebie nie odzywają, więc czytelnik nie ma okazji obserwować, na ile Leanna jest niesprawiedliwa wobec ojca, czy może wręcz przeciwnie – zbyt się obwinia o różne rzeczy. Jej przemyślenia na ten temat często przewijają się w tle, ale znowu: wydają się zwykłym zapychaczem, który ma odwracać uwagę czytelnika od romansu, a sam w sobie nie jest ważny, inaczej byłby znacznie bardziej rozwinięty. A te wielkie przemyślenia Leanny przed podjęciem działania znów pewnie byłyby bardzo fajne, gdyby powieść była tylko o niej.
Aha, prawdopodobnie spodziewałam się kontrowersyjnej miłości z czternastolatkiem też dlatego, że Leanna ma obsesję na punkcie „kochania się”, seksu, cały czas o tym myśli i jeszcze pyta kuzynkę, jak to jest. Nie żeby to był zarzut, bohaterka ma prawo czuć, że lata lecą, wszyscy przeżywają romanse, tylko ona nie – to dość naturalne.

Najlepszy wydaje mi się wątek Effie, o ile punkt kulminacyjny jest… bardzo naiwny: mąż wchodzący do salonu akurat w momencie, gdy żona – ta inteligentna, dopinająca wszystko na ostatni guzik, pamiętajmy – opowiada kuzynce, że zakochała się w przyjacielu rodziny, no doprawdy, bądźmy poważni… Mogło się to wydać na tysiąc mniej żenujących sposobów. Podoba mi się za to relacja Effie z mężem i stałość tego związku, bo do pewnego momentu wątek tej bohaterki to odskocznia od sensacyjnych wydarzeń wokół May i kłótni rodzinnych Leanny. Lubię też Geoffreya – widzę w nim trochę Jacoba numer dwa (tego z „Ellie…”) z bardzo podobnym charakterem. Cieszy mnie, że to taki bezproblemowy człowiek, że stara się dla Effie, próbuje pracować nad związkiem w swoim rozumieniu tego i gdy odkrywa tajemnicę żony, zachowuje się z klasą. Na pewno wpływ na to miał fakt, że Effie go nie zdradziła, ale i tak musiało być to dla niego poniżające, a mimo to po rozstaniu życzył byłej żonie wszystkiego dobrego. Myślałam, że pokażesz więcej upokorzeń w życiu rozwódki – niestety, ograniczyłaś wszystko do jednej scenki z kupowaniem rękawiczek, co było dla mnie niemałym rozczarowaniem. W zasadzie to jak studia Leanny, tylko w jeszcze bardziej skróconej formie: widzimy, co spotyka bohaterki, ale że to tak mały wycinek ważnych dla nich momentów w życiu, można mieć poczucie, że autorce się odechciało. Wydaje mi się, że to właśnie pułapka pisania trzech równoprawnych historii w jednej książce: nie da się wszystkiego rozwinąć należycie. Zastanawiam się też, czy polubiłam wątek Effie dlatego, że był pozbawiony dużych wad w przeciwieństwie do dwóch pozostałych, a przy okazji bardzo spodobała mi się bohaterka i jej mąż, więc najchętniej czytałam właśnie o niej. Z drugiej strony każdy przeskok do wątku innej kuzynki mój mózg podsumowywał krótkim „o, teraz May”, „o, znowu Leanna”. Żadnego „Och nie, nie teraz, CHCĘ Z POWROTEM EFFIE” czy „TAAAK, EFFIE!”. Zero emocji od początku do końca.
Podsumowując powyższe wywody, o ile odbiór perypetii i charakterów bohaterek może być jeszcze w dużej mierze kwestią gustu, to decyzję o podzieleniu powieści na trzy równoległe historie uważam za tę, która razem z idącymi za nią konsekwencjami w największy sposób przyczyniła się do obniżenia oceny – przynajmniej przy obecnej długości, narracji, podobnej objętości poświęconej każdej dziewczynie i niektórych problemach, z jakimi boryka się tekst. Odniosłam wrażenie, że każdej postaci zabrakło czasu antenowego, chociaż moje uczucie ciężko nazwać niedosytem; tematy zostały potraktowane powierzchownie, powieść nie wciągnęła mnie i nie zaangażowałam się w żadną z historii, a nie jest to przecież tekst tak po prostu zły. Brakło mi wyrazistych elementów, które przytrzymałyby mnie przy lekturze i sprawiły, że postacie zostały ze mną na dłużej. Mamy trzy wątki, ale przy takiej konstrukcji żaden nie jest tym wiodącym i każdy wydaje się zbyt powierzchownie potraktowany, przez co chwilami trudno zaangażować się w czytanie. Wątki poboczne nie istnieją, a wśród trzech głównych historii ani jedna nie jest na tyle indywidualna, bym w trakcie lektury żywo zastanawiała się, jak poszczególne wątki zostaną rozstrzygnięte. Historia May jest zdecydowanie najgorsza, a równocześnie widziałam w tej bohaterce indywidualność, jakieś cechy charakteru i jej wątek nie mieszał mi się z innymi, bo ruszył z kopyta, gdy tamte ledwo były zarysowane. Przez pierwszych czterdzieści stron myliłam imiona „Effie” i „Leanna”, gdyż w gąszczu genealogicznych zawirowań nie widziałam powodów, by zapamiętywać cokolwiek, i ciężko było wyłowić ważniejsze postaci. W moich myślach przewijały się po prostu „twardo stąpająca córka romantycznego ojca” i „córka dość specyficznego ojca” i z kontekstu wnioskowałam, o kim teraz będzie.

W trakcie czytania wielokrotnie zastanawiałam się, do kogo „Złoto z gwiazd” jest właściwie kierowane; chociaż do tej pory nie mam pojęcia, to najbardziej prawdopodobna wydała mi się wersja, że młode osoby miałyby odnaleźć wśród bohaterek typ najbardziej zbliżony do siebie i utożsamić się, z wypiekami na twarzy śledzić poczynania danej postaci i zastanawiać się, jak same poradziłyby sobie w realiach dziewiętnastowiecznych. Nie wiem, co zamierzałaś i zamierzasz zrobić z tym tekstem, ale tutaj widziałabym największy potencjał w historii Effie; jej wątek, jako ten najbardziej… energetyczny, w którym dla odmiany to nastoletnia bohaterka postanawia wyjść za mąż za nudnego dziada z rozsądku na przekór ojcu – pewnie mógłby się obronić. To jednak tylko przy założeniu, że czytelnicy dostaliby bardziej rozbudowane tło sytuacyjne, a sama Effie uzewnętrzniałaby się częściej, bo odniosłam wrażenie, że jej jako jedynej skąpiłaś czasem przemyśleń.

Według mnie akcja – tempo, sposób prowadzenia, czasami jej brak – jest najważniejszym problemem utworu. Brakuje szkieletu, który łączyłby poszczególne sceny i budował w czytelniku odpowiednie napięcie rozwiązujące się wraz z punktem kulminacyjnym, którego po prostu nie ma. Zamiast tego jest kilka momentów, które powinny nim być, a niestety nie są, to jest kilka przepełnionych „ważnymi wydarzeniami” stron przynoszących odpowiedzi w chwilach, kiedy ludzie się rozwodzą, umierają, kradną dzieci i giną z żalu, które przypominają raczej chaotyczną listę wyników działania dzielnej Effie i zakończonych problemów. Odbiliśmy dziecko, rozwiedliśmy się, przeprowadziliśmy się, pogodziliśmy się… I tak do epilogu.
W chwilach przyspieszonej akcji wielokrotnie gubiłam się, nie mogąc zrozumieć, co zostało wypowiedziane lub zrobione przez kogo (patrz: scena, w której May siedzi z Babs i zastanawia się, gdzie może być Len; scena, w której Leanna i Effie czekają na nadejście May z bohatersko odbitym dzieckiem). W niektórych momentach miejsce akcji zmienia się bez przerwy, co potrafi sprawić, że jedną stronę trzeba czytać kilkakrotnie; Ty, jako autorka, z pewnością wiesz i pamiętasz, czego dotyczyły poszczególne fragmenty i w którym momencie następuje przeskok do wspomnień czy opowieść o pobocznej postaci, ale miej, proszę, litość dla czytelników. W większości przypadków nic nie wskazuje na to, że zaraz pojawi się takie wtrącenie (bo na przykład bohaterowie czekają na coś z niecierpliwością, ma się dziać akcja, a nie smęty sentymenty), a czasem po mającym kilka linijek, mocno niepasującym do reszty fragmencie dostajemy coś w rodzaju „ – pomyślała May dziesięć lat temu”. Pół biedy, jeśli na tym wtrącenie by się kończyło albo nastąpił dłuższy, pojedynczy fragment z anegdotką z przeszłości, ale na takie kwiatki natykałam się głównie w momentach „przerwy w akcji”, jakby te retrospekcje pełnić miały rolę rozluźniającą zbyt gęstą akcję. Nie ukrywam, że to te fragmenty czytało mi się najgorzej, poza tym ciężko mi uwierzyć, że innym nie przeszkadzałyby zmiany czasu i miejsca akcji tak częste, jak tutaj:

