poniedziałek, 26 grudnia 2016

Minirecenzja #6 wilcze-dzieje

Przybiliśmy do brzegu. Widzimy lemury. Prawie dobrze...

Ludzie-wilki i bogini pożerająca ich nieczystości, czyli wilcze-dzieje i smęcenie Claudinelli

Na samym wstępie chciałabym powiedzieć, że „czas drewna” nieco mnie rozśmieszył, chociaż nie mam pojęcia, czemu. To pierwszy tekst, który zobaczyłam na blogu, w dodatku na tle szarych desek. To jakaś metafora? Długo nie wiedziałam, jak ten symbol zinterpretować, aż w trakcie czytania dotarłam do listy żywiołów i nieco się wyjaśniło, bo drewno występowało tam obok wody, ognia, lodu i tym podobnych… czyli ogólnie pasowało jak pięść do nosa. To oczywiście zupełnie marginalna uwaga, jednak nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego akurat drewno – zwłaszcza że poprzez przypisaną mu boginię ma symbolizować zniszczenie i elastyczność, co byłoby chyba ostatnim skojarzeniem, jakie miałabym z kawałkiem drzewa.
Przestałam się cieszyć drewnem, kiedy zobaczyłam „27-02-2016 Czekam na zapowiadającą się w najbliższym czasie ocenkę, następnie zacznę pracę nad kolejnym rozdziałem” i przestraszyłam się, że chodzi o mnie; mam nadzieję, że jednak nie.

Szablon zdecydowanie na plus: atrakcyjny wizualnie, czytelny i skaluje się poprawnie, czego chcieć więcej. Przytłoczyła mnie jednak liczba dodatków, w obliczu których wahałam się, czy powinnam coś przeczytać przed rozpoczęciem lektury opowiadania, ale ostatecznie rzuciłam tylko okiem na „mitologię” i… właściwie nie wiem, czy zrobiło to jakąś różnicę. Znajdują się tam w końcu te same fragmenty, które umieściłaś w rozdziałach, starając się przybliżyć czytelnikowi wierzenia poprzez wprowadzenie scen z udziałem słuchających szamana dzieci, za to zdecydowanie brakowało mi porządnego wprowadzenia do fabuły w ogóle. Mimo że dość zgrabnie wplotłaś w opowieść podobne sceny, z których można wyciągnąć wiele informacji na temat systemu wierzeń i zwyczajów, rzucasz czytelnika na głęboką wodę; opisujesz kilka klanów, trzy różne religie, dwa gatunki inteligentnych stworzeń, a to jednak dość sporo. Mogłaby to być dodatkowa podstrona, ale według mnie ten tekst aż prosi się, by funkcję wprowadzającą pełnił prolog lub coś w tym rodzaju – w obecnej wersji „introdukcja” składa się jedynie z krótkiego cytatu (wypowiedzi szamanki) zamiast opowiadać o świecie, w którym będą się rozgrywać opisane wydarzenia. Oto on:
„Kieruję te słowa ku nauce pokoleń, albowiem one są solą naszej ziemi i przyszłością naszego niebytu. Dzieci nasze nie istnieją bez nas, zaś my nie istniejemy bez nich. Zatem potomstwo nasze, przez bogów wyznaczone, otaczać musimy opieką szczególną, albowiem to ono łącznikiem nam będzie z pozostałymi światami”. Nie za bardzo wiem, w jaki sposób bogowie wyznaczają to potomstwo. Przyszłość niebytu… Cóż, ci szamani to chyba mają nadzieję, że nikt nie zrozumie ich mądrości i przez to nie podkopie autorytetu.

Jeszcze zanim przejdę do sedna, potrzebuję zaznaczyć, że od początku podejrzewałam, że mogę mieć problem z tym tekstem. Wiecie, lubię poezję. Ale jestem też fanką prostoty, a zbytnia poetyckość prozy czy rozbudowane opisy, których głównym celem jest wytworzenie klimatu słownictwem, a nie prowokowanie czytelnika do plastycznych wyobrażeń, z reguły mnie zniechęcają. Nie przechodzę płynnie przez takie fragmenty, wyczulają mnie na błędy językowe, a z racji że zazwyczaj traktuję wszystko dosłownie, zaczynam zastanawiać się nad fizyczną możliwością występowania takiego a nie innego oświetlenia o takiej a nie innej porze dnia. Nie jestem targetem Twojego opowiadania. Być może inni są w stanie docenić ten styl pisania i tworzony przezeń specyficzny klimat, może nawet będzie dla nich on główną zaletą tekstu – tego nie wiem. Jeśli chodzi natomiast o wszystkie inne uwagi, te niedotyczące stylu, uważam, że mój gust nie zaważył na ocenie.