Jeden kolor – jedna zmiana miejsca; musiałam przeczytać trzy razy, żeby się upewnić, że tak właśnie jest, przy czym zauważ, że pierwszy żółty fragment to już pierwszy duży przeskok – i to taki, gdzie czytelnik sam musi wyłuskać z tekstu, co się właściwie dzieje.
Cóż, w większości przypadków miałam jednak wrażenie, że wszelka ciekawa akcja została starannie pominięta za pomocą różnych chwytów takich jak szybkie podsumowania, a tej staranności ubyło niestety w samym tekście, który pod koniec gna bez ładu i składu.

Inny zarzut, o którym wspomniałam kilkakrotnie: nie interesowało mnie, co będzie dalej. Przy „Ellie z Tanglewood” z racji kazirodczego wątku głównego czytelnik od początku i przez cały czas mógł się zastanawiać, jak bohaterowie poradzą sobie z problemem dochowania tajemnicy przy jednoczesnym ciągnięciu romansu, nawet jeśli mówiłaś, że nie takie było założenie. Przy „Złocie z gwiazd” na wstępie można się dowiedzieć – lub raczej domyślić – że jeden wątek będzie głównie dotyczył romansu nastoletniej bohaterki, drugi konfliktu „miłość romantyczna kontra ślub z rozsądku” (i z tego to powodu wątek Effie przez dłuższy czas mnie ciekawił – jako jedyny poza rozwojem króciutkiego wątku Douglasa – John jako obiekt jej uczuć wchodzi na scenę dość późno, a to jako tako trzymało mnie przy lekturze. Czekałam na odpowiedź na pytanie, co w życiu Effie pójdzie nie tak). Przy Leannie nie miałam pojęcia, co będzie – jakie będą proporcje wątków romansu z dzieciakiem, literatury i relacji z ojcem. Miałam przeczucie, że skoro od początku jej ojciec jest na tyle w tle, że jego postać niewiele się rozwinie na oczach czytelnika, ale przeskoczenie studiów wywołało u mnie stan ciężkiego szoku, musiałam napić się melisy na uspokojenie, bo po paru akapitach opisu studiów nie czułam tej atmosfery miłości do książek. Trudno powiedzieć, co zawiniło, ale chyba świadomość, że Lysander wyjdzie na pierwszy plan. Inaczej w ogóle nie zaczynałabyś opisywać, jak to fajnie spędzało im się czas przed jej studenckim życiem, bo i po co. Gdyby później okazało się, że ma jakieś znajomości, mogące pomóc Leannie w karierze… to byłoby dopiero ciekawe! I nie tak oczywiste przy okazji.
Swoją drogą: im dłużej analizuję bohaterki, tym częściej dochodzę do wniosku, że żadna z nich nie wyszła z opresji sama. Zawsze ktoś do nich przychodzi: a to Effie, a to Douglas oświadczyć się i umrzeć, a to Lysander z miłością. Nawet Effie brakło charakteru na to, by samej postanowić o czymś więcej niż tylko „wyprowadzimy się”, kłopoty też znikają same: były mąż okazał się najporządniejszym człowiekiem świata, a gach wywiązał się z obietnicy małżeństwa, koniec trosk. A gdyby tak choć jedna z nich uknuła plan, niech by chociaż skończył się wstydem i zniszczeniem, żeby wykazała się inicjatywą we własnej sprawie…?

No i jeszcze – te wątki słabo się łączą. Wiemy, że kuzynki są ze sobą dosyć blisko, ale każda historia mogłaby być opowiedziana osobno i niespecjalnie wiadomo, dlaczego znajdują się w jednej książce, może poza próbą wprowadzania napięcia w niektórych miejscach, bo dostajemy informację-bombę i zamiast rozwiązania, mamy przeskok do innego wątku. Trudno mi wyobrazić sobie na przykład, że „Anna Karenina” zostaje podzielona na część o Annie i część o Lewinie i czytelnik mógł czytać jedną bez znajomości drugiej; mimo że wątki miejscami mocno się rozchodzą, to jednak ich współistnienie ma sens i przydałoby się coś podobnego w „Złocie…”. Nie umiem tego lepiej wyjaśnić, ale po prostu nie widzę sensu w trzymaniu tych trzech historii razem, bo poza tym że kuzynki czasem napiszą do siebie list czy pogadają, to ich relacje wcale nie są ważnym punktem powieści. Właściwie w ogóle nie są ważne. Ja przez całą lekturę czułam, że Twój tekst jest mocno jednowątkowy, podczas gdy historie były trzy i dopiero każda z nich miała jeden silny wątek.
Trudno też wczuć się w konkretny klimat; czy to w naiwno-dramatyczną opowiastkę o dziecinnej May, czy to w opowieść, że nie zawsze możemy wszystko przewidzieć, choćbyśmy byli realistami jak Effie, czy to w… w sumie nie wiem, co mogłabym powiedzieć o Leannie. Doceniam próby wprowadzenia jakiegokolwiek nastroju wspominaniem, że Kamienne Wzgórze jest z czerwonej cegły i wszyscy o tym wiedzą, czy bajeczką związaną z tytułem – którą swoją drogą najchętniej bym przeskoczyła, nie podobała mi się – ale to nie tworzy klimatu, bo nie ma dobrej bazy. Tak przy okazji: według mnie, żeby kliszową powieść pociągową dało się czytać, to musi być uniwersalna, może być oczywiście naiwna i złożona z typowych elementów, ale prosta i z dobrą strukturą, nawet jeśli pojawia się tylko jeden wątek; tu po prostu tych elementów brakuje i dlatego zastosowanie klisz wydaje mi się kompletnie bezsensowne, bo – jak rozumiem – służą jedynie temu, by pokazać „motywy, które wszyscy znamy i kochamy, raz jeszcze, ale się nie przejmujemy, gilti pleżer”. Zauważ, że przy wielu kliszach to czy tamto da się uzasadnić, ale takie ich skupienie w krótkim tekście szybko zaczyna nużyć, zwłaszcza że oklepane motywy nie są opisane w szczególnie oryginalny sposób, a nie ma tu miejsca na zbyt kreatywne zabiegi mogące dostarczyć nieco innego rodzaju rozrywki. Krótko mówiąc, nie jest ani śmiesznie, ani wzruszająco, ani krzepiąco, ani nie pojawiają się fragmenty skłaniające do przemyśleń. Mam wrażenie, że ten tekst po prostu nie wie, czym ma być. Większość osób kilka lat po przeczytaniu nawet wybitnych lektur, które bardzo im się podobały, jest w stanie wymienić z nich trzy, cztery fragmenty, jakie zrobiły wtedy na nich największe wrażenie i jakoś nigdy to nie są typowe motywy ujęte w typowy sposób. U Ciebie prawdopodobnie zapamiętam jednak nadmiar klisz jako pojęcie abstrakcyjne, bez konkretów. Przykłady, które mnie zniechęciły do „Złota…”? Wystarczy delikatnie popchnąć ciężarną na mebel, by uderzając brzuchem, zaczęła rodzić. Normalnie jak poronienie z poślizgnięcia się na mydle w „Downton Abbey” (a przy tym nie ma tu zaskakującego nastroju… pamiętasz bekę w „Niebezpiecznych związkach?”. To zapada w pamięć!). Jezu Chryste, czemu te aborcje kosztują dwa tysiące, jak to takie proste. Albo romantyczne porody rodzinne – nie znoszę tego motywu, jako że poród to upokarzające tortury i nie widzę nic wspaniałego w bliskiej osobie zmuszonej do oglądania i słuchania wielogodzinnego cierpienia mogącego nawet u zdrowej osoby zakończyć się agonią, a zwłaszcza już w dziewiętnastym wieku, ale w sumie bardziej mnie brzydził w „Ellie…” niż tu, bo Len to pan lekarz w końcu. Nie usprawiedliwia to oczywiście Lysandra, który też się kręcił koło rodzącej żony. Właśnie, gorączka połogowa w epilogu wyciągnięta nie powiem skąd, wspomniana mimochodem, mimo że byłaby sprawą bardzo poważną. Niektóre wątki kończą się, zanim jeszcze zdążą się na dobre zacząć, tak jak w przypadku całej tej akcji „idziemy po aborcję, ale wychodzimy, bo te sztućce do krojenia bebików brudnawe takie”. Człowiek nie zdąży się zestresować sytuacją, bo już wiadomo, że żadnego usuwania ciąży nie będzie – ani to nie sprawia, że można się zastanawiać „a może jednak nie zdecyduje się na ten krok?”, ani nie pozwala wczuć się w dramat dziewczyny, która chciałaby urodzić, ale wie, że to przysporzy jej bardzo wielu kłopotów. Nie wiem, zaznaczam, ile z tych problemów to wina wyłącznie zbyt krótko opisanych wątków, ale idźmy dalej: dramat z Lysandrem jest taki na siłę, przeciąganie tego nienaturalne… choć teoretycznie można winić stare dobre opkowe nieporozumienie, Lysander to nie człowiek-dramat jak taki Len, wydaje się całkiem sympatyczną postacią. Inna sprawa, że to nie zostało rozegrane w ciekawy sposób, a i sam przebieg „intrygi” nie miał zalet na tyle wyraźnych, by czytało się to z zainteresowaniem. Typowo opkowe jest też wielkie „ŁUBUDU”, po którym nagle dowiadujemy się, że minęły cztery lata, czyli bezsensowny przeskok czasowy, ale to już omówiłam; następnie jako kliszę wymieniłabym non stop pojawiające się teksty typu „Chociaż obawiam się, że jest zbyt nowoczesny. Ostatnio przez pół godziny opowiadał mi o jakichś niewidzialnych pałeczkach wywołujących choroby. A Davis mówi, że zamawia u niego karbol litrami. Podobno myje w nim narzędzia. Po co miałby robić coś takiego?”, że łał, bohater taki nowoczesny jak na swoje czasy, ludzie nie rozumieją, aczkolwiek ja nikogo nie winię za takie teksty w opku wiktoriańskim, musi to trafić do współczesnych czytelników, bo do dziewiętnastowiecznych nie trafi, trochę na to za późno.  Mnie to szczególnie nie denerwowało, ale takie uwagi mniej znaczących bohaterów znajdują się na liście oklepanych motywów. Kliszowy jest też tekst o tym, jak to dziewczyna „usłyszała jęk i poczuła rozlewającą się między udami wilgoć”, co co najmniej sugeruje, że Len zdecydował się skończyć na niej, nie w niej… ale że na trawie zawsze robią to samo i wychodzi z tego Lily, sugeruje to coś innego. No jednak wszystkie wydzieliny nie wylewają się w takim tempie, jak tu opisane, nie poczułaby wszystkiego, może Len by się z niej najpierw wysunął… Ale pewnie hiperbola jest wymagana w tego typu tekstach. Kolejny dość typowy zbieg okoliczności: jeśli dziewica ma znaleźć prawdziwą miłość, to jej wybranek musi być prawiczkiem, który nigdy nie kochał (May/Len; Leanna/Lysander). Jak ma za sobą przeszłość, choćby jeden związek, on w domyśle też powinien (Effie/John… zwłaszcza że jest od niej starszy). Jeszcze dziwią mnie szczęśliwi tatusiowie do dwudziestego roku życia, którzy nie uciekają z krzykiem, ale to chyba raczej typowe dla Ciebie niż kliszowe (wielka intryga z Gillesem w poprzednim opku).
„– Oczywiście, że nie wiesz! – przerwała mu łzawo. – Ty jej przecież nie kochasz! Ty jej nigdy nie kochałeś...
Len zamarł w połowie ruchu. Z wysiłkiem zmusił się, żeby spojrzeć May w oczy – a to, co zobaczyła w tym wzroku...
– Przepraszam – powiedziała drżącym głosem. – Ja... ja tak nie myślałam. Wiesz, że tak nie myślałam, prawda? Len!
Myślę – odparł z nienaturalnym spokojem – że lepiej, jeśli będę nocował w garderobie” – lubiłam go, aż zaczął wpadać w szał (i chować się w garderobie). To takie opkowe, w normalnym życiu człowiek zrobiłby „wtf”, a tu wielka obraza, trzeba to podkreślić, May uraziła męża! Kolejny często spotykany motyw, choć typowy raczej dla tych wszelkich utworów i filmów, gdzie mamy trójkąty miłosne.
Wszystko układa się im wyjątkowo gładko jak na wagę problemów, z którymi się borykają. Leanna nie dostanie kasy na studia od ojca? Oświadczy jej się dziany koleś, który umrze na własnym weselu, dzięki czemu bohaterkę będzie stać na uniwersyteckie wydatki, do tego nie będzie miała na głowie męża, co umożliwi jej znalezienie kogoś pięknego. A jak zainteresował się nią pryszczaty dzieciak, wystarczyło czekać, aż urośnie kilkadziesiąt centymetrów, a natura sama zrobi za dermatologa. Ludzie przeżywają porody, dzieci rozwijają się zdrowo, a my nawet nie byliśmy świadkami „odbicia Lily” z rąk niedoszłych rodziców adopcyjnych. Nawet wierne służące zasługują na szczęście, dzięki czemu mogą wyjść za sąsiada i zniknąć sobie na zawsze.
Epilogu nie będę szeroko komentować, nadmiar słodyczy mnie dobił. Można opisywać szczęśliwy finał wszystkich wydarzeń bez lukru, a ten tekst wręcz prosi się o furtkę w którymś z wątków, by czytelnik mógł wybrać pasujące mu szczęśliwsze bądź mniej szczęśliwe zakończenie. Paradoksalnie dodanie zdania o gorączce połogowej Leanny nie ujęło epilogowi słodyczy, a wzmogło uczucie mdłości u odbiorcy Claudinelli. Po ciężkim porodzie Leanna i Lysander mają słodziusie berbecie!!! I czują siłę miłości jeszcze mocniej!!! Mogło im oczywiście nie wyjść, mogliby się zorientować po opadnięciu euforii, że różnica wieku jest znaczna, Leannę doświadczyło życie, Lys myślał, że jego żona będzie bardziej uległa, bo to widział na co dzień… ale co tam, dobrali się idealnie. A do tego kuzyneczka ma nowego dzidziusia!!! Epilog ma się do reszty lektury mniej więcej w takim stopniu, jak zwieńczenie „Insygniów śmierci” ze starym Harrym i dziećmi o słodkich imionach. Pewnie w jakimś stopniu Twoja powieść miała podnosić na duchu, ale znacznie lepiej czułam się po przeczytaniu ostatecznej wersji „Ellie…”, bo bohaterowie zaznawali spokoju po trudnych chwilach, podczas gdy tutaj… no cóż, bohaterowie nażarli się lukru, mimo że niektóre z tych historii nie mają prawa mieć szczęśliwego zakończenia, a w środku powieści napięcia zwyczajnie brakuje. By związek May i Lena przetrwał, któreś z nich musiałoby się zmienić. May nie potrafiłaby, Len musiałby nabrać dystansu do siebie, a jakoś słabo to widzę. Nie rozumiem decyzji o zwieńczeniu wątku kryzysowego berbeciem i zakończeniem go w takim momencie, przy ich podejściu potrzebna byłaby dużo cięższa praca nad związkiem, co jak wiemy, nie mogłoby mieć miejsca z uwagi na to, że Len zaraz by się o coś obraził.