Zazwyczaj oceny i recenzje rozpoczynam krótkim podsumowaniem tekstu, który nakreśla przypadkowym czytelnikom recenzji, o jakim utworze mowa. Tutaj niestety tego zabraknie, przynajmniej w tradycyjnej formie, bo nie mam pojęcia, jak go potraktować... ani nawet wskazać, które elementy fabuły zasługują na szczególną uwagę. Opisujesz swoje opowiadanie jako high fantasy, natomiast ja widzę wprawkę, eksperyment literacki, w którym głównym bohaterem jest świat przedstawiony – bo przecież nie żadna z postaci, koło dwudziestu lykan, których imiona i nazwy klanów, których są częścią, poznajemy niemal jedno po drugim w sześciu krótkich rozdziałach.
Mamy tu więc do czynienia ze światem stworzonym przez autorkę od podstaw, zamieszkiwanym przez wspomnianych lykan – kolejną interpretację wilkołaków – oraz wampiry. Dużą rolę w tekście odgrywają wierzenia poszczególnych grup, zwłaszcza przepowiednie, które zwiastują nadchodzący koniec równowagi w uniwersum, mamy też wątek dawnych i obecnych konfliktów między plemionami. Konsekwentne trzymanie się słownictwa używanego w stosunku do wilków (wataha, alfa, samica, samiec) czy przemyślane szczegóły dotyczące kultury prezentują się ciekawie, ale nie można oprzeć się wrażeniu, że informacji szybko robi się za dużo. No i to by było na tyle w ramach wstępu, bo zaraz przejdę w szczegółach do każdego aspektu fabuły i struktury tekstu.