Historycznie jest chyba na niezłym poziomie – nie sprawdzałam niczego, bo z wierzchu wszystko wygląda ładnie, w zasadzie to dość równo olewałam wskazówki dotyczące czasu akcji, skupiając się na wypisywaniu innych uwag, ale nie ma telefonów komórkowych i chodzenia do kina ani nazistów Kaulitzów, więc jak na blogosferę to rzadkość. W sumie zdziwiły mnie tylko przemyślenia May po dwusekundowym pierwszym razie z Lenem, kiedy ten ją przepraszał („Wyglądało na to, że mężczyźni traktują takie rzeczy jak osobistą porażkę. (…) – Przecież to komplement – oznajmiła, przyglądając się, jak Len wciąga pulower przez głowę. – To, że mnie tak pragniesz, że...”), bo to wygląda jak nowoczesny sposób myślenia. Jakby robili to kilka razy wcześniej, to mogłaby kojarzyć, że krótki seks – Len się smuci, długi – Len jest szczęśliwym człowiekiem, ale tu widziała tylko jakieś pornograficzne obrazki… przynajmniej z kontekstu wynika, że książka wujka George’a to obrazki z zadowolonymi parami. Chociaż cholera wie, skoro dziewczyna palnęła, że mógłby znaleźć coś, co zapobiegnie ciąży, bo pewnie zauważyła, że u sąsiadów dzieci nie rodzą się co dziewięć miesięcy, a on to interpretuje jako faktyczną wiedzę o antykoncepcji. Ale już skojarzenie szybkiego orgazmu z pożądaniem wynikającym z atrakcyjności fizycznej partnerki to coś jakby wyciągnięte z nowoczesnego pisemka dla kobiet, nie z kultury dziewiętnastego wieku – raczej nie z informacji od ręki dostępnych smarkuli.
Tandetnych cliffhangerów pod koniec rozdziałów też nie znoszę, ale to chyba kwestia gustu, więc nie będę się wypowiadać. W każdym razie wiedz, że dla osoby z moim podejściem jest ich zwyczajnie za dużo i musiałam przerywać lekturę w połowie rozdziału, by mnie ona nie denerwowała.
Niechęć do tekstu też wzbudzała we mnie obsesja na punkcie kolorów włosów, bo bohaterowie składali się tylko z owłosienia na skalpie i niczego więcej, choć że czasem pojawiał się jakiś prosty nos czy nijakie rysy, więc pod tym względem to i tak spory postęp od „Ellie…”. Że rudawe włosy May intrygowały wszystkich i dlatego tyle razy się o nich wspominało, to zrozumiałe – nietypowe rzeczy się komentuje, a z racji jej wczesnego zamążpójścia i epoki, w której żyła, wielu koncentrowało się na jej wyglądzie, zastanawiając się, czy aby nie pospieszyła się z decyzją, wychodząc za dzieciaka z ambicjami, nie najlepszą partię w uniwersum. Złote och-ach włosy Lysandra też mogę zrozumieć. Ale że reszta ma ciemny blond i tak analizuje się odcienie… Chryste, no. Przez to ciężko było zapamiętać nawet tę cechę u bohaterów, więc zaczęło mi się wydawać, że zawsze jest to ciemny blond; na szczęście opisy sobie przekleiłam, bo jestem Claudinellą i przewiduję taki obrót spraw. Gdy zaczęłam pisać recenzję, nie wiedziałam, jak wyglądała Effie, u May kojarzyłam tylko rude włosy i piersi, które podobały się jej chłopakowi, za to pamiętałam dokładnie, jak analizowała swój wygląd Leanna (że brązowe włosy, oczy, SZEROKIE RAMIONA w kontekście krojów sukienek – i już miałam swoją wizję lekko atletycznej, wysokiej osoby. O to chodzi, by czytelnik dośpiewał sobie resztę w głowie, mając parę konkretów), bo ten opis miał kontekst i był inny niż wszystkie. Dzięki temu ją wyobrażałam sobie plastycznie, nawet z sukienkami, które mogły jej się podobać i tym podobne; w mojej głowie była dziewczyną z krwi i kości, z kompleksami, ale zrozumiałymi, a nie istotą bez twarzy jak praktycznie każdy. Myślę, że to między innymi powód, dla którego w miarę zniosłam jej wątek, Lysander też został dobrze nakreślony na potrzeby tekstu (to w końcu drugoplanowy bohater, nawet jeśli stał się obiektem uczuć Leanny, skoro wcześniej był dzieckiem i kolegą). Nie wiem, jak to odbierają osoby o innym typie wrażliwości literackiej, ale po ocence Ellie chyba domyślasz się, dlaczego do mnie to nie przemawia. Cenię dobre opisy.
Tyle rodzajów jednego odcienia włosów obok siebie, nad czym tu się rozwodzić. W Polsce ciemny blond jest zdecydowanie dominującym kolorem i o ile ktoś nie ma jakiegoś ciepłego odcienia, raczej mówi się o mysim blondzie czy po prostu „mam zwykłe ciemnoblond włosy”. Wystarczy odwiedzić wizaż dla riserczu. Ty tymczasem robisz z tego niesamowitą cechę, na którą każdy zwraca uwagę, kiedy w tej części uniwersum też jest to bardzo popularny kolor, więc to ostatnia rzecz, na jaką zwracałyby uwagę wszystkie postacie. W każdym razie nie w każdym przypadku, bo to zwyczajnie mało wiarygodne.
(Lenowi) „Wśród włosów o barwie gdzieś pomiędzy ciemnym blondem a jasnym brązem odznaczały się spłowiałe od słońca, jaśniejsze pasma” (8 str.)”
(Effie) „(…) w przeciwieństwie do ciemnowłosej Daisy o kobiecych kształtach była szczupłą istotą o lekko trójkątnej twarzy, z której wyglądały wielkie błękitne oczy, i oryginalnym kolorze włosów – pasma o rozmaitych odcieniach blondu, przechodzące aż w jasnobrązowe, upinała zwykle w niestaranny kok, z którego ciągle wymykały się niesforne kosmyki”. (18 str.)
„Geoffrey musiał być od niej znacznie starszy. I nie wyglądał nawet specjalnie przystojnie. Miał włosy w tym nieokreślonym odcieniu między blondem a brązem, a zarost zdecydowanie szpecił dość nijakie rysy twarzy”. (22 str.)
To dostajemy na samym początku lektury (swoją drogą nijakie rysy twarzy to co niby?).
Zresztą w tym uniwersum ludzie mają obsesję kolorystyczną („Powinna wyrosnąć na ładną pannę. Ma taki oryginalny kolor włosów i oczu”, co tam dobrze zapowiadające się rysy twarzy, odpowiednia figura, wdzięk, proporcje, czyli wszystko, co normalnie świadczy o urodzie; „Leanna jeszcze raz spojrzała na główki pochylone ku sobie tak, że widziała głównie włosy dzieci – jasnobrązowe Leona, ciemnoblond Lally i kasztanowe Anthony'ego”, myśli sobie matka i ciocia o dzieciach, jakby pierwszy raz je widziała).
Poza tym czytało mi się to bardzo płynnie, rzadko się zatrzymywałam, bo „coś mi nie grało” (teksty typu „W zamyśleniu minęła leszczyny, splatające gałęzie jak para kochanków”; „Klęczała w powodzi róż”; chwilami jednak ten „słodki patos” i stylizacja wychodziły Ci całkiem fajnie, ale na dłuższą metę nie było ich za wiele). Jakakolwiek staranność to rzadkość w blogosferze i mimo że w sumie powinnam bardziej komplementować Twój styl pisania, to chwilami przypominała mi się „Ellie…” i to, że w tamtej „książce” akurat ten aspekt tekstu był o poziom lepszy – ale tu wraca wszystko, co już zostało powiedziane, po prostu dla mnie Ellie miała charakterystyczny sposób narracji, a w „Złocie z gwiazd” pojawia się narracja trzecioosobowa, więc pod tym względem ma być neutralnie i jest, stosunkowo dobrze się to czyta. Dialogi czasem wypadają całkiem fajnie („Nie mam zaufania do ludzi z rady parafialnej, przypuszczam, że mogą się za mnie modlić”), czasem dziwacznie („– Nigdy nie mogłam przyzwyczaić się do Leanny Mitchell – powiedziała. – Ale myślę, że Leanna Fairley brzmi dobrze” – łołoł, Leanna trzymała chłopca w niepewności przez kilkanaście sekund, wymyślając elokwentną odpowiedź zamiast powiedzieć „TAK!!!”; „Chwilami to było aż przerażające. Miałam wrażenie, że wyłącza mu się przy tobie mózg” – bardzo nowoczesny tekst). Albo ludzie zachowują się nienaturalnie (jak Len, który zamiast się jąkać, nie chcąc wystraszyć May, jednocześnie próbując jej dać do zrozumienia, że mogli począć dziecko, ten rzuca coś o tym, że nie powinni byli, bo… przerywa i zaczyna gapić jej się w brzuch – to wyjątkowo teatralne).
Jest jednak jedna rzecz, która w przypadku tego tekstu nie daje mi spokoju: to, że jak myślę o nim, to cały czas powraca do mnie myśl o transparentności stylu (oraz konstrukcji i sposobu opowiadania) – i tu nie chodzi o klarowność, choć taka zazwyczaj występuje (poza okropnymi scenami z akcją), a o brak jakichkolwiek cech szczególnych. Twój styl w tym tekście jest tak uniwersalny, że wręcz nienaznaczony choć jedną cechą charakteryzującą coś, co można nazywać „stylem Leleth”. Nie widzisz rzeczy plastycznie, przez to opisy są bardziej anielskie niż przyziemne, skupione na kolorach, a nie charakterystycznych cechach, akcja jest zawieszona w przestrzeni (miejsce akcji pierwszych dni romansu May i Lena w mojej głowie: trawa), wnętrza i zewnętrza nieokreślone, ważne, by wydarzenia z punktu A do punktu B przeszły pomyślnie. Nie widać tu iskry, a co najbardziej mnie zaskakuje to brak jakiejkolwiek zabawy słowem. A jak jest, to mam déjà vu. Nie czuję tego, że lubisz ten tekst, mam wręcz wrażenie, że służy Ci do umieszczenia w nim wydarzenia X i wydarzenia Y, a wszystko inne to zapychacze, natomiast Twój styl to umiejętność wyuczona, czyli wyćwiczone wyczucie językowe (pod tym względem „Złoto…” to jedno z najlepszych opek przeze mnie ocenianych, ludzie mogą mieć talent, ale nie czuć potrzeby korzystania ze słownika, w efekcie ich tekstów nie da się czytać przez używanie słów w złym znaczeniu), wyćwiczona stylistyka, interpunkcja, nic od Ciebie, żadnej indywidualności, emocji. Poprawność, a nie kreatywność. A przez to, że niektóre wydarzenia, do których chciałaś doprowadzić, tak się wybijają, można odnieść wrażenie, że to bardziej jak zabawa w the sims ze szczęśliwym zakończeniem dla autora niż miła, zaskakująca lektura dla czytelników. I nie mówię, że tak jest – trudno, bym tak mówiła, widziałam tysiące Twoich wypowiedzi w internecie, wymieniałam z Tobą wiele wiadomości – ale gdybym dostała to opowiadanie od całkowicie anonimowej osoby, tak bym to interpretowała. Że to opis fantazji autorki, tyle że odrobinę złagodzony, by był możliwie strawny dla odbiorców. I jeszcze to że szczęśliwe zakończenia, to zakończenia, gdzie główne bohaterki znajdują miłość i mają dzieci z imionami po krewnych. Właściwie do ostatnich rozdziałów nic nie wskazywało na to, że to będzie głównie o miłości – papierowe wątki odwracały uwagę czytelnika, szkodząc tekstowi pod tym względem (ambicje Leanny, porwanie Lily, organizowanie życia codziennego u Effie i tak dalej). Do tego szereg oklepanych motywów…
Mam wrażenie, że w ogóle nie rozwinęłaś się od czasów Ellie, że powtarzam, to co mówiłam wcześniej, na przykład o opisach, o przebiegu dynamicznych wydarzeń, że krytykuję to samo, a wręcz jest gorzej. Rzecz jasna mogę się mylić, bo jedna nieudana powieść to za mało, by jednoznacznie określić, czy po prostu zawinił eksperyment z inną formą (narracja trzecioosobowa przy trzech głównych postaciach), czy chciałaś napisać coś o klimacie zupełnie odmiennym niż ponure Tanglewood, czy też powody, że nie wyszło są zupełnie inne. Musiałabym znać Twoje kolejne utwory. Jedno jest pewne: o ile z przyjemnością pozablogowo zeszłą wiosną zrecenzowałam poprawioną wersję „Ellie z Tanglewood” po tamtej ocence, to tu jakoś nie sądzę, bym mogła pomóc. Z drugiej strony Twoje poprzednie opko przyszło do mnie po wielu betach, dopieszczeniu, pewnie też paru naradach ze współautorką na początku pisania, co także mogło mieć wpływ na całokształt, więc i ten tekst będzie się zupełnie inaczej prezentował, gdy zdecydujesz się nad nim popracować… ja w każdym razie nie widzę potencjału, ale może mnie jeszcze zaskoczysz.


Cytaty i luźne przemyślenia:
Tak przy okazji: John przychodzi do mieszkania Effie w trakcie jej przeprowadzki i mówi, że mogą wyjechać, to skandalu nie będzie. A ona właśnie próbuje wyjechać z całym dobytkiem! Zresztą w tym opku każdy problem rozwiązuje się podróżą. Dwadzieścia siedem razy ktoś żali się, że musi, albo wyjeżdża.
Dzieci są wszędzie. Zawsze zdrowe i pewnie rumiane, a owłosienie ich mieni się wszystkimi kolorami tęczy, nie mają jakichś szczególnych charakterystycznych cech, to takie ładne rekwizyty do chwalenia się nimi bądź do zażegnywania kryzysów w małżeństwie.
Darla jest lordem Voldemortem „Złota…”. Wina Darli!!!
Za dużo rzeczy dzieje się poza kadrem i jest tylko wspominanych.
Nie mam pojęcia, jak cytat z Eliot ma się do całości i dlaczego znalazł się w prologu.

Dla mnie to, że każdy odbiera innych ludzi przez pryzmat koloru ich włosów i oczu narusza moje zawieszenie niewiary. Serio, wyobraź sobie taką rozmowę sąsiadów: „jak wyjechałaś na urlop ominęła cię interwencja policji u tego z kamienicy obok spod piątki”, „który to?”, „taki jeden, ma włosy między ciemnym blondem a jasnym brązem i mnóstwo spłowiałych od słońca, jaśniejszych pasem, do tego nijakie rysy, a oczy niebieskie”, „TOTALNIE WIEM O KOGO CHODZI, A TO CHAM, a co zrobił?”.

Przy okazji wtrącę jeszcze parę słów odnośnie stylu, które są zapewne czysto subiektywnym odczuciem, nawet bardziej niż wspomniane cliffhangery, dlatego piszę w tym miejscu: do szału doprowadzały mnie pojedyncze lub/i króciusieńkie zdania otwierające i zamykające co któryś rozdział. Dosłownie, miałam chwile ataku nienawiści do tego tekstu za każdym razem, gdy pojawiało się jakieś „Leanna czekała”, kropka, enter. „Sukienka była ładna”, kropka, enter. „May Howard w istocie była zakochana”, kropka, enter. „Babs była zlana potem”, kropka enter. „Miała wrażenie, że zaraz stanie jej serce”. „Lily otworzyła szeroko wielkie, przerażone oczy”. „Miała ochotę płakać z frustracji”. I tak dalej, i tak dalej. To naprawdę potrafi denerwować jako powtarzająca się maniera – bo zawsze ma to zachęcić do czytania, a działa na zasadzie „ZDANIE Z TAJEMNICĄ: ROZWIĄZANIE W KOLEJNYM AKAPICIE”.

„May wyciągnęła rękę, w której ściskała monety. Taką jasną – przez delikatną skórę przeświecały błękitne żyły, w których tętniła czerwona krew” – jakie to ma znaczenie, że krew, której nie widać, ma standardowy kolor?

„Posyłam Ci katalog z modą ślubną i wymagam uroczystego przyrzeczenia, że zaćmisz wszystkie możliwe panny młode” – przyćmisz?

„Czasem mam taką ochotę być sarkastyczną, wyrzucić z siebie to całe zdenerwowanie na irytujących znajomych. Wydaje ci się przez to płytka, złośliwa?” – chyba brakuje „ę”.

„Wciąż był przystojny, ale w jego włosach więcej było już siwych pasm niż naturalnych” – a siwe to farbowane czy w inny sposób nienaturalne?

„Jakaś miła kłótnia teraz mogłaby rozładować zepsuty humor” – rozładowuje się napięcie, można się wyładować, będąc zdenerwowanym, ale rozładowanie zepsutego humoru jest dziwne.

„– May już wróciła do domu – Effie udało się znaleźć temat.” – sposób zapisu.