Jak już wspomniałam, brak mi tutaj solidnego wstępu. Moim głównym problemem jest to, że nadal nie wiem, o czym jest opowiadanie – na początku bardzo ciężko było mi się połapać w imionach i strzępkach informacji o obrzędach, ale o ile po pierwszym rozdziale nie przeszkadzało mi to jeszcze w czytaniu, z każdym kolejnym czułam się tylko bardziej skołowana. Liczyłam na powolny rozwój akcji i oczekiwałam, że szybko stanie się jasne, którzy z bohaterów zajmą miejsce na pierwszym planie, a ciężkie do wymówienia imiona i nazwy miejsc, jak już wystąpią odpowiednią liczbę razy, naturalnie zapadną w pamięć. Niestety.
Rozpoczynasz od przedstawionego w rozdziale pierwszym rytuału nad świętym jeziorem, które znajduje się w centrum regionu zwanego Wielką Puszczą – rytuał zdają się przeprowadzać Karmazynowe węże, czy też Co`athl, ale jako że mieszkają gdzie indziej, na rytuał przybyli oni w odwiedziny do Synów Rzezi wraz z jeszcze jednym klanem. Zaraz dowiadujemy się, że Węże-Co`athl podbili jakąś małą wioskę na lodowym pustkowiu, gdzie teraz mają kolonię, a reszta mieszka przy jakimś świętym drzewie, które, jak można wywnioskować, traktowane jest jako miejsce kultu przez wszystkie grupy; nie wiadomo tylko, dlaczego, skoro to ci pierwsi „z krwią na pazurach przynieśli do świata lykan nową religię” kilkadziesiąt lat temu. Poznajemy więc strzępki historii, zwyczaje lykan, ich stosunek do kobiet, przysłuchujemy się legendom opowiadanym przez szamana… To dość duża dawka informacji jak na pierwszy rozdział, a razi przede wszystkim to, że poznajemy naraz tak wielu bohaterów.
Ostatnią postacią, o której dowiadujemy się czegoś w pierwszym rozdziale, jest córka alfy Węży, która dowiaduje się od szamana, że prawdopodobnie bogowie upomną się o nią, co może sugerować, że niedługo sama zacznie przejmować podobne obowiązki. Na tym etapie wydawało mi się, że temat zostanie pociągnięty, ale w kolejnym rozdziale niespodziewanie przenosimy się o trzy lata do przodu. Poznajemy wioskę na lodowym pustkowiu, relacje pomiędzy kilkoma bohaterami, ich problemy, kolejną legendę. Nowy rozdział – skok o następne kilka miesięcy i przenosimy się tym razem na południe, by poznać klan Czarnokrwistych, który został w przeszłości rozbity, ale szykuje się do powstania. Nowe postacie, historie, nowe relacje, nowe szczegóły wierzeń. Rozdział czwarty – mija kolejnych kilka miesięcy, znowu skok na południe, wprowadzasz nowe stworzenia: wampiry. Piąty – trafiamy na północ, tym razem górska osada, rodzinny biznes alfy (burdel) z siedmioma córkami, intryga z Szeptuchą, nowe przepowiednie. Szósty – pojawia się skok w czasie o dwieście lat, opisujący przeszłość jednej z bohaterek, ale wracamy do znanej nam już puszczy… i dostajemy informację-bombę, czyli wieść o tym, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na rychły koniec wilczego świata. Martwi mnie, że to rozdziałem siódmym zakończysz opowiadanie.
Co chcę przez to powiedzieć? Za dużo. Za szybko. Za mało wprowadzenia, widocznej struktury, znanych już elementów, dzięki którym można byłoby skupić się na właściwej akcji. Przez całą lekturę ani razu nie miałam wrażenia, że czytam o czymś, co już znam – nie dałaś mi szansy, żebym wczuła się w ani jedną z intryg, które opisujesz, bo kiedy tylko nakreślisz czytelnikowi sytuację, mówisz „dość” i rzucasz go w nieznane.
Czy rozdziały można traktować jako zbiór opowieści luźno związanych ze światem lykan? Nie widzę takiej możliwości. Przyszło mi do głowy, że nie chcesz, by czytelnik skupiał się na poszczególnych postaciach, a na losach całej społeczności w ogóle czy scenach, których wymowa byłaby uniwersalna – ale co w tym wszystkim wychodzi na pierwszy plan (i po co byłaby podstrona z opisami bohaterów...)? Wątki kończą się zbyt szybko, a informacji jest zbyt wiele, nawet jeśli postawisz na rozbudowane wprowadzenie. W końcu nie możesz liczyć, że rozpiszesz czytelnikom historię i drzewa genealogiczne czterech klanów w prologu i każesz wykuć jak przed klasówką, bo uciekną i już nie wrócą. Zresztą, uważam że nawet same nazwy i imiona są tutaj problemem, który wpływa na czytelność.
Każda wataha ma dwie nazwy, jedną według swojego systemu, pochodzącą od założyciela (a przynajmniej takie odniosłam wrażenie), a drugą, zdawałoby się, bardziej intuicyjną. W tekście stosowane są one jednak zamiennie, łącznie z „potomkami wilka jakiegoś tam”, przez co ciężko się połapać, do której grupy odnoszą się padające określenia, kiedy wszystkie widzimy po raz pierwszy. W dodatku mam pewne zastrzeżenia co do samych nazw; pojawiają się Karmazynowe Węże, Szkarłatne Imperium, Szkarłatny wilk… w pewnym momencie wszystko robi się podejrzanie czerwone. Dodatkowo często pojawia się krew (znowu domyślnie czerwona), ale w wydaniu takim jak „Czarnokrwiści” lub „Gorącokrwiści”. Dwóch ostatnich do tej pory mylę, choć nie musiałoby to być problemem, gdyby nie nadmiar informacji i mnogość synonimów, które wprowadzają zamieszanie.
Nazewnictwo związane z wilkami, jakie stosujesz, wydaje się natomiast dość intuicyjne; nikt nie powinien mieć wątpliwości, kim jest „alfa”, mnie natomiast dziwi coś innego. Wielokrotnie stosujesz również takie nazwy, jak „samica”, dziecko to „szczenię”, jednym słowem pełen wachlarz wyrażeń związanych z psami, co sugeruje, że lykanie mocno utożsamiają się z wilkami i nie traktują takich określeń jako urągających godności… przynajmniej dopóki „salonowy pies” i „suczy syn” nie okazują się okropną obelgą. Hej, ludzka córko, czujesz się obrażona?