„– Ostatecznie mogę zrobić ci awanturę na osobności, nie wobec innych” – nie w obecności innych?

Poza tym oni wszyscy mają dziwaczne imiona, o ile nie są bardzo drugoplanowi – na co zresztą zwraca się non stop uwagę. Pogańskie imię Effie, cudaczne imię Leanna, oryginalne i szekspirowskie Lysander…

Skojarzonko:
Fair-Gaol, ocenna bloga panna-z-bozejewa (Claudinelli z 29.10.2013): „Oczywiście zwykle mamy szczęśliwe zakończenie, udowadniające, że bez względu na to jak brzydką kobietą jesteśmy, możemy wznieść się na szczyt swoich możliwości i znaleźć drogę powrotną do kuchni”.
Złoto z gwiazd, rozdział piąty (Leleth z 15.09.2014): „Dobrze wiedzieć, że jak głupią kobietą by się nie było, można wzbić się na szczyt swoich możliwości i odnaleźć powrotną drogę na etażerkę w charakterze porcelanowej lalki albo do kuchni, dodała w myślach”.
Byłam przekonana, że to Gayaruthiel wykorzysta ten cytat w swojej powieści, bo o niego mnie pytała (i tylko dlatego go zapamiętałam), nie Ty :P

Podsumowanie już było, i to na samym początku, no więc:
3

Trója. Degradacja o półtora stopnia.

21 komentarzy:

  1. Ha, zorientowałam się zaraz po, ale przez przypadek ;).
    Nah, Claudinello, nie najlepiej się z tym czuję, ale nie wiem, czy ci mogę obiecać jakiegoś sensownego komcia, bo... stwierdziłam, że kompletnie nie obchodzi mnie ten tekst (znaczy, mój, nie ocenka) i nawet nie chce mi się z czymkolwiek polemizować (tzn. nie czytałam jeszcze oceny, nie wiem, na ile bym z czym miała), w sumie nawet czytać nie bardzo. Jest mi strasznie głupio, że jednak dałam ci go do oceny, ale już nie chciałam zmieniać zdania dziesiąty raz. Pewnie coś napiszę, jak się dokładniej zapoznam, naprawdę, dziękuję ci za tę pracę.
    Co do cytatu, bo mi się rzuciło w oczy - kurczę, przepraszam cię ogromnie! Tak mi się majaczyło niejasno, że skądś to wzięłam, ale nie pamiętałam, skąd. Wywalę, jeśli chcesz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, jakbym nie skończyła tej minirecenzji, to denerwowałoby mnie to do śmierci, więc dla własnego sumienia i tak musiałam to zrobić. Nie ma sprawy, jeśli nie chcesz polemizować, zapoznaj się z recenzją wtedy, kiedy będziesz tego potrzebowała; blog nie zniknie, pośpiechu nie ma, ja też jestem na stanowisku. Teraz postaram się wrócić do normalnego – w miarę regularnego – oceniania, jako że mam trochę czasu, więc w razie czego na odpowiedź znajdę czas. I nie ma sensu wywalać cytatu z ocenki dla Gayi, bo bez przesady, to tylko kilka słów :) Dla mnie po prostu zasadą numer jeden jest to, żeby nie pisać czegoś, jeśli skądś kojarzę jakiś tekst – o ile wiem, że został gdzieś wykorzystany przez kogoś innego.

      Usuń
    2. Ja mówiłam o tym ze względu na ciebie ;). Nie kojarzę, żeby Gaya wykorzystała ten tekst, czytałam jej opko (no ale mogę po prostu nie pamiętać, to było dawno).
      A następną ocenę chętnie poczytam, bo większośc opek z kolejki kojarzę ;).

      Usuń
    3. Kolejne będą „Papierowe szepty”, a jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to publikuję tę minirecenzję w najbliższym czasie :) W każdym razie zdążyłam już je przeczytać.

      Usuń
    4. Kurczę, co mam ci napisać – zgadzam się, że to opko to jest szkielet, zarys historii, zgadzam się, że podstawy mam, zgadzam się, że wątki się zaczynają i nagle kończą, no generalnie z wprowadzeniem się zgadzam. Nie do końca tylko z tym, że trzy bohaterki same w sobie to błąd – uważam, że w przeciętnych rozmiarów powieści spokojnie można przedstawić i więcej wątków dobrze. Są rzeczy, z którymi się nie zgadzam do końca, ale nie uważam, żeby były na tyle ważne czy żeby moje stanowisko było tak odmienne, żeby warto je było dyskutować.
      Em, naprawdę były jakieś szczegółowe opisy sukni?
      Co do Downton Abbey (którego pierwsze trzy sezony mimo wad mi się podobały, a kolejne to był dramat) – wiesz, nieraz w trakcie oglądania myślałam, że Fellowes robi dokładnie to co ja – wprowadza jakiś uberdramatyczny wątek, który, jak widzowie doskonale wiedzą po poprzednich przykładach, najdalej pod koniec odcinka rozwiąże się szczęśliwie dla bohaterów (chyba że to Batesowie, to będzie się wlókł dwa kolejne sezony), więc naprawdę nie sposób się tym przejąć. Za bardzo lubi swoich bohaterów, żeby ich naprawdę przeczołgać.
      Ja w sumie raczej lubię Lena.
      Wątek romansu z czternastolatkiem mi się podoba :D.
      W zasadzie to cóż, nie dowiedziałam się chyba niczego, czego bym już nie wiedziała :D.
      Mam słabość do oryginalnych imion, cóż poradzić. Ale Effie to nie jest niepopularne imię ;) Efigenia, tak, ale zdrobnienie już nie bardzo. Leanna też nie jest jakaś strasznie dziwna, to już na Valancy powinnaś mi zwrócić uwagę ;).
      „ale każda historia mogłaby być opowiedziana osobno i niespecjalnie wiadomo, dlaczego znajdują się w jednej książce” – bo są za krótkie na osobne historie ;)
      Yyy, ale jakie romantyczne porody rodzinne, żadnych nie było.
      Nie no, więcej chyba nie dam rady napisać, chociaż jeszcze mi trochę ocenki zostało, wybacz ;). Najwyżej może kiedyś.

      Usuń
    5. (tak btw naprawdę się cieszę, że ta ocenka jest krótsza ;))

      Usuń
    6. Ech, ja mam na odwrót z „Downton Abbey” – bardzo nie podobały mi się pierwsze dwa sezony, ale potrzebowałam wiedzieć, jak wyglądały okołoedwardiańskie spódnice (historia mody najważniejszą dziedziną świata, a chciałam sobie uszyć coś w tym stylu), a potem wrzuciłam na luz i jak już przyzwyczaiłam się do konwencji, to cieszyłam się strojami, wnętrzami, szczegółami technicznymi typu pastowanie butów, życiem służby i ogólnie zmianą klimatu spowodowaną przez wojnę.
      To Ellie tak nie lubiłaś, że byłaś w stanie dać jej tyle nieszczęść? :D
      Oryginalne imiona to nie zbrodnia, ale to rzuca się w oczy, gdy poboczni bohaterowie nam to cały czas przypominają ;) No i wlicza się w poczet klisz, tyle.
      Te historie można łatwo rozwinąć, by tworzyły trylogię o trzech kuzynkach; ja w każdym razie poszłabym w tym kierunku, ale chyba musiałabyś odpocząć od tekstu, by stwierdzić, czy byłabyś w stanie i czy to ma sens.
      Na porody rodzinne jestem wyczulona i nawet te w tle robią nieprzyjemne wrażenie; tu chodziło mi przede wszystkim o romantyczną wizję May dotyczącą procesu produkcji Anthony'ego.
      Sukienek było na tyle, by nie raziły, były fajnym tłem, a wybijały się o tyle, że resztę słabo opisałaś (generalnie mało w tym opku opisów). Te dotyczące ubrań po prostu były w porządku, dlatego nie zawarłam tego w uwagach, tylko informacjach dotyczących samego opka ;)
      To następnym razem będziesz wiedziała, że wolisz moje minirecenzje od pełnych ocen :D

      Usuń
    7. A nie, nie o to mi chodzi ogólnie z minirecenzjami (wiem, trochę to jak pojazd zabrzmiało, przepraszam xD), tylko, jak wspominałam, do czytania o tym tekście akurat nie mam siły ;).
      Ellie się kończy szczęśliwie. Kind of. Wychodzę z założenia, że jak zakończenie jest szczęśliwe, to reszta furda ;). Poza tym, no umówmy się, jak na swoją sytuację to i tak wielkich nieszczęść nie miała, wręcz życie ułatwiane na każdym kroku.
      Wiesz, generalnie ja strasznie nie lubię wracać do skończonych tekstów i ich przepisywać. Może kiedyś wykorzystam jakieś fragmenty - ja bardziej bym widziała zrobienie z tego historii o jednej bohaterce z wątkami pobocznymi - ale na pewno nie będzie to w bliskiej przyszłości.
      Ja mam trochę inne zdanie nt porodów rodzinnych, no ale w XIX wieku to nie najszczęśliwszy pomysł ;).

      Usuń
    8. A tak z ciekawości, jakbyś miała czas - co ci się w Downton nie podobało?

      Usuń
    9. Trochę by tego było… Generalnie nic, do czego nie przyczepiłabym się w ocenianym opku :D Do dziś pamiętam teksty, które mnie niesamowicie żenowały („To jest wolny kraj”; „Każdy statek jest niezatapialny, póki nie zatonie”, klasyczna mądrość ludowa, ale wtedy z jakiegoś powodu mi się to nie podobało), poza tym zatonięcie Titanica jako wstęp do fabuły… Ludzki pan, lord świstak i jego relacje z Batesem były powodem, dla którego na początku chciałam rzucić serial po odcinku czy dwóch, ale ogarnięta znajoma twierdziła, że później się rozkręci, a stroje były dopracowane i aktorzy świetni. Na początku nie przedstawiano jeszcze pańskich odruchów Roberta, mało było też jego cholerycznego usposobienia, więc nastawiałam się na pochwałę takich podziałów klasowych i arystokracji, apoteozę „dawnych, lepszych czasów”; w obecnej wersji to nawet nie kliszowe (bo niby wiemy, z czego wspaniałomyślność lorda wynika) a dobranockowe. Zresztą WSZYSTKO tu jest jak z dobranocki, a przecież nie chodzi mi o to, by dla realizmu gwałcić pokojówki. Po prostu nie tego oczekiwałam.
      Właśnie, generalnie stosunek do służby i innych szarych ludzi – o ile miłość Mary do mnóstwa podwładnych wydawała mi się dobrze uzasadniona od początku do końca, to przerabianie posiadłości na szpital w czasie wojny, bo tak… trochę mnie ten motyw osłabił. W ogóle nie cieszyło mnie to „fantasy wojenne” i miłość w okopach, choć do samego wątku Matthew-Mary nic nie miałam (poza tym, że Matthew był gruby :D). Wspaniałe stosunki służby i rodziny lorda od pewnego momentu mi się podobały, ale przeszkadzało mi, że chwilami miało się wrażenie, że to pracodawcy są po to, by czynić życie podwładnych szczęśliwym, nie odwrotnie. Wszyscy byli tak cholernie sprawiedliwi, że to aż niewiarygodne. Mary ma świetne kontakty ze służbą: uwierzę, bo potrafi być wdzięczna. Sybil zaczyna mieć od pewnego momentu: uwierzę, to dobra duszyczka. Cora jest kochana: generalnie jest kochana, to konsekwentne… Edith próbuje zaszkodzić wszystkim, ujawniając sprawę Turka, ale służbę traktuje jak powietrze: okej. Lord świstak koooochaaa służbę… a mogliby zwyczajnie popełnić jakiś błąd, założyć coś złego. O ich wadach dowiadujemy się powoli (a Edith jako taką się ignoruje, uznając, że po prostu ma kompleksy i wyrośnie, co w sumie się stało), więc wychodzi na to, że przeszkadzało mi idealizowanie tej rodziny, a jak wiadomo, najłatwiej byłoby ukazać ich wady przez stosunek do niżej postawionych. Jak potem oglądałam wszystko od początku, zwracając głównie uwagę na stroje, to już mnie ta wspaniałość rodziny nie raziła, bo wiedziałam, że jednak nie są idealni, poza tym przewijałam irytujące i nudne sceny ;) A co do reszty… Odesłanie Thomasa do domu z powodu mało znaczącej rany (i brak jego powrotu na front) mnie zaskoczyło, wydaje mi się to raczej mało prawdopodobne, w końcu nie stracił palców ani nic, ręce miał dalej sprawne. Thomas spiskujący z O'Brien przeciwko Batesowi – nie podobał mi się ten wątek, choć sam zły duet był super, a ich relacje tym bardziej. Dobiła mnie końcówka pierwszego sezonu. No kto by się spodziewał, że w 1914 wybuchnie wojna, aleśmy zrobili widzom niespodziankę :D

      Usuń
    10. A poza tym oczywiście klisza z nagłym szczęśliwym zajściem w ciążę Cory i mydłem zabijającym dziedzica po dwudziestu minutach :D I to tylko dlatego, że O'Brien się POMYLIŁA, bo usłyszała coś, co źle zinterpretowała. To było chyba najsłabsze poza grypą hiszpanką zabijającą niewygodne dla fabuły postacie. Za to z Joraha, znaczy się Richarda, cieszyłam się bardzo, ale mimo wszystko przez ten czas głównie Thomas próbujący zmienić swoją sytuację i Mary (bo bardzo lubię takie zimne postacie, czy to w wydaniu rozpieszczonej dziedziczki, amerykańskiej idiotki jak Betty Draper, czy kamerdynera jak Stevens) trzymali mnie z tym serialem, no i może Tom, bo jest ładny, ale pod tym względem wpisuje się w ładne wnętrza i stroje. W pewnym momencie wymyśliłam, że będę oglądać to oglądać na zmianę z „Mad men”, gdyż ten serial z kolei sprawiał, że miałam ochotę się pociąć, zresztą co się dziwić, miał odwrotne przesłanie niż „Downton Abbey”, bo odczarowywał wspaniałe lata sześćdziesiąte w USA, tak gloryfikowane przez wielu ludzi nawet w Polsce – bo przecież początek lat sześćdziesiątych w modzie wyglądał jak lata pięćdziesiąte, więc życie musiało być fantastyczne :D
      Jak już przyzwyczaiłam się, że Downton to bajeczka, gdzie główne wątki mogą być skrajnie nieprawdopodobne, za to wszystko inne jest niesamowicie dopracowane, zaczęłam to oglądać na luzie, przerywając tylko na robienie skrinów strojom, choć im później tym rzadziej, bo lata dwudzieste to nie moja bajka, nie ta sylwetka i mniej inspiracji.
      Tl;dr: WSZĘDZIE OKLEPANE MOTYWY I WSPANIAŁOMYŚLNY LORD, AAA!

      Usuń
    11. Nah, to mamy kompletnie inne zdanie, bo mnie to właściwie zupełnie nie przeszkadzało - niektóre same w sobie, a niektóre były podane z wdziękiem na tyle, że przymykałam oko. Najgorszy był chyba wątek Lavinii, a miłość Matthew i Mary wydawała mi się mało wiarygodna, ale fandom chyba lubi tę parę. Dopiero później zaczęły się dla mnie koszmarne klisze i superdramatyczne problemy rozwiązywane w minutę. Co do sprawiedliwości, to rekordy niewiarygodności biło u mnie podejście Roberta i Cory do wyczynów córek.
      Mary nienawidzę, wyrwałabym jej serce łyżką. Przez pierwsze 3 sezony jeszcze nie miałam takich chęci, ale później, jak się pojawiała na ekranie, myślałam tylko, jak bardzo chciałabym jej przywalić z glana w twarz.
      Mad Mana widziałam pierwszy odcinek, nie był zły, ale też nie porwał mnie na tyle, żeby sięgać po kolejne. Z tamtych czasów wolę Call the midwife :D.

      A, jeszcze się odniosę do ocenki, bo mnie zafrapowało: naprawdę uważasz, że styl jest gorszy niż w Ellie (tam chyba zastrzeżeń co do tego nie miałaś)? Bo ja, szczerze mówiąc, nie widzę między nimi różnicy.