Teraz parę słów o budowie świata. Trudno było mi wyobrazić sobie dokładnie stopień rozwoju tej cywilizacji ze względu na drobne elementy, które – przynajmniej pozornie, nie wiadomo, jak to się w końcu rozwinie – do siebie nie przystają. Widzimy małe osady, proste plemiona z prostymi wierzeniami, ale już nie koczownicze, a rolniczo-łowcze. Pojawiła się choćby lniana koszula sugerująca poziom rolnictwa, mamy wielką scenę powrotu z polowania z niemal grenlandzkim krajobrazem, gdzieniegdzie są większe ośrodki (bo burdel na wsi to umiarkowany biznes przy niemal chrześcijańskim podejściu do cielesności; zresztą dowiadujemy się, że w tym społeczeństwie mała osada to kilkadziesiąt chałup), to wszystko daje jakiś obraz sytuacji społeczeństwa i poziomu techniki. Co mi więc nie do końca pasuje?
W pierwszym rozdziale na stole obok mięsa, wina i miodu pojawiają się „kolorowe, egzotyczne owoce”, raczej świeże, ale już powiedzmy, że suszone. Skoro są egzotyczne („właściwy krajom o całkowicie odmiennym klimacie i cywilizacji; obcy, cudzoziemski”), to kto i w jak krótkim czasie je sprowadził temu prostemu ludowi, stadu, które nie sprawia wrażenia zbyt dużego? W jaki sposób? Ja tu widzę jedynie drogę magiczną, a ponieważ w opowiadaniu magia ma dość marginalną rolę, trudno powiedzieć, czy to to.
Teraz skupię się tu na rozdziale drugim – rozbijanie tej części minirecenzji na rozdziały jest o tyle istotne, że ze względu na mijający bardzo szybko czas można założyć, że następują istotne zmiany. Najpierw mamy taki oto opis po informacji o trzecim dniu śnieżycy: „Na centralnym placu było pusto. W oknach chałup migotały tylko ciepłe światła świec. Wszyscy lykanie skrywali się w swoich domostwach. Czekali nie tylko na to, aż przeminie burza. W wielu oknach widniały cienie kobiet i dzieci wyglądających za łowcami. Nie za bardzo wiem, co da się dojrzeć w taką śnieżycę, ale niech będzie. Można założyć, że każdy w wiosce ma szyby w oknach; otwieranie okiennic podczas takiej pogody wydaje się średnim rozwiązaniem, poza tym lykanki i ich dzieci nie byłyby widoczne z zewnątrz, nie mogłyby też co chwilę wyglądać przez okna za mężczyznami. Mało tego, chałupy wydają się spore, bo co chwilę ktoś po jakiejś spaceruje i są ładnie umeblowane, poza tym pojawiają się jakieś zabawki przy religijnych wstawkach. Odniosłam więc wrażenie, że są to całkiem porządne miejsca do życia z fajnymi kominami, nie żadne domki do rozłożenia i porzucenia, zrobione z dwóch patyków i jakichś śmieci.
Potem jednak okazuje się, że:
„Samice zbiegały się w bawialni, nakrywając do stołów oraz rozpalając ogień” – ta bawialnia to jakiś wielki wspólny wioskowy budynek?
Nim ogień na dobre roztańczył się w wyodrębnionym ku temu kręgu, drzwi bawialni otwarły się z hukiem” – znaczy się… to taka kurna chata? Dlaczego, po co? Żeby dym gryzł wszystkich w oczy? Żeby było czarno w środku? Żeby baby musiały co kwadrans okna myć? Komina im się zamontować nie chce, wolą wydłubać dziurę w dachu i jakoś to będzie? To tak jak z przeprowadzką, kobieta próbuje ich namówić na przeniesienie się do ciepłego kraju z jedzeniem na krzaczkach, a mężczyzna, to znaczy samiec, że SIĘ NIE DA.
„Wiedźma, bo tak poniekąd można ją było nazywać, postawiła bose stopy w żarzącym się kręgu i zatańczyła w płomieniach” – to nawet nie jest ognisko jako synonim pieca kurnego, a dzikie ognicho.
Nie polecam jako osoba, która przez lata musiała użerać się z kominkiem i jako osoba, która parę razy tak przypaliła pastę cukrową, że przez dym trzeba było wietrzyć całą kuchnię.

„Wszyscy obserwatorzy krzyknęli w przerażeniu, jednak ona wyskoczyła z paleniska po chwili bez ani jednej rany czy poparzenia. Była jedyną iluzjonistką, jaką kiedykolwiek wiedzieli lykanie”.
A może ogień jest sztuczny i tyle? Tak, to jeden z tych przypadków, gdy wystarczyłoby, że autor użyłby bardziej adekwatnego słownictwa, wyjaśnił cuda techniki czy też zwyczaje (to nie jest nasz świat, by było to takie oczywiste) lub uściślił opisy, dodając dwa potrzebne słowa, by czytelnik miał spójny obraz życia bohaterów. Trzeba dbać o takie szczegóły.
A potem będzie, że się czepiam.

Ogólnie nie mam pojęcia, dlaczego oni żyją w tak nieprzyjaznym środowisku, umiejąc wytwarzać co nieco. Zwłaszcza po sugestii samicy, że to bez sensu, czyli ktoś o tym myśli w takich kategoriach.
„Nosili w sobie ich krew, vitae Przedwiecznych. On jednak posiadał niewielki pierwiastek nemurire” ke

Styl nie zachwycił mnie nie tylko z powodów wymienionych we wstępie. Zaskakiwała mnie niechlujność, w końcu jeśli od dłuższego czasu istnieje tylko sześć krótkich rozdziałów, można spodziewać się, że tekst będzie dopieszczony, każda literówka usunięta, a powtórzeń się nie uświadczy. Niestety, dostajemy opowiadanie wyglądające na świeżo napisane. Chociaż potknięcia nie trafiają się tak często, żeby uznać, że lepiej nie potrafisz, obok konstrukcji bez zarzutu zdarza Ci się tworzyć niepokojąco niezgrabne sformułowania („wymusiła respektowanie swoich praw, pogwałcając nie tylko zasady rdzennych jej mieszkańców, ale i ich kobiety” – pogwałcanie kobiet brzmi naprawdę źle; podobnie bogini pożerająca nieczystości nie kojarzy się ze sferą duchową, wręcz przeciwnie), czasem stosujesz zabiegi zdradzające brak wprawy w pisaniu („Do obowiązków ich kobiet należało gotowanie i opieka nad szczeniętami, a do przywilejów opatrywanie ran i usługiwanie swoim samcom” – dla mnie jedno i drugie brzmi jak obowiązki, zwłaszcza mając na uwadze pozycję kobiety i podejście do seksualności, a brzmi to tak, jakbyś nie chciała wypisywać zbyt wielu wyliczeń naraz). Nie skupiając się nawet za bardzo, udało mi się wyłapać chyba każdy możliwy rodzaj błędów i zaniedbań, wliczając w to niekonsekwentną pisownię imion (Nan`nanatl czy Nan`naanatl, wszystko jedno), nieprawidłowe konstrukcje („wydawała się być jakby nieobecna” – bez „być”), literówki („Szczeniętom niepojętym zdawało się”; „augur Jyrki główny widzący watahy z Lodowych Pustkowia”), braki przecinków przy wtrąceniach („płaska powierzchnia, po której stąpały w istocie była ogromną kulą”), nic nie mówiące określenia („onyksowe oczy” – onyks niejeden ma kolor), źle brzmiące epitety („bezpłciowe bóstwa”, może w innym tekście by uszło…), pojawiające się znienacka potoczne wyrażenia nieprzystające do wyszukanego słownictwa („niby obumarła”, „hen daleko”), powtórzenia („Oczyszczona samica wyszła z jeziora i nakazała gestem swojemu stadu, by postąpiło jej wzorem. Dziesiątki lykan rzuciły się do jeziora, by oczyścić dusze w obawie nie tylko przed gniewem bogów, ale i przodków./Po zmyciu wszystkich win, tafla jeziora miała barwę głęboko czarną” – tu nawet przypadek się nie zmienia).
Bywało też, że czułam się zmęczona po przeczytaniu dość… dziwnych zdań („Zatopiona we własnej rozpaczy bełkotała niczym rozpłakany bękart, zanurzając się powoli w gnijącym szaleństwie” – ten fragment wygląda na wymuszony, jakbyś myślała nad nim kwadrans).
Poza tym:
„W powietrzu nad pobojowiskiem unosił się multum zapachów” – multum stosuje się jak „dużo”, więc „unosiło”.
„W czasach Szkarłatnego Imperium Czarnokrwiści byli watahą u władzy, opływającą w bogactwo, otoczoną zarówno szacunkiem, jak nienawiścią” – znowu coś, co po prostu źle brzmi.
W drugim rozdziale zdania normalnej długości nagle (czwarty akapit) ewoluują w same pojedyncze, piąty akapit też składa się z krótkich zdań. Dlaczego?
„— Ciężki orzech do zgryzienia — dodał Svein” – nie wiem za wiele o Sveinie i jego idiolekcie, więc na wszelki wypadek napiszę, że ten orzech powinien być twardy, nie ciężki.
„— Zamilknijcie, dzieci lasu, albowiem spotka was gniew Tego, Który Stworzył się Sam i Cały Świat” – „albowiem” się tak nie stosuje.