      Usuń
    12. Mój mózg uznał, że piękna miłość Matthew i Mary jest zbyt dziwaczna jako wątek, by jej nie cierpieć, więc to olałam, denerwując się na inne elementy. Cora za pierwszym razem (przy sytuacji z Turkiem) powiedziała Mary, że jej nigdy nie wybaczy tego, co musiała przeżyć tej nocy, ale widocznie potem zapomniała :D Później faktycznie zupełnie sobie odpuścili i zgadzam się, że klepanie po główce Mary za bycie przyłapaną w hotelu z kochankiem, czego efektem był szantaż, to jakaś bzdura, ale żeby znieść te wszystkie sytuacje, próbuję sobie wmówić, że i Robert z Corą dla spokoju ducha postanowili udawać przed sobą, że wszystko jest w porządku i żadnych skandali nie będzie. W końcu nagle pogorszone relacje rodzinne mogłyby coś sugerować.
      Ja bardzo lubię Mary, nawet to, że chwilami bywa dziecinna (jedynie sytuacja z przedostatniego odcinka mnie zbulwersowała), raczej było mi smutno, że z serialu zniknęła Sybil zamiast Edith, bo za tą nie przepadałam. Trochę to dziwne, że ludzie chcą wyrywać serce łyżką pewnej siebie dziedziczce, która dba o interesy kochanej rodziny, a fanów morderców typu Hannibal Lecter nie brakuje, nawet Humbert Humbert ma wielbicieli :D W ogóle dziwię się, że postać, która nie popełnia zbrodni, może wywoływać aż takie emocje. Jedyną osobą, która mnie denerwowała w podobny sposób, ile razy pojawiła się na ekranie, to Don Draper z „Mad Men”, ale że jest bardzo spójny i nawet niektórzy bohaterowie w późniejszych sezonach wypominają mu, dlaczego ktoś taki jak on zrobił karierę, wybaczam scenarzystom. Zresztą cały ten serial uważam za znacznie lepszy niż Downton, ale trzeba lubić takie mroczne klimaty – niedosłownie mroczne, ale pokazujące pustkę, płytkie relacje i samotność prawie każdej postaci.
      Ja z kolei oglądałam jeden odcinek położnych i mnie nie porwało :D Co tam jeszcze takiego… Widziałam pierwsze dwa sezony „Masters of Sex” (przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, USA, polecam) i „Astronaut Wives Club” (lata sześćdziesiąte, USA, bardzo nie polecam, nawet pod kątem kostiumów). Tyle że jak widzisz po raz kolejny zabójstwo Kennedy'ego, a nawet nie jesteś fanem amerykańskiej kultury, to masz dość ;)
      Co do stylu: tak, chociaż napisałam to w recenzji – moje główne zarzuty to sposób opisu tych bardziej „emocjonujących” momentów i częste zmiany miejsca akcji (wtrącenia pośrodku dialogu, razem z którymi zmienia się miejsce, czas i osoby; nieźle się zdziwiłam, że May najpierw zastanawia się, gdzie może być Len, a w następnej linijce z nim rozmawia, zanim załapałam, o co chodzi. W „Ellie…” takich fragmentów chyba w ogóle nie było), poza tym miejscami jakieś drobne problemy (typu powtórzenia), które łatwo byłoby eliminować betą/przeczytaniem po raz kolejny.

      Usuń
    13. To nie do mnie zarzut, nie lubię ani Humberta, ani Hannibala ;).
      Co do seriali - cóż, nie pierwszy widzę, że mamy skrajnie rozbieżne gusta ;).

      Usuń
  2. Ok, zajrzałam i zobaczyłam ankietę i postanowiłam się ujawnić. Ja tu zaglądam i czytam sobie pobieżnie ocenki. Czasami w całości, czasami fragmentami. Nie komentuję, ale czytam. To tak, żebyś poczuła się lepiej czy coś. xD
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za ujawnienie się! Po tak długiej przerwie, jaką byłam zmuszona sobie zrobić od blogowania, nabrałam wątpliwości, czy moja działalność na ocenialni w ogóle ma sens; co prawda przy każdej ocenie/minirecenzji czegoś się uczę, ale dobrze by było, żebym nie pisała tylko do drugiej osoby, zwłaszcza że w takim wypadku równie dobrze mogłabym komentować blogi i swój czas wolny poświęcać własnemu opowiadaniu. Sześć osób to i tak więcej niż zakładałam, spodziewałam się dwóch może, zwłaszcza że ostatnio nikt się nie zgłasza :D No nic, jak tylko skończę papierowe-szepty, spróbuję wziąć się za Twojego bloga i w miarę szybko go zrecenzować, choć trudno powiedzieć, jak to będzie, bo wydaje mi się dość ciężki do oceny. Nie do końca wiem, jak się za niego zabrać, stąd też ta zamiana – wzięłam blog, który wydawał mi się łatwiejszy, „na rozgrzewkę” – ale spróbuję coś wymyślić :)

      Usuń
    2. Nie przejmuj się. I tak chyba będę musiała całość przebudować; liczyłam co prawda, że Twoja ocena mi pomoże, ale i tak widzę już wiele niedociągnięć z perspektywy czasu, na zimno.
      Ogółem Twoje oceny uważam za jedne z najlepszych (do tego oczywiście dochodzi pomackalnia) i czytając je, sama się uczę. Wnikliwie analizujesz tekst, ale nie mieszasz go z błotem, tylko dajesz sensowne porady, zauważasz najmniejsze niedociągnięcia, zwracasz uwagę na kwestie, których przeciętny czytelnik nie widzi, a które są istotne.
      Myślę, że dlatego wbrew pozorom sporo ludzi je czyta - edukują się. :P Naprawdę, jako ałtoreczka sama wyczytałam z ocen innych blogów wiele wartościowych rzeczy i zaczęłam je wdrażać do swojej pisaniny.
      Także ja trzymam kciuki za tę ocenialnię. :)

      Usuń
  3. To skoro ktoś tu zwątpił w sens działalności Projektu, to i ja się ujawnię, choć moja obecność w blogosferze ma bardzo znikome znaczenie. :) Wpadam regularnie gdzieś od... Może roku już? Czytam dość dokładnie ocenki tych blogów, które znam albo choć trochę kojarzę, resztę przeglądam pobieżnie, ale bardzo lubię czytać nowości, a jak zobaczyłam ocenę Złota z gwiazd, to rzuciłam wszystko i poszłam czytać, żeby zobaczyć, czy się może przypadkiem nie zgadzamy w pewnych momentach. No i odkryłam, że jeśli jakiś blog znam/kojarzę, to często ubierasz w słowa to, co o nim myślę, ale wyrazić w komciu zwyczajnie nie umiem.
    Podobnie jak MlodaLarwa - czytam Twoje oceny i sama się czegoś uczę, ogółem uważam, że dobre i sensowne ocenki czytać warto (a takie się teraz spotyka tu, na Pomackamy... i na Talking About też są moim zdaniem dobre). Z zastosowaniem wiedzy nabytej z czytania ocenek jest u mnie różnie, bo ałtoreczka ze mnie typowa, ale co tam, wiedz, że Twoja praca na marne raczej nie idzie! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. MlodaLarwo, Carolino, jest mi niezmiernie miło, że nie tylko czytacie czasem moje wielkie wywody, ale jeszcze się tutaj ujawniacie. Przyznam, że nie spodziewałam się w ogóle odzewu, zwłaszcza że – w porównaniu z innymi ocenialniami – rzadko kiedy ktoś poza autorami się wypowiada pod moimi recenzjami. Wiedzcie, że się rumienię i biorę do roboty; niedługo nowa minirecenzja :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Też Cię zmotywuję trochę do dalszej pracy, bo i ja czytam praktycznie wszystkie Twoje ocenki i są jednymi z moich ulubionych w blogosferze (też zaglądam na mackalnię i talking about).Zawsze dają mi trochę do myślenia jak pisać własne teksty i przy okazji motywują żeby usiąść i napisać chociaż kilka zdań, bo mój blogasek tkwi wciąż zamrożony, a ja nie mogę z siebie wykrzesać tych dwóch, trzech rozdziałów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Dziwnie widzieć, że liczba osób przyznających się do czytania bloga jeszcze urosła, bardzo mi miło; chociaż teraz jak czuję, że mam publiczność, to będzie mi głupio publikować te wszystkie powtórzenia i szalone literówki, taki los bez bety.
      Myszogonie, nie przejmuj się zamrożeniem, bo póki co mam do publikowania dwie minirecenzje i jedną pełną ocenę, tak że nie masz się co spieszyć. Z kolejki i tak Cię nie wyrzucę ;)

      Usuń

Obserwatorzy