Wychwyciłam nawet powtórzony akapit.
Fragment rozdziału pierwszego:
„Wtem platynowe błyskawice poczęły przecinać raz po raz atramentowy wówczas nieboskłon, rozświetlając rozłożyste równinne tereny Voa`rah.

Echo grzmotów, przekrzykujących bezwzględną dotychczas ciszę, niosło się od masywu górskiego aż po sam Ocean Obsydianowy. Burza rozhulała się swawolnie nad wilczymi terenami, wiatr zatracił się w szaleńczym tańcu po bezdrożach. Na ciemnym sklepieniu kotłowały się niczym w najodleglejszym krańcu Wyraju Wężowego ciężkie, posępne chmury”.

Fragment rozdziału drugiego:
Platynowe błyskawice raz po raz przecinały atramentowy nieboskłon, rozświetlając lodową pustynię. Echo grzmotów przekrzykujących bezwzględną dotychczas ciszę niosło się od masywu górskiego aż po sam Obsydian. Burza rozhulała się swawolnie nad niemal całkowicie pustymi terenami, a wiatr zatracił się w szaleńczym tańcu po bezdrożach. Ciężkie płaty śniegu przemieszane z kroplami deszczu wirowały wściekle, by na koniec odejść w niepamięć, zlewając się z wieczną zmarzliną zalegającą na północnych terenach”.

Jeśli to zabieg celowy, a nie wygląda, to wtapia się w szereg błędów i wygląda, jakbyś miała parę swoich ulubionych określeń i wszędzie je stosowała. Nie wiem, czy jakby tekst był stylistycznie lepszy, to czy aż tak by mnie to raziło.

Teraz to, co najmniej mnie przekonywało: stawianie klimatu ponad rzeczywistość. O ile przymykałam oku na przeróżne „kakofonie kolorów”, które przez inne błędy umiarkowanie mi się podobały, to nie mogę nie poruszyć tematu opisywania zjawisk przyrody czy praw fizyki w sposób niemający sensu.
„Głos Najwyższego Szamana niósł się echem, odbijając od licznych pni porośniętych misternie wijącym się bluszczem” – albo niósł się echem, albo był tłumiony przez nieregularny bluszcz.
„Korony drzew i soczysta zieleń liści skąpane były w złocistych promieniach słońca rozlewających się na różowym nieboskłonie” – czyli niebo było różowe, a korony drzew odbijały złoty kolor, ale… czemu w takim razie złociste promienie rozlewają się na różowym niebie?
„Barwna roślinność przestała odbijać się w wodnym lustrze, zaś na popołudniowe błękitne niebo napłynęły gęste, ciężkie, karmazynowe chmury” – a tu już błękitne.

W ten sposób cały pierwszy rozdział pozbawiony został akcji. Spokojnie dałoby się zmieścić go w jednej trzeciej, unikając tym samym dłużyzn i rozwlekłych, niepotrzebnych na dłuższą metę opisów zmieniającej się pory dnia. Płynność bardzo cierpi na nadmiarze informacji (nie ma, że „wzniósł ręce”, musi być „Wzniósł ręce ku niebu, ku koronom drzew”, choć korony drzew już się pojawiły; odnoszę wrażenie, że długo myślałaś nad każdym zdaniem, sztucznie je wydłużając), mało tego, niektóre pojawiają się bez sensu, inne powtarzają słowo w słowo. Trzy razy był kolor nieba, dwa razy ktoś grał na bębnach.

Podsumowując, nie jest to najlepsze opowiadanie, jakie oceniałam. Jest trochę jak kolorowa wydmuszka, tyle że z wierzchu nawet piękne zdania przestają być piękne, gdy czytelnik poszukuje w nich fabuły. Trudno wyłuskać z tekstu nawet podstawowe informacje. Nadmiar religii przy przeskokach czasowo-przestrzennych sprawia, że co chwilę muszę sprawdzać, które plemię czci kogo, nie znam stopnia zaawansowania techniki, czy bohaterowie dopiero co nauczyli się tkać ubrania z lnu, czy to już odpowiednik naszej nowożytności. Zdania typu „Co ciekawe, Nan`naanatl nagle dziwnie zniknęła z lykańskich salonów, gdzie zazwyczaj było jej pełno” nie pomagają; jakie salony, o co chodzi? Dotychczas widzieliśmy prostych lykan przy pracy, modlitwie i seksie. Szamańska elita ma pałacyki do imprezowania, czy dusi się w kurnych chatach?
Każda postać wypowiada się identycznie, choć często niespójnie. Zdarza Ci się wplatać we wszechobecny patos niezbyt pasujące wyrażenia i mieszanka sformułowań typu „miast dźwignąć jarzmo swojej rodziny” i „ze swoim wujaszkiem zniknęliście pohasać po lesie” jest… boska (w takich momentach się ożywiałam, cóż mogę na to poradzić). Jeśli mowa o patosie – to, co jeszcze może przejść przy wygłaszaniu mowy, nie sprawdza się, gdy o błahych sprawach rozmawiają bliżsi znajomi.
Idiolekt postaci powinien od razu wskazywać na ich status i charakter. Lepiej byłoby, gdyby przede wszystkim szamani posługiwali się rozbudowanymi zdaniami i wyszukanym słownictwem, sposób wyrażania się świadczyłby wówczas o ich miejscu w hierarchii społeczeństwa i podkreślał wiedzę. Ewentualnie przy większej przebudowie opka mogłoby przejść ujednolicenie mowy do stylu narratora, o ile jeśli poszłabyś w konwencję „nie ma indywidualnych bohaterów, jest magiczna opowieść” – tyle wtedy z kolei powieść musiałaby być uniwersalna, religie okrojone na tyle, by łatwo było skupić się na tym, co chcesz przekazać, krainy zarysowane krótko a wyraziście i tak dalej.
Na ten moment postaci prawie nie mają cech, które by ich wyróżniały, pamiętam jedynie jakąś gadatliwą znajdę i pyskatą wilczycę z ostatniego rozdziału. Choć powinnam raczej powiedzieć, że występuje tu lykański bohater zbiorowy i pogodowy bohater zbiorowy. Zjawiska meteorologiczne dostają więcej czasu antenowego niż żywe stworzenia, a gdy już wydaje się, że z którąś z postaci zostaniemy na dłużej, zmienia się rozdział, teleportujemy się w inne miejsce w innym czasie. Nie sprzyja to czytelnikowi budowanie więzi z bohaterami, a Tobie utrudnia wprowadzenie napięcia. Powtarzające się opisy przyrody i błędy to gwóźdź do trumny mojej ciekawości. Te pierwsze prawdopodobnie jeszcze by uszły jako podbijające klimat, gdyby lykanie byli silnie związani z przyrodą, ale zewsząd wybija się raczej chrześcijańska mentalność.
Twój styl również nie ułatwił mi lektury.

Ale…

Chciałabym ponownie podkreślić, że nie jestem targetem, co przed chwilą sobie silnie sobie uświadomiłam, gdy zauważyłam, że na innych ocenialniach otrzymałaś za to opowiadanie wysokie noty za nastrój trafiający do wielu czytelników, za opisy, za pomysły. Za wszystko, co skrytykowałam.
Tu pojawia się dylemat, czy powinniśmy oceniać jedynie utwory, w których się „specjalizujemy” i czy dobrze byłoby spośród tychże wybierać tylko te najbardziej nam odpowiadające. Choć i tak możemy natknąć się na pułapkę. W końcu recenzuję blogi już trzy lata, a zaczynając lekturę, wyceniłam Twoje opowiadanie jako może i ciężkie do opisania, ale niekłopotliwe w czytaniu… Tymczasem spędziłam nad nim trochę czasu, a nie jestem usatysfakcjonowana poziomem ocenki. Czasami po prostu sprawiedliwe, profesjonalne ocenienie danego utworu leży poza granicami naszych możliwości, co sama czuję coraz częściej. Wielokrotnie wbrew sobie zawyżałam końcowy werdykt – w drugą stronę też się to oczywiście zdarzyło – bo widziałam, że to czy tamto opko cieszy się w blogosferze pewną estymą i nie chciałam wywoływać zbyt wielu kontrowersji, ale ten sposób po prostu nie działa. Nawet w takich sytuacjach autorzy ocenianych dzieł mieli do mnie pretensje, że źle oceniam, bo nie lubię gatunku literackiego, do jakiego powinno się przypisywać ich opka i wspominali to również po jakimś czasie poza moim blogiem.
Oczywiście nie przytrafiło się to tylko mnie, widziałam zarzuty o zbliżonym wydźwięku na większości lepszych ocenialni. Może jest w tym racja? Abstrahując oczywiście od faktu, że ani autor ocenianego opowiadania, ani oceniający nie mogą być w stu procentach pewni, że dany tekst podejdzie stronie oceniającej. Warto to jednak wziąć pod rozwagę, bo w sytuacji gdy po rozbudowanym dialogu ani autor, ani ja nie zmieniamy zdania (to jeszcze nie tak źle), nic z tego nie wynika poza niesmakiem (to już źle), coś jest nie tak. Wychodzi na to, że ocena była bardziej dla mnie jako ćwiczenie na cudzym tekście niż dla osoby, dla której powinna być.
Zresztą to, że nie widzę potencjału w historii, nie oznacza, że ona go zupełnie nie ma, tylko że ja na miejscu autorki nie byłabym w stanie przerobić opowiadania na takie interesujące mnie.

Dla tego ode mnie trójka minus. Zresztą, nie wprowadziłaś poprawek po poprzednich ocenach, no to Ci się należy: za karę będziesz roznosić opiekane na rożnie flaki lemurów z Leleth.

***
Ogłoszenie

Wprowadziłam parę zmian w regulaminie. Każdego bloga oceniam tylko raz i moja rola kończy się w tym miejscu, ewentualnie po rozmowie w komentarzach. Żadnych ocen niepublicznych, mailowania bez końca, poprawiania kolejnych wersji powieści pozablogowo, podczas gdy moje własne opko czeka na dokończenie kilku rozdziałów, a i na Mauritiusie cisza. Zresztą po publikacji recenzji mało kiedy wchodzenie w szczegóły do tego stopnia ma sens, gdy utwór np. boryka się z problemem bezsensownych czy niespójnych założeń, z czym wiąże się kolejna zmiana: rezygnuję całkowicie z pisania ocen szczegółowych.
Doszłam do wniosku, że ten rodzaj recenzji sprawdzić się może tylko w przypadku bardzo świadomych siebie autorów, którzy mają za sobą lata pisania wprawek i myślą całkiem poważnie o wydaniu powieści. Nie muszę chyba dodawać, że nie spotkałam się tu jeszcze z dostatecznie dopieszczonym opkiem świadczącym o tym, że na taką kategorię jak „ocena szczegółowa” jest zapotrzebowanie. Z wiadomych względów odpadają też fanfiki, które, gdyby tylko mi się chciało wymyślić coś ciekawego, klasyfikowałabym nieco inaczej niż opowiadania własne, ale to wręcz temat na osobną notkę. W tym miejscu zaznaczę jeszcze, że wolałabym, by do moich ocen nie zgłaszały się osoby świadome swoich błędów. To bardzo istotne, bo mam wrażenie, że setki razy przeszłam przez tę samą rozmowę z serii „w sumie to wiedziałam o połowie z tych błędów, ale nie sądziłam, że będziesz pokazywać, że z nich wynikają kolejne błędy, więc te drugie się nie liczą, a ty się czepiasz”. Jednak przyjęłam taki styl pisania, że bardziej analizuję, niż wskazuję drogę, jak czyni większość oceniających, więc gdy po raz kolejny dowiaduję się o takiej sytuacji, mam wrażenie, że skopałam leżącego. Mnie to nie szkodzi, bo z dosłownie każdej oceny jestem w stanie coś wyciągnąć, nauczyć się czegoś, ale fajnie byłoby, by ocena mogła maksymalnie służyć autorowi, inaczej trochę się to wszystko mija z celem. Mogę poczekać na remont bloga, nie ma problemu, ale proszę, nie stawiajcie mnie w sytuacji jak wyżej. Nie czytam w myślach, nie wiem, które informacje wam jako autorom się przydadzą (bo czytelnikom wszystkie), a które nie.

Nie mówiąc już o tym, że zwyczajnie wolę oceniać długie i poważnie traktowane przez autorów projekty, ale o tym wspominałam wielokrotnie.

6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Mam nadzieję, że nie zdarzyło Ci się korzystać z niczego piękniejszego.

      Usuń
    2. Tym kursorem nie da się nic zrobić O.o

      Usuń
    3. To jak napisałeś/aś komentarz? ;) Klika się kosturem władzy jak coś.

      Usuń
    4. Kursor jest olśniewający.

      Usuń

Obserwatorzy